piątek, 14 sierpnia 2015

Ta zabawa nie jest zdrowa?




Smak dzieciństwa. Ognisko na nadrzecznej plaży. Kąpiel w Pilicy i staranne unikanie wirów. Ścigamy się, kto dalej dopłynie pod prąd. Łażenie po polach na bosaka - nikt nie zwraca uwagi ani na osty, ani na osy. Jedno i drugie ukłucie zbywa się machnięciem ręki. Uwielbiam samotne wędrówki - chociaż mam fatalną orientację w terenie (krótkowidz), jakoś nigdy się nie gubię. Samotność pozwala mi zanurzyć się w świecie mojej wyobraźni i przebywać tam tak długo, jak tylko mam ochotę. Odkrywanie bunkrów w nadmorskich lasach, mamy własne bazy, do których nikt z dorosłych nie ma wstępu. Wszystkie dzieciaki trzymają się razem; nawet jeśli się nie znamy, to wystarczy zapytać o imię i przyjaźń nawiązana. Opowiadamy sobie niestworzone historie, w których gdzieś tam na dnie poniewiera się niewielkie źdźbło prawdy. Obżeramy się papierówkami prosto z drzewa i marchewką prosto z ziemi. Czasem dostaje się na loda - jak zdecydować czy dzisiaj woli się Bambino czy lody włoskie z Kafejki? Lody można zamienić na gumę do żucia Donald i powiększyć i tak imponujący zbiór historyjek z kaczorem Donaldem i resztą ferajny. Podwórka są asfaltowe i stanowią centrum dziecięcego wszechświata. Trzepak, równoważnie, huśtawki, drabinki są sprawiedliwie dzielone pomiędzy wszystkie dzieciaki. Bawimy się w berka, w chowanego, w króla skoczków. Urządzamy wyścigi na wrotkach i przechwalamy swoimi rowerami-składakami. Mój rower ma przerzutkę, więc jestem niekwestionowanym królem rankingu. Godzinami jeżdżę rowerem, odkrywając codziennie coś nowego.
Gdzie byli dorośli? Przypuszczam, że zajmowali się swoimi sprawami. Zapewniali nam wikt i opierunek, a także stanowili zaplecze emocjonalne i logistyczne. Płacili za nasze zajęcia, na które SAMI się zapisywaliśmy i SAMI dojeżdżaliśmy. Ufali w nasz zdrowy rozsądek, ale nie wahali się ukarać za nadużycie zaufania i kłamstwo. Mieliśmy dużo swobody, ale znaliśmy granice, bo były bardzo jasno wytyczone. 







Co się z nami stało? Co nas tak przestraszyło, że zamknęliśmy swoje dzieci w więzieniu naszych lęków, obaw i niepewności?
Wszechobecne media epatują nas setkami tysięcy obrazów zboczeń, morderstw, napaści, wojen i katastrof żywiołowych. Dzieci są porywane, gwałcone, mordowane, torturowane, sprzedawane na części...a my na to wszystko patrzymy. Czy dawniej tak nie było? Ależ było. Tyle, że nie widzieliśmy tego na własne oczy. Media sprawiły, że staliśmy się niejako naocznymi świadkami, prawie że uczestnikami tych okropności - a bycie świadkiem bestialskiego napadu prowadzi do poważnej traumy, do zaburzenia poczucia bezpieczeństwa. 
Nasz lęk przed światem sprawia, że mamy obsesję na tle bezpieczeństwa naszych dzieci. Gumowe nawierzchnie na placach zabaw (potwornie śmierdzące, gdy nagrzeją się na słońcu), plastikowe zabawki na tychże placach, pozabezpieczane na wszystkie strony drabinki...Wszystko bardzo bezpieczne i bardzo...nudne. Ta obsesja sprawiła, że ogołociliśmy dzieciństwo naszych dzieciaków z samodzielności, ryzyka, umiejętności podejmowania decyzji - a nie sprawiliśmy, że stało się bardziej bezpieczne. Tragedie jak się zdarzały, tak się zdarzają - i będą zdarzać.
Powtarzamy sterotyp, że dzisiejszy świat jest bardzo niebezpieczny, dlatego odprowadzamy dziesięcio i jedenastolatki do szkoły i zawozimy na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe, a nawet na spotkanie z kolegą czy koleżanką. Nie dla nich swobodna zabawa, leniwe powroty ze szkoły w gronie kolegów czy zabawy w policjantów i złodziei. Nasze dzieci za tym nie tęsknią, bo tego nie znają, skoro od zarania ich życia stale ktoś dorosły jest w pobliżu, aby nad nimi czuwać.






Zdrowe dzieciństwo jest pełne zadrapań, siniaków, połamanych rąk i nóg, wybitych zębów, podbitych oczu, podartych spodni. Dzieci powinny tworzyć swoją własną kulturę, własne kody porozumiewania, własną hierarchię ważności. W naszych czasach obserwujemy erozję tej kultury. Mówimy czasem, że dzieci zbyt szybko dorastają. Czy jednak nie jest tak, że dzieci nie mają wystarczającej przestrzeni, aby dorosnąć; one po prostu stają się mistrzami naśladownictwa. Kopiują bezkrytycznie i bezrefleksyjnie dorosłe zachowania i zachowują jak starzy-maleńcy. Kiedyś dzieci stopniowo zdobywały samodzielność odpowiednią do wieku. Pewnego dnia same przechodziły przez ulicę, szły do sklepu, wykonywały drobne prace zarobkowe. To wszystko pomagało dzieciakom budować zdrową pewność siebie, pozwalało być dumnym ze swojej "dorosłości", oswajały z odpowiedzialnością za siebie i innych. Przez to, że były zostawione samie sobie, uczyły się liczyć na siebie, lepiej planować swój czas - były po prostu dzielniejsze i życiowo bardziej zaradne.









Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, żem sama grzeszna i pełna winy; sama borykam się z tym problemem. Zdaję sobie sprawę, że "za bardzo" jestem dla moich dzieci, za bardzo uczestniczę w ich życiu, a już na pewno za bardzo łagodzę skutki ich niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Zamiast pozwolić, aby negatywne skutki ich radosnej działalności dały im się dotkliwie odczuć na własnej skórze - od razu aplikuję środek zaradczy, a przynajmniej znieczulający...
Dziękuję Panu Bogu za skauting, bo on przynajmniej do pewnego stopnia łagodzi skutki tej mojej  kwoczej nadopiekuńczości...
Wszyscy wiemy, że dzieci pozbawione w życiu dreszczyka emocji, fizycznego zmagania z trudnościami, elementu niespodzianki i przygody - znajdują to wszystko  w sferach, które są najmniej dla nich odpowiednie. Plaga dziecięcego alkoholizmu, narkomanii czy uzależnienia od pornografii ma swoje źródło między innymi w wyjałowionym życiu tych dzieci. 
Cudownie, że jesteśmy tak blisko naszych dzieci, ale musimy pamiętać, żeby nasza bliskość pozwalała im na szeroki oddech.  
Niech rosną swobodnie. W miarę.
Niech znają granice, niech potrafią się w nich poruszać, niech doświadczą swojej słabości, bo tylko wtedy staną się silni. 
Panie Boże, dałeś dzieci - daj cierpliwość. Daj nam też mądrość i rozeznanie. Amen.








Ten wpis został zainspirowany artykułem Hanny Rosin "The Overprotected Child" (The Atlantic, April 2014 issue)
Wykorzystałam zdjęcia Pawła Kuli i Marysi Głowackiej