niedziela, 14 grudnia 2014

Takie tam przed Świętami



Tomasz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi 
wśród fali igieł szumiących, choinek powodzi


Kupiliśmy dzisiaj choinkę. Pojechaliśmy na plantację, wybraliśy tę naj...naj...najpiękniejszą, srebrzystą, kłujacą i zawrotnie pachnącą, po czym Pan Plantator jednym zręcznym warkotem piły benzynowej ściął naszego świerczka. Liczymy na długie tygodnie radosnego świętowania przy drzewku, które się nie osypuje. Howgh.
Tomcio pojechał z nami - i oszalał z zachwytu na widok tylu, tylu, tylu choinek. Mniejsze, wieksze, sosny, jodły i swierki, rosnące pojedynczo lub kępami, a nawet całymi zagajnikami, wyglądały jak wielkie, szumiące, falujące zielono-srebrzyste morze. Nasz synek natychmiast zanurkował w największą gestwinę, uzbrojony w trzymanego mocno za rękę tatusia. Wielkie choiny budziły zachwyt zmieszany z grozą, a malutkie choineczki były gorąco przytulane do piersi obleczonej w zieloną kurteczkę, a więc odpornej na drobniutkie ukłucia odwzajemnianej miłości. Cudowna jest ta niewinność i świeżość wrażeń małego dziecka. Starzy, zblazowani i zmacerowani życiem rodzice, nagle sami zaczynają inaczej patrzeć na otaczający ich świat. Dwa księżyce świecący odbitym blaskiem dziecięcego zachwytu całym stworzeniem. Zaprawdę, jeśli nie staniemy się jako dzieci, nie odnajdziemy drogi do ziemi obiecanej.







Małgorzata Musierowicz napisała kiedyś, że zimę jest w stanie 
przetrwać tylko dzięki zielonej sałacie i kwiatom ciętym. Ja do tego zestawu dodałabym jeszcze kwiaty doniczkowe , świece oraz ogień w kominku. Zima w mieście była koszmarem, zima w miasteczku jest zaledwie drobną  niedogodnością, osładzaną wieczornymi seansami przy płonącym ogniu. Pełen eskapizm. Uwielbiam od zawsze światło świec, zresztą kto go nie kocha? Jest w tym małym chybotliwym płomyczku jakiś dobry czar, jakaś odwieczna moc pokonująca zimno i ciemności. W takiej małości taka siła, w takiej słabości taka potęga. Ciekawe, że płomień świecy nie tylko jest w stanie rozświetlić noc i ogrzać nas fizycznie, ale dodatkowo, w jakiś przedziwny sposób, rozgrzewa naszą duszę, pomaga oswoić samotność, leczy melancholię. Jak to się dzieje? Jak to jest możliwe? Te pytania prowadzą nas na odwieczną ścieżkę tajemnic; na drogę, która zaczyna się u progu naszych drzwi, a która wiedzie "daleko wzwyż i w głąb". Szykując się na Boże Narodzenie w jakiś sposób próbujemy uporządkować ten niepokój, znaleźć chociaż okruch prawdy. My, biedne wróble, karmione plewą współczesności, chociaż na chwilę wznosimy się ponad naszą okaleczoną codzienność.





to jest absolutnie moje ulubione zdjęcie dekoracji świątecznych!


Zdobimy dom na Święta, najpiękniej jak potrafimy. Od paru lat można znaleźć w sklepach istne cuda,  można by pójść z torbami chcąc kupić chociaż cząstkę tych śliczności. Jestem niewypowiedzianie wdzięczna takim blogom jak Green Canoe czy Home on the Hill, bo one fotografują moje marzenia. Wiem, że nie stać mnie na to, co oglądam na tych ślicznych zdjęciach (pięcioro dzieci!), ale już samo oglądanie zaspokaja moją potrzebę posiadania oraz potrzebę piękna. Mogę potem próbować odwzorować chociaż część tego, co oglądałam. Jakimiś chałupniczymi metodami, łatanymi sposobami `zamienić nasz dom w krainę gwiazdkowej baśni.




Gloria in excelsis Deo!



to nasza zeszłoroczna choinka i zeszłroczny elfik


pierniczki jeszcze nie skonsumowane

pomysł z The Ideal Home, jaki zamierzam ukraść, jakiś geniusz prostoty to wymyślił



kolejny zamiar kradzieży; chętnie oprócz inspiracji ukradłabym tę zastawę i sztućce, zwłaszcza 
sztućce



obrus w kratę jest obłędny, natomiast zdjęcie na dole jest sobowtórem 
naszego stołu wigilijnego



bardzo mi się podoba ta skandynawska moda na zdobione gałęzie,
na tym polega prawdziwa asceza: głębia przekazu przy
maksymalnej prostocie użytych środków, piękno w czystej postaci



po prostu pięknie


pewnie pestki granatu zastapię żurawiną, ale zamierzam
upiec taki tort na Święta


te skarpety!!! 


zimno za naszym oknem



goście za naszym oknem


Marzy mi się coś okropnego. Marzy mi się taki hibernation day, dzień ciepłych skarpet i ciepłego koca, dzień pomarańczowo-waniliowej kawy i grzanego wina, dzień dobrej książki i feel good movie, dzień bez (o zgrozo!) obowiązków, zobowiązań oraz przymusów. Dzień nicnierobienia albo robienia tylko tego, co się chce. Dzień, w którym nie trzeba wychodzić z domu ani z siebie. Ech, jak człowiek tak wyrzuci to wszystko, co mu zalega w podświadomości, zaraz mu lepiej. Co prawda niedawno pewien ojciec dominikanin w ramach pokuty nakazał mi porządny spacer...Co z chęcią wykonałam prawie natychmiast! Może Święty Mikołaj w darze od Dzieciątka przyniesie nam wszystkim zestresowanym, zagonionym, zapracowanym, w wiecznym niedoczasie taką odrobinę prawdziwego - świętego spokoju. Już On najlepiej wie, że tego najbardziej potrzebujemy.


zakwitła nasza bożonarodzeniowa różyczka, Ciemiernik


























sobota, 6 grudnia 2014

No dobra.



No dobra, klamka zapadła. Po raz siedemset osiemdziesiąty dziewiąty, po rozważeniu wszystkich zadów i waletów, decyzja została podjęta. NIE robimy wesela. Uff.
Dlaczegóż to, zapytacie? No, powodów jest co najmniej kilka.
Po pierwsze sale weselne. Nie wiem, jak dawno mieliście do czynienia z salami weselnymi, bo ja osobiście ze sto dwadzieścia lat temu, przed naszą erą, w epoce lodowcowej. Sala weselna była wtedy zwykle salą restauracyjną, wyposażoną w stoliki okryte obrusikami, panie kelnerki oraz podest  dla ekipy grającej. Koniec i kropka. Ewentualne balony, dyskoteki, bujne kwiecie były w gestii nowożeńców. Czasy się jednakowoż zmieniły i sale weselne wyewoluowały. I to jak!
Z grubsza można by je podzielić na dwie kategorie: kategoria Star Trek oraz kategoria Namioty Wezyra.
Zacznijmy od sal typu USS Enterprise. 





Jak widzimy, każda z tych sal, oprócz kantyny ze stolikami dla załogi tej międzygwiezdnej korwety, posiada także wyraźnie podświetlone, kuliste miejsce do teleportacji, tak zwany transporter. Służy on, jak wiadomo, do zamiany żywej lub martwej materii w energię, wysyłania jej na obcą i potencjalnie wrogą planetę, a następnie ponownej materializacji tejże energii u tegoż odległego celu. Usytuowanie niektórych transporterów tuż nad głowami biesiadujących gości, nasuwa podejrzenia chęci pozbycia się tychże i odesłania ich w daleką międzygwiezdną podróż. Bon Voyage.


skok w nadprzestrzeń. Trzymaj się Luke!

Typ drugi, to Namioty Wezyra. Zapraszamy.





czy to stół czy może już inauguracja łoża dla nowożeńców? hmmm....


brawa za połączenie dwóch kategorii: transfiguracja namiotu w statek kosmiczny albo odwrotnie...

Droga wycieczko, zapamiętaj, że Namioty Wezyra osiągamy łącząc w wyrafinowany sposób zwoje materii oraz tryliony baloników. Efekt przechodzi wszelkie wyobrażenia, a goście weselni dostają twardy nakaz wystąpienia w powiewnych szarawarach, skąpej górze oraz brokatowych turbanach spiętych klejnotami Sezamu. Insz' Allah. Ukłon. Taniec brzucha.
Trafiają się wyjątki od tych dwóch kategorii, wyjątki swojskie, tubylcze, nawiązujące wyraźnie do "Chłopów" Reymonta i epatujące przaśną wiejskością oraz zapachem kiełbasy.





motyw przyrodniczo-biblijny: drzewo Wiadomości Dobrego i Złego na etapie kwitnącym i rajskim; oby nie przydarzył się ciąg dalszy...

Tak więc sale weselne najpierw pokonały nas wyrafinowaniem, następnie dobiły cenami  jednocześnie kosmicznymi jak i sułtańskimi. Uparliśmy się jednak. Wierzyliśmy, że jest gdzieś, nie wiadomo gdzie, świat w którym sale istnieją ładne i dostępne...Poruszyliśmy niebo i ziemię, zawracaliśmy głowy tabunom ludzi znajomych i mniej znajomych i cóż się okazało. Okazało się, że istnieją sale urocze, prześliczne, cudownie zaaranżowane, jednak te cuda są absolutnie poza naszym finansowym zasięgiem...




ach jej, możemy tylko powzdychać...



Tak więc ostatecznie stanęło na tym, że Duży Brązowy Dom będzie pełnił rolę Domu Weselnego. Udekorujemy go, a właściwie można powiedzieć, że umaimy kwiatami ciętymi i doniczkowymi, oświecimy lampkami i płomykami świec i będzie cudnie. Będą cudne dwa wesela, jedno rodzinne, a drugie młodzieżowe. Nasza kochana córeczka, piękna Panna Młoda, wyjdzie w nowe życie z progów swojego rodzinnego domu. Oby dom tych dwojga był tak samo jasny i tętniący życiem, jak nasz. Oby nigdy nie zabrakło w nim miłości i chleba. Oby nigdy nie zabrakło w nim Tego, który jest prawdziwym i jedynym fundamentem każdego domu. Niech tak się stanie...Niech tak się stanie.






















niedziela, 30 listopada 2014

Ciemno i daleko


Taka pora. Szare godziny, wczesne ciemności, przenikliwe zimno. Rano, raniutko słabe światełka nieśmiało rozpraszają mrok. Nagle łączą się w świetlisty strumień, wzbierają mocą, ciemność ustępuje. Rorate coeli. 



Jaka szkoda, że tak boimy się tych ciemności, tej ciszy, tego oczekiwania. Ciemność jest dobra. Jest przeniknięta tajemnicą, a jednocześnie bezpiecznie osłania nas, otacza swoją aksamitną miękkością. Jesteśmy częścią tej tajemnicy, częścią rozwijającego się w niej życia. Każdy z nas powstawał w ciszy, w mroku, "utkany w głębi ziemi". Cierpliwe oczekiwanie na cud, na nowe życie, na światło.


Uwielbiam ten poster. Jest tak wzruszający, tak bardzo ukonkretnia sens Adwentu, a jednocześnie sprawia, że nagle ten maleńki Jezus staje się naszym dzieckiem, każdym dzieckiem. Maleńkie, ukryte, pulsujące święte życie. To właśnie na nie czekamy przygotowując adwentowe kalendarze i wijąc adwentowe wieńce. Cudowny powtarzalny cykl, co roku taki sam, a jednak inny, tak jak my sami stajemy się inni. Jako dzieci czekamy niecierpliwie, pazernie, a jednak niewinnie, z wiarą i nadzieją na deszcz cudów. Dorosłym gdzieś gubi się ta pierwotna niewinność, wiara i nadzieja kurczą się wprost proporcjonalnie do przeżytych zawodów. Zbyt często liczba zim nie zgadza nam się z liczbą wiosen, jak mówią słowa piosenki. Mozolnie odbudowujemy naszą wiarę, nadzieję i miłość - powolutku, po omacku w ciemnościach Adwentu. Naszą drogą do domu, do celu są nasze dzieci - ich zachwyt, ich świeżość, ich każdy pierwszy raz.



pierwszy Tomciowy kalendarz adwentowy, etap zawieszania; stwierdziliśmy, że jednak znacząca odległość od małych łapek jest pożądana...




inauguracja Adwentu



pierwsza świeca, pierwsza niedziela i niedzielne śniadanie



Tomciowe domowe Mikołajki; pierwszy w życiu list do świętego Mikołaja już napisany



ocieplamy dom zapachem ciasteczek



ogniem w kominku i wspólnym śmiechem



a także blaskiem świec


Nie przyspieszajmy, zwolnijmy trochę. Znajdźmy czas na bycie razem, na rozmowy, na modlitwę, na wspólną pracę, na odpoczynek. Nie dajmy się zwariować reklamom, telewizjom, galeriom handlowym. Nie dostaniemy od nich nic dobrego,  tylko pozory, fałszywą radość, chwilowe spełnienie.
W ciszy wczesnego wieczoru słychać słowa "Archanioł Boży Gabryjel posłan do panny Maryjej..."



















środa, 26 listopada 2014

Ukłony i wyrazy


Moi kochani, oto spóźnione przyjęcie z okazji przyznania Mamie z Dużego Domu przez twórczynię Czterech Kątów i Piesa Piątego blogowej nagrody Liebster Blog Award. Jest to nagroda przyznawana małym blożkom, raczkującym dopiero i powolnie zbierającym swoich wiernych czytelników. Nagroda-niespodzianka jest zawsze najmilsza ze wszystkich, a na dodatek daje bodźca do pisania w sposób jeszcze ciekawszy. Najbardziej cieszy świadomość, że ktoś czyta to, co napiszę i że sprawia mu to przyjemność na tyle, że wraca po więcej. Cudowne, doprawdy, uczucie.
Każda porządna nagroda musi być ozłocona wywiadami z osobą nagrodzoną, inaczej się po prostu nie liczy. Ja również dostałam serię dociekliwych pytań, na które postaram się jak najuczciwiej i najszczerzej odpowiedzieć.
1. Kawa czy herbata?
Jedno i drugie. Kocham herbatę, a jeszcze bardziej kocham kawę. A może odwrotnie? Ulubiona herbata pochodzi z Demmersa i służy do celebrowania wolnych chwil świąteczno - weekendowych. Na co dzień zapijam się herbatą torebeczkowaną z Marks&Spencer, w wersji listopadowej z sokiem malinowym.
Ulubiona kawa pochodzi - uwaga - z Ikei. Serio. Uważam, że zarówno ich espresso jak i kawa do ekspresu przelewowego (dark roast) są naprawdę świetne. Zimą często kupuję w naszym malutkim miejscowym sklepiku kawowym kawę pomarańczową; jakoś szarymi porankami i dniami dobrze człowiekowi wchodzi.
2. A co najlepiej do niej? 
Zostawiając na boku kwestę kalorii, do kawy najlepiej pasują ciasteczka owsiane własnej produkcji, a do herbaty falenicki keks. Jest cudownie wilgotny, nie za słodki i nie do podrobienia. Przynajmniej dla mnie...
3, Świąteczne marzenie? Jedno ;)
Romantyczny wyjazd z mężem, gdziekolwiek, byle we dwoje. Może być nawet do Mińska Mazowieckiego albo Wołomina...
4. Pomysł na oryginalną ozdobę świąteczną to..? 
W tym roku chcę powiesić dużą dębową gałąź w naszej świetlicy i ozdobić ją tylko ptaszkami własnej i cudzej roboty.
5. Książka, którą podałabyś dalej to...?
Najnowsza lektura "W Paryżu dzieci nie grymaszą"Pameli Druckermann. Dla każdej mamy. Recenzja w drodze.
6. Makijaż na co dzień czy od święta?
Na co dzień, zdecydowanie. Czyste włosy i makijaż to podstawa dobrego nastawienia do życia.
7. Ulubiona piosenka, utwór ?
Oj, nie wiem...jest ich za dużo. Albinioni multiplikuje dobre komórki w moim mózgu, bez wątpienia. Soul, złota klasyka lat czterdziestych, ale też Lady in Red Chrisa de Bourgh i You Look Wondreful Tonight Erica Claptona.
8. Pomysł na najszybszy obiad świata? Taki, który trzeba zrobić
w minutę po tym, jak się na blogach zasiedziało ;)
Spaghetti carbonara albo mrożone frytki i panierowana pierś kurza ;)
9. Czy masz plany na zmianę aranżacji w domu? Jeśli tak, to co to będzie? 
Właśnie mamy remont; będzie pasiasta tapeta w naszej sypialni i biała boazeria w kuchni. Będzie relacja :)
10. Najlepsze ciasta to...? Mogą być dwa ;)
Tiramisu i tort makowy.
11. Cieszy Cię popularność Twojego bloga?
Jasne, zwłaszcza ta wśród znajomych moich dzieci :) 
A tak na serio - jest cudowna i zaskakująca. Dziękuję!!!


Teraz powinnam ogłosić swoich liebsterów, ale jeszcze kompletuję listę. Ogłoszenie wkrótce!
Jeszcze raz dziękuję za nominację i do zobaczenia wkrótce :) Zabieram się robienia imieninowego tiramisu...