niedziela, 7 czerwca 2015

Wrrrrr




Idzie sobie człowiek spokojnie do fryzjera, bo bardzo już zasłużył na tę atrakcję, sięga sobie człowiek w miłym poczuciu dolce far niente po Twój Styl i nagle piorun go trzaska. W powodzi historii o aktorkach, modelkach i byłych prezydentowych; pomiędzy reklamą Bielendy proponującą skuteczny lifting (jako wzór służy niemiłosiernie sfotoszopowana Edyta Olszówka, na co jej przyszło...) a ogłoszeniem zachwalającym depilator Braun, usuwający nawet najkrótsze włoski (brrrrrr), znajduje się felietonik pani Krystyny Kofty, prywatnie szczęśliwej żony i matki, a służbowo sfrustrowanego kobietona. Felietonik jest w ogóle o szczęściu, a w szczególe o tym, jak złe i niedobre jest małżeństwo. Pisze pani Krystyna tak: "Najciekawsze są w tym wszystkim badania nad małżeństwami. Od kilkudziesięciu lat niezmiennie wykazują, że mężowie są w tych związkach szczęśliwsi. Szczęśliwa żona? Trafia się rzadziej. Mężczyźni zacznie częściej deklarują, że ich pożycie jest udane. Są zadowoleni, wysoko oceniają poziom szczęścia. Ktoś tu się dziwi z powodu tych różnic? Jasne, że oni są szczęśliwi. Pomyśl tylko, gdybyś miała takie życie! Możliwość robienia kariery! Czas na swoją pracę. Dzieciaki zaopiekowane, porozwożone do szkół. Dobrze wychowane. Rachunki opłacone. Mieszkanie wyremontowane (...). Jedzenie podane! A jeśli zakochałabyś się tak jak on, odfrunęłabyś z domu jak wolny ptak, bez zobowiązań. To jest prawie niemożliwe! To potrafi tylko facet! Każda z żon byłaby szczęśliwa, gdyby miała takie warunki, jakie ona stworzyła mężowi!" (Twój Styl, czerwiec 2015) 
Do jasnej żesz Anielki, po co inteligentna kobieta wypisuje takie bzdury? Pani Kofta, szczęśliwie zamężna od lat chyba czterdziestu, spełniona matka udanego syna, płodna pisarka, dziennikarka i artystka, musi chyba bardzo nie lubić innych kobiet w podobnej, jak jej, sytuacji. Ile kobiet, po przeczytaniu takiego zabawnego tekściku, zakończonego tak zgrabną pointą, poczuje się lepiej, w swojej życiowej roli? Zero. To naprawdę świetny pomysł, antagonizować mężów i żony, dzielić dwoje ludzi na "onych" i "nas", przy czym "oni" zawsze mają lepiej... To jest po prostu genialna  myśl sprawiać, że kobiety zamiast dumy i satysfakcji płynącej z ich związku, czują frustrację, złość i zazdrość. Tak, to rzeczywiście pomaga w życiu, gdy ktoś uświadomi mnie, jak bardzo jestem beznadziejna i głupia, bo daję się wykorzystywać jakiemuś "jemu"... Z pewnością mój poziom satysfakcji wzrośnie po lekturze natchnionego felietonika pani Kofty. Czy ta pani sądzi, że jej udany związek to jakiś ewenement, słoń albinos, wygrana w Monte Carlo? Czy jej mąż, pan Kofta, psycholog, psychoterapeuta i wykładowca uniwersytecki, nie mógłby wytłumaczyć jej, że sprowadzanie innych do poziomu ostatnich życiowych naiwniaków i ofiar losu jeszcze nikomu nie pomogło? A może czytelniczki Twojego stylu trafiają potem na terapię do pana Kofty, co?



Wmawia się nam takie stereoptypy, że rodzina to patologia, że kobieta to ofiara, a mężczyzna bandyta. Ciekawe, czy redakcja Twojego Stylu szczerze wierzy, że taki jest świat? Że receptą na lepsze jutro jest pan Conchita Wurst i podobne mu osoby o pokręconej tożsamości? Na to wygląda.


Zła jestem. 
Zła jestem, bo mężczyźni i kobiety, zamiast dopełniać się nawzajem, wzajemnie się niszczą - właśnie dzięki takim subtelnym, niby niewinnym, artykulikom. Zamiast patrzeć na siebie z miłością, patrzą z zazdrością, z zawiścią, z niechęcią. Zamiast uśmiechać się do siebie, pokazują sobie język. Zamiast zachwytu wzajemną innością, jest jej ośmieszanie. Zamiast wspólnego budowania, jest wspólne rozwalanie. Tak ma wyglądać wyzwolenie? Pogrążeni w depresji mąż i żona, a pomiędzy nimi dzieci wychowywane przez " grupę rówieśniczą". No dzięki, postoję. Jeśli tak wygląda wielki świat, to wolę własny zaścianek, w którym mąż nie "robi kariery", a po prostu pracuje dla dobra rodziny, przy okazji - robiąc karierę. W którym żona nie jest sfrustrowaną i zgryźliwą feministką, a po prostu szczęśliwą kobietą, budującą razem z mężem ich wspólny dom. WSPÓLNY dom, proszę pani. Taki, jakiego odmawia pani innym, a jaki sama pani zbudowała.
Ech, świecie nasz... w którym nieustająco trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem...



A może my żyjemy w jakiejś rzeczywistości równoległej, bez punktów stycznych, co? W jakiejś Narni czy innym Rivendell... Może mój dom jest Ostatnim Przyjaznym Domem, w którym można być szczęśliwym? Chyba jednak nie... Na szczęście. Wczoraj moje dzieci wróciły ze spotkania młodych na Lednicy. Przyjechało tam STO DWADZIEŚCIA TYSIĘCY młodych ludzi, w wieku od gimnazjum po magisterium. Sto dwadzieścia tysięcy nasionek szczęścia, które wiatr Ducha rozwieje po calutkiej Polsce, po calutkim świecie. Niech tam sobie ponuracy piszą swoje ponure scenariusze. Nasze puszyste dmuchawce unoszą się ponad nimi. I wydadzą plon. Sieje je, sieje je, sieje je. 








A to post scrptum :)