Pokazywanie postów oznaczonych etykietą późne macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą późne macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 września 2014

Niespodzianka





Jak wiecie, jestem mamą piątki dzieci. Pierwsza grupa w ilości cztery sztuki ulęgła się nam w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych, lekko zahaczając o sławny rok 2000. Zdjęcie, które widzicie powyżej, zostało zrobione w Magdalence w roku 2002, kiedy mnie i mężowi wydawało się że mamy już duże dzieci. Najstarsza miała 8 lat, druga z kolei 7, rodzynek 5, a najmłodsza świeżo ukończone dwa latka. Niechcący nabraliśmy wtedy przeświadczenia, że tak będzie zawsze; że nasze dzieci już takie zostaną: małe, kochane, zabawne. Gdzieś w tyle głowy majaczyła nam co prawda świadomość przemijalności czasu i tego, że w pewnym momencie dzieciaki wylecą z naszego przytulnego rodzinnego gniazdka na szeroki świat, ale nie traktowaliśmy tego poważnie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pewnego niedzielnego poranka okazało się, że nikt od nas nic nie chce - ba, że mimo dosyć zaawansowanej pory dnia, nikt nie ma zamiaru ruszyć ani rączką ani nóżką. Staliśmy się rodzicami NASTOLATKÓW.


Filip'97

Natalia'94


Marysia'95


Joasia'2000

Nie powiem, żyło nam się wygodnie jako rodzicom Dużych. Leniwe weekendy, wyprawy rowerowe, delegowanie naszych dotychczasowych obowiązków na młodsze pokolenie....Pozbyliśmy się wszystkich wózków, łóżeczek, grzechotek, śpioszków a także ciążowych ubrań. Znikły ślady małych, lepkich paluszków na ścianach, ciągnące się przez cały dom na wysokości około metra. Zanikły plemienne kłótnie i wojny, zaczęły się fajne rozmowy, dobre lektury i filmy. Zaczęło się też wzajemne podbieranie ciuchów i śledztwa w sprawie znikających w zastraszającej ilości rajstop. Tak wysokie pogłowie kobiet objawiło też inną, całkiem niespodziewaną dziedzinę zakupów hurtowych: artykuły sanitarne oraz szampony do włosów... 
Aż tu nagle... Aż tu nagle nie zmieściłam się w ulubioną (dodajmy - jedyną) wyjściową sukienkę. Co jest, do jasnej Anielki?! W moim zaawansowanym wieku kwestie związane z wagą traktuje się śmiertelnie poważnie, a kaloryczne rachunki sumienia robi się co najmniej kilka razy na dobę. No cóż, żadnych grzechów nie pamiętam...przynajmniej żadnych poważniejszych. To nie może być TO o czym nagle pomyślałam...z pewnością takie ekscesy już są poza mną...Co prawda, mdliło mnie ostatnio, ale wszyscy mieli jakieś grypy żołądkowe, myślałam, że mam i ja. Co prawda, miałam nagłą ochotę na kaszankę, a ochota na kaszankę była zwykle u mnie oznaką TEGO, co już na pewno mnie nie spotka, bom już wyrosła z takich  rzeczy. No dobra, na wszelki wypadek sprawdzimy...TO NIEMOŻLIWE. A jednak możliwe. Chłopak, termin 26 czerwca 2011. 
Najpierw szok i niedowierzanie, później obłędna radość. Dziewczyny ruszyły w kupowanie ubranek, oglądanie wózków i łóżeczek, chłopaki (tatuś z synkiem) nieco ogłupieli z tego wszystkiego, ale powoli na oszołomione oblicza wypłynął uśmiech od ucha do ucha. MAMY DZIDZIUSIA.
Ciąża czterdziestoparoletnia rzeczywiście jakby bardziej ciąży, ale wszystko osładza myśl o małym ukrytym syneczku, cierpliwie, dzień po dniu przygotowującym się na spotkanie z liczną rodzinką. 


Tomasz Barnaba'06 2011

Nareszcie nadszedł wielki dzień. Poród sprawniutki, dzidziuś śliczniutki, tylko mina pani doktor jakby trochę kwaśna. Co jest? No, coś jest, ale nie wiedzą co. Pobierają badania, czekamy. Wynik: hipoglikemia. No, może wskazywać na dużo strasznych straszności, ale może nie. Kroplówki, badania, kroplówki, badania, kroplówki, badania. To wykluczamy, tamto wykluczamy, cukier się waha, a jeszcze pojawiła się żółtaczka.


Tomcio w CZD

Szukali, szukali, przebadali od stóp do głów, nic nie znaleźli. Poziom glukozy w normie. Nareszcie wychodzimy!!!!
W taki sposób pojawił się w naszym domku drugi rzut potomstwa, w postaci rodzynka Tomeczka. Dziecko nie dosyć, że najmłodsze, to jeszcze mające do dyspozycji oprócz mamy i taty - czwórkę  zakochanego w nim starszego rodzeństwa, babcię i dziadka. Centrum wszechświata po prostu. Niezłe wyzwanie pedagogiczne dla starszych rodziców: jak nie wychować rozpieszczonego potworka.


Tomasz walczy z Filipem


Pasiaste miesięczne stworzenie

A starsi państwo musieli ponownie przedzierzgnąć się w młodych rodziców małego dziecka, jako upgrade do starszych rodziców panien na wydaniu i młodzieńca pod wąsem.
No dobra. Kolki - znamy, znamy. Alergie - znamy, znamy. Nietolerancja laktozy - irytująca nowość, która w dodatku nie pozwala karmić piersią. Rozczarowanie numer jeden. Syndrom Beckwitha - Wiedemanna to rozczarowanie numer dwa, ale o tym napiszę innym razem. Migreny spowodowane notorycznym niedospaniem to rozczarowanie numer trzy, chyba najdotkliwsze ze wszystkich. Poza może wstawaniem o świcie, zwłaszcza w weekendy. Dom na nowo zagracił się wózkami, łóżeczkami, śpiochami oraz zabawkami obficie dostarczanymi przez całą okolicę znajomych i przyjaciół. W pewnym momencie pojawiły się ponownie ulubione ślady lepkich paluszków na wszystkich możliwych ścianach...
Późne rodzicielstwo jest jak spacer po lesie - słońce przeświecające przez liście. Wiele rzeczy przychodzi z większym trudem, często brakuje cierpliwości, wiele spraw się po prostu odpuszcza. Z drugiej strony jakby bardziej docenia się każdy etap rozwoju malucha, celebruje każdy moment ze świadomością, że to, co jest, już nigdy się nie powtórzy. Jest też łatwiej, bo są starsze dzieci. Nie powiem, że są zawsze zachwycone koniecznością zajmowania się młodszym bratem, ale zajmują się nim z wigorem i pokładami cierpliwości, których często brakuje ich mamusi. 
Od narodzin Tomka minęły trzy lata i ponownie rozpoczynamy nowy etap w życiu. Tomek - etap przedszkolaka. Natalia - etap narzeczeństwa. Marysia - etap studencki. Filip i Joasia - etap nowej szkoły. My - etap pogodzenia z niepogadzalnym. 
























niedziela, 14 września 2014

Czas leci...



Dwie rzeczy w życiu mnie przerastają: pieniądze i czas. Zawsze jest ich za mało i nigdy się nie zgadzają w ostatecznym rozrachunku. No, prawie nigdy. Na temat pieniędzy wolę się nie wypowiadać, zresztą dżentelmeni nigdy nie tego tematu nie poruszają, i niech tak zostanie.
Natomiast czas to co innego. Kiedyś był moim sprzymierzeńcem, biegł niespiesznie, dawał się oswoić i podporządkować. Podzielony na pory roku, miesiące, tygodnie i dni pozwalał na nieograniczone czerpanie ze swoich zasobów. Szkoła, lekcje, podwórko, koleżanki, czytanie książek, pisanie, przesiadywanie w bibliotece, pomoc w domu, nicnierobienie. Wakacje trwały wiecznie, niedziele ciągnęły się bez końca, grudniowe wieczory poprzedzające Boże Narodzenie dawały poczuć smak oczekiwania na cud. 


Jak to się stało, że ten miły, dobrotliwy staruszek czas zmienił się w złośliwego poganiacza niewolników?  Co sprawiło, że tak łatwo dałam się zepchnąć z pozycji władcy na pozycję zadyszanego gońca?
Nagle okazało się, że żyję w epoce pośpiechu, w której wszystko musi być zrobione natychmiast, a najlepiej na wczoraj. Całą sytuację pogarszają jeszcze tak zwane zdobycze techniki, dzięki którym zaczęłam patrzeć na czas jak na wroga, a on zaczął traktować mnie jak popychadło. Internety, esemesy, maile - wystarczy chwila, abym została zasypana przez tysiące informacji i propozycji nie do odrzucenia. Niestety, zbyt często daję się im wystrychnąć na dudka i zobowiązuję się wykonać rzeczy, o których z góry wiem, że jest ich zbyt wiele; że zwyczajnie nie dam rady.


Wariatka?  Oczywiście, że wariatka! Najnowsze technologie mogą sobie działać natychmiast - ja nie. Potrzebuję czasu, aby wykonać swoją pracę. Muszę na nowo oswoić siwobrodego staruszka. Jeśli ja, jako mama nie jestem w stanie zapanować nad czasem, jak sobie z tym poradzą moje dzieci? 
Czas jest w pewnym sensie despotą; jest bogactwem nieodnawialnym, absolutnie nieodzyskiwalnym. Każdy dostaje go po tyle samo, dwadzieścia cztery godziny i już. Nie mogę zwiększyć jego ilości, ale mogę nauczyć się zarządzać tym, co dostałam. Muszę przyznać, że poruszam się z trudem po tej wyboistej drodze, ale staram się nie poddawać. Nie spadnę z tych schodów.



Przede wszystkim zmuszam się do zastanowienia, co ja takiego robię i po co? Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę hiperaktywizmu, takiego rodzicielskiego ADHD. - Dokąd biegniesz kobieto, gdzie się tak spieszysz?! Stop. Zatrzymaj się i przypomnij sobie, jakie jest twoje powołanie w życiu; co jest twoją misją, jedyną i niepowtarzalną? Ok, jestem mamą, żoną, sobą. To są moje zadania, moje pola działania, moje okazje do wzrostu i przemiany. Różne aspekty mojego życia, mojego powołania przypominają nieco zbiór okręgów - osobnych, zachodzących na siebie lub też całkowicie się pokrywających. Potrzebuję jasnych wytycznych: po pierwsze ja (bo jeśli ja padnę, wszystko weźmie w łeb); po drugie moja rodzina (to znaczy mąż i dzieci - w tej kolejności); po trzecie moja praca i wszelkie zobowiązania. 



Oto moje koło ratunkowe: kalendarz. To moje narzędzie, dzięki któremu spajam siedem naszych rzeczywistości i nadaję im kierunek. To jest centrum dowodzenia, wiszące na ścianie naszej kuchni i porządkujące nasz domowy chaos.


Rok temu odkryłam MaMy kalendarz i zrewolucjonizował on moje życie. Śliczny, kolorowy, dopracowany w najdrobniejszym szczególe - z rubrykami na każdego członka rodziny, pisaczkiem i naklejkami - przypominajkami. Dzięki niemu łatwiej jest planować i nadawać odpowiedni stopień ważności poszczególnym sprawom do załatwienia. Życie nauczyło mnie, że to, co zapisuję w kalendarzu powinno być realistyczne, jasne i w niezbyt odległym terminie. Kalendarz czyni ze mnie moderatora, a nie marionetkę czy inną kukiełkę w wirtualnych rękach czasu. Pozwala mi też na zostawienie sobie pewnej luźnej przestrzeni, która pozwala na zarówno błogie lenistwo z książką czy filmem, ale też na łatanie nagłych dziur i rodzinnych awarii. Pozwala też na nicnierobienie; na wykrojenie z tortu czasu sporego kawałka na zadumę, łażenie po lesie, moczenie nóg w rzece, gapienie się na wschody i zachody słońca i księżyca, na dostrojenie się do ciszy. 







Chciałabym nauczyć moje dzieci panowania nad czasem, umiejętności wyciśnięcia z niego wszystkich soków, wszystkich możliwości. Mam nadzieję, że będą w tym lepsi ode mnie; dużo, dużo lepsi.

Na koniec chciałam jeszcze wyjasnić, co robią tutaj te zegary. Osiemnastowieczne zegary szwedzkie z miasta Mora są od lat moim niespełnionym marzeniem - dlatego je tu umieściłam: żeby sobie na nie popatrzeć, żeby stały się rodzajem samospełniającego się zaklęcia. 






sobota, 6 września 2014




Kocham oglądać babskie filmy, zwłaszcza tak zwane "feel good movies". Jak to przekazać po polsku? Błogodajne? Ja mówię "ładne filmy". Na hasło "oglądamy ładny film?" moje córki (trzy) wypełzają ze swoich norek i ochoczo gromadzą suchy prowiant plus gorąca herbatka, na dwie godzinki babskiego błogostanu (a jednak błogodajne!). Lista naszych ładnych filmów nie jest przesadnie długa, szczerze mówiąc oglądamy na okrągło kilka wypróbowanych dziarskich staruszków (staruszek?). Numer jeden, to jak widać na zdjęciu otwierającym tego posta, "Masz wiadomość". Absolutny niezbędnik na chandrę, zmęczenie i ogólny życiowy niesmak. wszystko w tym filmie jest "feel good": opowiadana historia, aktorzy, wypowiadane kwestie, Nowy Jork no i wnętrza. Scenografia jest tak fantastyczna, że człowiek ma ochotę wskoczyć do środka, jak Tytus, Romek i A'Tomek. Mieszkanie Kathleen Kelly wygląda jak domek z bajki w środku wielkiego miasta - przecudowna mieszanka stylu shabby chick z Laurą Ashley. 



Wszystkie detale tego mieszkanka są dobrane z prawdziwą czułością, chociażby ta nieduża lampka w kuchni, czy zielone przeszklone drzwi, że nie wspomnę o półkach na książki. A jej księgarnia "The Shop Around A Corner"? Takie miejsce to marzenie każdego miłośnika książek, zwłaszcza książek dla dzieci. Sami popatrzcie.



W takiej księgarni mogłabym zamieszkać. Cudowne, cudowne miejsce. Ach.

Kolejnym ładnym filmem jest serial BBC "Duma i uprzedzenie". Serial zrodzony z prawdziwej miłości do książki i do Jane Austen; nakręcony z szacunkiem i pełnym zrozumieniem epoki. Jedyna SŁUSZNA ekranizacja z jedynie słuszną obsadą. Czy ktoś mógłby zastąpić Colina Firtha w roli pana Darcy? 




Jennifer Ehle jako Elizabeth jest po prostu na swoim miejscu; jej urok i poczucie humoru uwodzą nas, jak uwiodły pana Darcy.
Jane czyli Susanna Harker ma w sobie tyle samo słodyczy i jest tak samo irytująca, jak jej powieściowy pierwowzór.


 Oto jej ukochany, pierwszy naiwny pan Bingley - Crispin Bonham-Carter.


Państwo Bennet są absolutnie doskonali, uwielbiam ich obydwoje: Benjamin Whitrow i Alison Steadman.



Groźny, obrzydliwy pan Collins, genialnie zagrany przez Davida Bambera.


Ten film porządkuje i uspokaja moją rzeczywistość: zegar w Longbourn powoli odmierza czas, każdy zna swoje miejsce, nikt nie usprawiedliwia zła, miłość wszystko zwycięża, na końcu czeka nas Happy End. Jestem stałym gościem w Longbourn  i w Pemberley.




Trzecim ładnym filmem, oglądanym obowiązkowo od listopada do lutego, jest The Holiday. Muszę przyznać, że ja oglądam ten film właściwie tylko ze względu na wnętrza domku Iris oraz jej osobistego brata, którego gra Jude Law. Historyjka jest banalna, ale tak ładnie opowiedziana i pokazana, że działa jak gorąca herbata z rumem. W domku Iris mogłabym zamieszkać w każdej chwili, jest IDEALNY. Gdybym mogła, chętnie zrobiłabym kopiuj - wklej całość w mój duży, brązowy dom. Scenograf to zdecydowanie moja pokrewna dusza wnętrzarska.







 Ta wanna!!!



A to brat Iris, przystojny wdowiec.



Ładne filmy to jeszcze Małe kobietki, Bill Cosby, Dzieci z Bullerbyn, Deszczowa piosenka.
 Póki co, ciągle trwa Babie Lato, ale za progiem czeka już plucha i nieustanne ciemności, więc będziemy celebrować rodzinne wieczory filmowe. Achchch, lubimy to! I to jak!!!

A to łapka najmłodszego domownika Dużego Brązowego Domu, z własnoręcznie zebranym owocem Babiego Lata.