wtorek, 6 stycznia 2015

Znów minął rok


Nie wiem czy to wiek, czy hormony, a może to po prostu koniec roku skłania mnie do nieustannych podróży w przeszłość.
Rok 2014 właśnie się zakończył, dzisiaj mija pierwszy tydzień roku 2015. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie te daty są jakieś kompletnie science fiction, wymyślone i z dalekiej przyszłości. W XXI wieku samochody miały latać w powietrzu, ubrania miały być z plastiku a zwyczajnym sposobem  ludzkości na przemieszczanie się z miejsca na miejsce miała być teleportacja. Ha! Prorocy moi z młodych lat, pomyliliście się nieco. Świat wygląda w zasadzie podobnie do tego, jak wyglądał za mojego młodu, nie licząc oczywiście wszędobylskiego Wielkiego Brata, w osobie przenośnych urządzeń elektronicznych.




Pamiętacie ubiegłoroczny grudzień? Tak, tak, przed Bożym Narodzeniem kwitły mi wrzośce, a nawet  jakaś sierotka w postaci samotnego bratka. Było ciepło, a potem przyszła zima, prawdziwa.


Tak więc, kto wie, co nas jeszcze czeka. W naszym miasteczku dzisiaj na całej połaci poległ śnieg, niezbyt jeszcze obfity, ale walory widokowe zdecydowanie się polepszyły.
Zimą, jak to zimą, człowiek wychodzi z domu jak musi, a najchętniej, zanurzony w przytulnym fotelu, ogląda różne ładne filmy w miłym rodzinnym towarzystwie.


tradycyjne filmowe przekąski; o ile czipsy zjawiają się u nas naprawdę sporadycznie (na ogół zostają po nastoletnich gościach), to kukurydzę prażą moje dziewczyny po mistrzowsku, no a coca cola to jest to, wszyscy wiedzą


Czytanie ulbionych albo i całkiem nowych książek, to całoroczna rozrywka zdrowa, tania i najukochańsza ze wszystkich. Na zdjęciu Gałczyński. Prawdziwa reinkarnacja.



Wiosna, wiosna, wiosna, ach, to ty!!!





Wiosna była cudowna, ciepła, kwietna i pełna emocji maturalnych naszej Marysi. Emocje były zwielokrotnione faktem, że nasza dzielna córka przygotowywała się do matury samodzielnie, w ramach nauczania domowego. Maniusia maturę zdała świetnie, a na studia dostała się z 8 lokatą, na około 240 przyjętych osób. Kapelusze z głów, drodzy państwo!






Nadeszła Wielkanoc, a z nią nowe wzruszenia. - Po co pani tyle mięsa bierze? - dziwował się pan Krzysio z mięsnego. - Córka mi się zaręcza, panie Krzysiu. Obiad zaręczynowy robię. - Aaaa, to czekaj pani, jakiś lepsiejszy kawałek wybiorę.
No i się zaręczyli.


Nadeszło cudowne, piękne lato, a jak wiadomo latem living is easy. Wyjechałam z młodszymi dziećmi nad morze na calutki miesiąc, a nasz kochany tatuś dojeżdżał do nas co i rusz. Nie tylko zresztą tatuś dojeżdżał, bo starszaki też wpadały - i wypadały z powrotem do swoich obozów, prac i letnich zawirowań. Było fantastycznie.




Minął szybko miesiąc najpiękniejszego morskiego słońca, a jak pogoda właśnie zaczynała się psuć, wrócilismy do domku, do obłędnych sierpniowych upałów.




We wrześniu powitaliśmy nowe szkoły Filipa i Joasi, a także złamaną nogę Tomka, która to noga skutecznie zablokowała (aż do teraz) Tomciową karierę przedszkolaka.


Biedna noga była w gipsie aż osiem długich tygodni, trudno mi uwierzyć, że to już jest za nami. Nie było łatwo - trzylatek w gipsie to horror, zaręczam. Pod każdym względem.
Wrzesień przyniósł jeszcze jedną zmianę w moim życiu - 2 września opublikowałam pierwszy wpis na swoim blogu! Rzucony przeze mnie żartem pomysł podchwyciły moje córki i nie popuściły, aż go zrealizowały, małpki. Marysia narysowała ten uroczy obrazek z Dużym Brązowym Domem i w ogóle zajęła się całą brudną robotą komputerową...A Natalka nieustannie molestowała o pierwszy wpis i o nazwę...I oto cała geneza Mamy z Dużego Brązowego Domu. I oto odtąd nieustanne zadziwienie autorki, że ktoś to czyta, lubi, zostawia swój ślad...Tyle życzliwych osób, tak wiele bratnich dusz...jak o tym myślę, za każdym razem przepełnia mnie wdzięczne zdziwienie i radość, że jesteście.
Jesień przyniosła wreszcie Marysi wymarzony indeks, a nam kolejną córkę studentkę.



stylowo

Minął listopad i grudzień. Czas Bożego narodzenia przeminie jutro wraz ze świętem Trzech Króli...Jednak nasza choinka postoi aż do Matki Bożej Gromnicznej, trzyma się świetnie i chwilowo nie zamierza jeszcze pozbywać się jakiejkolwiek maciupkiej igiełki.









Święta, prezenty, ucztowanie

No i wchodzimy w kolejny rok, nieco przestraszeni ale też pełni nadziei. Szkoda nam trochę tego starego roku; przyzwyczailiśmy się do pewnych utartych kolein naszego życia, a tu wytyczają nam nowe szlaki, każą wprowadzać nowe porządki. To dobrze; dzięki temu nie murszejemy, nie porasta nas siwy mech, ale stale, mimo wieku, wypuszczamy świeże, zielone gałązki. Poruszani tajemniczą siłą łaski, odnawiamy się z nią każdego ranka, pełni nowych sił i możliwości. To nie my jesteśmy źródłem, to przychodzi spoza nas...Pamiętajmy, cokolwiek nas spotka w tym nowym roku, że liczą się wiara, nadzieja i miłość, te trzy. A z nich największa jest Miłość...