Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

Kuchenne opowieści


Życie toczy się w kuchni. Właściwie dom mógłby składać się wyłącznie z ogromniastej kuchni z gigantycznym stołem, na którym robi się wszystko. Jeśli nasz dom ma serce, to bije ono gdzieś pomiędzy wyspą z gotującym się obiadem a wiecznie nagrzanym i pachnącym piecykiem. 
Niezawodni uczeni amerykańscy (cóż świat począłby bez nich?!) odkryli, że im więcej rodzina spędza razem czasu przy stole, tym ma większe szanse na happy end, a dzieci z takiej rodziny są szczęśliwsze i sporadycznie angażują się w zachowania społecznie ryzykowne. Jeśli zatem podliczę i dodam do siebie wszystkie godziny, jakie nasza rodzina spędza przy stole, mogę pogrążyć się w błogim poczuciu bezpieczeństwa przez resztę swoich dni...


Przyznam się szczerze, że nie jestem mistrzynią gotowania. Owszem, zapewniam mojej rodzinie wikt, a także piekę, tudzież robię przetwory na zimę, ale to wszystko razem utrzymuje się - niestety, niestety - na poziomie dostatecznym z plusem. Jestem dosyć poprawnym odtwórcą cudzych pomysłów, ale nie twórcą własnych wariacji na różne tematy kulinarne.  Moją miarą doskonałości jest umiejętność gotowania na tak zwane oko i pewna wiedza, granicząca z intuicją, na temat co z czym łączyć i jak to będzie smakowało. Umiem też po zapachu rozpoznać, czy dana potrawa jest już gotowa do spożycia przez wygłodniałe stado nastolatków plus. Ujmijmy to może tak, że ja gotowanie lubię, ale gotowanie niekoniecznie lubi mnie...Podziwiam znajome mamy i kobiety bezdzietne, tudzież singielki, które dokonują zakupów ze znawstem godnym Gordona Ramsaya, wiedzą co to karob i potrafią upiec biszkopt z mąki z cieciorki...Sandałów nie godnam im wiązać.


Natalia oprawia ryby jak zawodowiec; mamusia Natalii niestety, nie może pochwalić się tą umiejetnością...

Zwykle jest tak, że najlepiej wychodzą mi dania, które lubię najbardziej...Na przykład lazania...albo bułeczki cynamonowe. Nieźle wychodzą też ciasteczka owsiane, które robimy według przepisu Doroty z Moich Wypieków.



Składniki na około 35 ciastek:
  • 200 g masła, w temperaturze pokojowej
  • 3/4 - 1 szklanka drobnego cukru do wypieków 
  • 1/4 szklanki ciemnego brązowego cukru muscovado lub demerara
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (ja nie lubię, więc nie dodaję)
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 2,5 szklanki płatków owsianych
Masło i biały cukier umieścić w misie miksera i utrzeć do otrzymania jasnej, puszystej masy. Jak ktoś ma kondycję, może ucierać ręcznie, wtedy nie ma możliwości, aby zwarzyło się masło. Po jakimś czasie dodać cukier brązowy i kontynuować ucieranie. Dodać jajko i zmiksować. Wsypać pozostałe składniki i zmiksować do otrzymania jednolitej masy.
Blachę do ciastek wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta robić kulki wielkości orzecha włoskiego (lub większe, wedle uznania), spłaszczyć je łyżką. Układać na blaszce z sporych odstępach.
Piec w temperaturze 180ºC przez około 15 - 17 minut do lekkiego zbrązowienia (nam wystarczy 14 minut). Chwilę odczekać przed zdjęciem z blachy, potem studzić na kratce. Najlepsze do tych ciasteczek są płatki górskie, ale błyskawiczne też ostatecznie mogą być (trochę mniej chrupią po upieczeniu). Na kanwie tych ciasteczek można haftować dowolne wzory, dodając różne różności, typu rodzynki, sezam, żórawinę, itede itepe...



W jednym z postów wspomniałam, że bardzo lubimy keks, który kupujemy w Falenicy, w małej garmażerce. Jest tak pyszny, że jakoś nigdy nie próbowałam go odtworzyć, uznając podświadomie, że nie da się skopiować arcydzieła. Ponieważ pojawiły się prośby o przepis, posłużę się niezawodnymi Moimi Wypiekami; kiedy korzysta się ze wskazówek Doroty, nie sposób schrzanić żadnego ciasta, słowo. Może nawet sama wreszcie upiekę swój pierwszy keks...

Składniki:
  • 100 g sułtanek
  • 75 g koryntek
  • 150 ml ciemnego rumu lub innego alkoholu (jednak z rumem jest najlepszy)
  • 210 g masła
  • 150 g drobnego cukru do wypieków
  • 4 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 15 g proszku do pieczenia (odrobinę mniej niż 1 łyżka)
  • 65 g suszonych moreli, posiekanych
  • 65 g suszonych śliwek, posiekanych
  • 125 g kandyzowanych melonów, posiekanych
Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
Wieczór wcześniej sułtanki i koryntki włożyć do miseczki i zalać 150 ml rumu.
Mąkę i proszek do pieczenia przesiać, odłożyć na później.
W misie miksera utrzeć masło z cukrem do otrzymania jasnej, puszystej masy. Dodawać jajka, jedno po drugim, ucierając (miksując) po każdym dodaniu, do połączenia się składników.
Do utartej masy dodać mąkę z proszkiem, wymieszać, do połączenia. Wmieszać posiekane bakalie, namoczone rodzynki i sułtanki oraz pozostały rum z miseczki.
Ciasto przełożyć do formy keksówki o długości 28 cm, wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Wyrównać.
Piec w temperaturze 160°C przez około 20 minut, następnie zwiększyć temperaturę do 175ºC i piec kolejne 35 - 40 minut (lub dłużej) do tzw. suchego patyczka.
* możecie użyć swoich ulubionych kandyzowanych lub suszonych owoców,





Przez te kilka lat użytkowania naszej kuchni, dokonał się w niej mimowolny podział na strefy. W części, którą widzicie powyżej, dokonują się wszelkie czynności związane z pieczeniem: swobodnie mieści się tutaj ogromna stolnica (zrobiona specjalnie dla mnie przez znajomego stolarza), można rozstawić milion naczyń, słoików, składników, blach oraz blaszek. Można też pracować w kilka osób, co w przypadku naszego licznego stada, jest dosyć istotną zaletą.






Natomiast część przy zlewie, vis a vis wyspy, służy do przygotowywania bardziej prozaicznych dań obiadowych i innych, a także parzenia tryliona herbatek i kawek, które pochłaniamy w ilościach hurtowych. Myślę, że w przerobie dorównujemy niejednej kawiarni... 

Życie kuchenne ma jedną, za to poważną wadę: bez przerwy robi się bałagan. Piętrzące się stosy czasopism, książek, przepisów, laptopów, notatek, kubeczków, talerzyków oraz garnków tworzą malowniczy, acz męczący, pejzaż. Oczywiście, tak jak wszyscy chętnie przyczyniają się do tworzenia artystycznego chaosu, tak do ogarnięcia tegoż ochotników brakuje...Wytypowany nieszczęśnik, ciężko wzdychając i zrzędząc jak stado  wściekłych teściowych, sprząta tę stajnię Augiasza tylko po to, aby godzinę później wszystko wróciło do stanu pierwotnego bezładu...



Ale i tak najważniejszą przyprawą, pasującą do wszystkich potraw, jest szczypta serca. Jeśli do naszych ciast, gulaszów oraz kompotów i konfitur dosypiemy po trochu miłości, odrobinę empatii, ciut ciut poczucia humoru oraz dobrych chęci, wszystko nam się uda. Nie  zupełnie dobrze wyrośnięte ciasto czy lekko przesolona zupa będą smakować jak ambrozja, bo w talerzu będą pływać niewidzialne kawałeczki serca kucharza. Prawdziwe opium w rosole. 























sobota, 17 stycznia 2015

W Paryżu dzieci nie grymaszą. W Józefowie też nie.



Zachodzisz w ciążę; po wielu miesiącach wlekących się jak miliard ślimaków, nareszcie rodzisz. Mniej więcej po tygodniu, kiedy rany cięte, kłute i szarpane w miarę się goją, a mleczna droga zaczyna się powoli przed tobą rozwijać na modłę niekończącej się autostrady, pojawia się w tobie lęk, czy aby będziesz umiała wychować tego małego człowieczka, który za twoją miedzy innymi sprawą pojawił się na świecie. Ze wszech stron pchają się w twoje ręce setki poradników o wychowaniu, wszystkie z grubsza robione na to samo kopyto: zdjęcie, podpis pod zdjęciem, pół strony tekstu, kolejne zdjęcie kolejny i podpis typu "Niemowlę w suchej pieluszce czuje się dużo lepiej niż w mokrej. Pieluszki trzeba zmieniać dziecku co kilka godzin". I tak dalej i tak dalej, jakby wszyscy rodzice to była banda mało inteligentnych analfabetów, która w dodatku zatrzymała się w rozwoju na poziomie historyjek obrazkowych. Nie wiem, czy zauważyliście, że współczesne poradniki przekonują rodziców, że po pierwsze dziecko samo wie najlepiej, czego potrzebuje, a rola rodziców ogranicza się w zasadzie do akwizycji zapotrzebowań i realizacji złożonego zamówienia; po drugie zaś, wmawia się nam, że dzieci od zarania życia powinny być stymulowane na każdym możliwym poziomie. Jaki jest efekt tych porad? Ano taki, że rosną nam dzieci samowolne, niecierpliwe oraz przestymulowane, czyli nadpobudliwe. Piszę to, bom grzeszna i sama pełna winy: uwierzyłam swego czasu w te brednie, a ofiarą padło moje najstarsze dziecko...Na szczęście trafiłam na cudowną książkę Jiriny Prekop i Christel Schweizer "Niespokojne dzieci", która dokonała rewolucji w moim wychowawczym światopoglądzie. Proste rady: spowijać dziecko, ograniczać bodźce, wprowadzić harmonijny, przewidywalny rytm dnia...i stał się cud. Po pierwsze uspokoiłam dziecko, po drugie dogadałam się z moją babcią, która od początku dawała mi takie rady...Zawijaj, karm co trzy godziny, bo przejedzony brzuszek boli, jak najwcześniej wysadzaj na nocnik...Zmądrzałam. Dojrzałam. Wychowałam.


No i właśnie ostatnio, jako dojrzała mama trafiłam na drugą mądrą książkę na temat wychowania dzieci. Autorka: Pamela Druckeramann, tytuł: "W Paryżu dzieci nie grymaszą. Amerykańska mama odkrywa tajniki francuskiego wychowania", wydawca: Wydawnictwo Literackie.
Młoda amerykańska mama, cierpiąca z powodu nieprzespanych nocy, niezdyscyplinowanej córki oraz spowodowanej ciążą nadwagi nagle dostrzega, że już niespełna trzymiesięczne francuskie dzieci przesypiają całe noce; że roczne maluchy zjadają obiady bez grymaszenia i rozrzucania jedzenia po całym świecie i okolicach; że kilkulatki są w stanie zająć się same sobą, przez co  rodzice mogą spokojnie porozmawiać czy odpocząć oraz że francuskie mamy w miesiąc po porodzie są szczuplutkie jak trzcinki i wskakują w swoje ubrania sprzed ciąży...Jak to możliwe? Mama Pamela jak rasowa reporterka odkrywa wychowawcze tajemnice Francuzów. " Francuscy rodzice z klasy średniej wyznają bliskie mi wartości: z zapałem rozmawiają z dziećmi, pokazują im przyrodę i czytają mnóstwo książek, zapisują na lekcje tenisa i zajęcia plastyczne, prowadzą do interaktywnych centrów nauki.
Potrafią się angażować - ale bez popadania w obsesję. Zakładają, że nawet najlepsi rodzice nie są do wyłącznej dyspozycji dzieci i nie jest to powód do wpędzania się w poczucie winy. 'W moim domu wieczór to czas dla rodziców' - powiedziała mi pewna paryska matka. 'Nasza córeczka może przyjść do nas, jeśli chce, ale to czas dla dorosłych'." Wow.


Zasady, jakie stosują francuscy rodzice, są bardzo proste. 
Nie obżeraj się w ciąży, to nie będziesz miała problemów z wagą. Francuzki po prostu "uważają"przy jedzeniu. Ha!
Nie wybudzaj swojego niemowlaka w nocy, to on nie będzie budził ciebie. "Dzieci rodziców, którzy nie od razu reagowali na nocne hałasy, zawsze dobrze śpią w nocy, podczas gdy dzieci rodziców reagujących natychmiast budzą się regularnie, aż stanie się to całkowicie nie do wytrzymania. (...) Niemowlęta często wiercą się i kwilą przez sen, co jest całkowicie zdrowe i normalne. Jeśli rodzice przybiegają i wyjmują dziecko z łóżeczka na każde piśnięcie, to czasem przez to je budzą." Najchętniej przepisałabym cały rozdział, jak tak fantastycznie prosto odkrywczy.
Karm dziecko o ustalonych porach od momentu ukończenia przez nie czterech miesięcy. Przerwa pomiędzy posiłkami powinna wynosić co najmniej cztery godziny - " Francuzi najwyraźniej gremialnie dostąpili cudu - ich malutkie dzieci nie tylko potrafiły czekać, ale najwyraźniej nie były z ego powodu nieszczęśliwe." Cierpliwość sprawia, że dziecko staje się spokojniejsze i bardziej odporne na stres. Dziecko, które natychmiast otrzymuje to, czego chce, potrafi w jednej chwili dostać ataku histerii. Kto z nas nie ma doświadczenia dziecka wrzeszczącego albo rzucającego się na chodnik?...


Jeśli dzieci potrafią czekać, życie całej rodziny staje się przyjemniejsze...można na przykład w spokoju zjeść obiad, albo porozmawiać z gośćmi...albo poczytać jakąś miłą książkę czy gazetkę. Cokolwiek.






We Francji oczekuje się, że dzieci będą umiały właściwie się zachować i będą grzeczne. "Grzeczne" po francusku oznacza nie tylko stosowne zachowanie, ale także zastanawianie się tym, co się robi oraz odnoszenie się z szacunkiem do innych. Nie narzuca to siedzenia bez ruchu (w końcu dzieci to dzieci), ale wymaga po prostu umiejętności samokontroli. 
Nie dawaj dziecku słodyczy na żądanie. Dziecko łatwo przyzwyczaja się do pewnych ustalonych pór, w których może jeść ciasta, czekoladę czy cukierki. Wprowadź nawyk czekania na deser czy podwieczorek.
To ty decydujesz, nie dziecko. Twoje "nie" powinno oznaczać "nie", żadnych negocjacji.
Musisz być pewna siebie, jeśli dziecko ma za duży wybór, czuje się zagubione.
Częściej mów "tak" niż "nie", wtedy łatwiej zachowasz swój autorytet.
Dzieci nie są w centrum uwagi, a świat nie kręci się wokół nich.
Dbaj o swoje małżeństwo, dzieci odejdą, a wasz związek zostanie.
I tak dalej, i tak dalej.
Czyta się tę książkę świetnie, napisana jest żywo i z poczuciem humoru, a tłumaczenie - na szczęście - zachowuje wszelkie walory orginału. 
Od siebie tylko dodam, że wiele z tych zaleceń dużo łatwiej wprowadza się w życie w rodzinie wielodzietnej. Przy kilkorgu rodzeństwa każde dziecko zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest pępkiem świata i że musi czekać cierpliwie na swoją kolej...





Wiedzą, że bez pracy nie ma kołaczy, i że jeśli coś ma być zrobione, to muszą to zrobić ich własne, słodkie, kochane rączki.
Pamiętajmy, że jeśli my sami nie będziemy od siebie wymagać, nie mamy prawa wymagać od dzieci - i tak nas nie posłuchają. Jakimi ludźmi my sami jesteśmy, takimi staną się nasze dzieci. Wychowujemy je na nasz obraz i podobieństwo. Jeśli nasi rodzice zawiedli, zwróćmy się do Tego, który nas stworzył na Swój obraz i podobieństwo. W końcu "choćby cię opuścili ojciec twój i matka, Ja nie zapomnę o tobie i przygarnę ciebie". Będzie dobrze.









poniedziałek, 27 października 2014

Okruszki wieczności




Urodziłam pięcioro dzieci. Nie urodziłam sześciorga dzieci. Jaś (1993), Tymoteusz (2004), Józio  Pierwszy (2006), Józio Drugi (2006), Amelka (2010), Emilka (2014). Życie, które się poczyna pod twoim sercem; słowo, które staje się ciałem z twojego ciała; tajemnica, którą tylko ty pojmujesz. Nagle - niespodziewnie pierwsza kropla krwi. Jeszcze starasz się wierzyć; ręka sama szuka dłoni różańca, zaciskasz tę dłoń tak mocno w swojej, że kiedy ją otwierasz, ma kształt krzyża. Coraz więcej krwi, coraz wiekszy lęk, niekończąca się droga do szpitala. Czas mija, ból nie mija, dmuchasz na ostatnie iskierki nadziei. Nie ma już nadziei. Zgasło życie, umilkło maleńkie dzielne serduszko, odleciał mały duszek. 


Przychodzi nowy lęk. Boisz się kolejnej ciąży, kolejnej śmierci, kolejnego cierpienia. Lęk spowija cię ciasno, jak lepki kokon. 




W kiosku widzisz gazetę "W drodze". Temat numeru - poronienia. Kupujesz wbrew sobie, czytasz wbrew sobie.

- Dlaczego, mimo tylu poronień, decyduje się pani zachodzić w ciążę?
- Dlatego, że lepiej jest być niż nie być. Kto może powiedzieć, jak długie powinno być ludzkie życie? Czy człowiek, który przeżył swoje życie w kilka czy kilkanaście tygodni, jest mniej wart niż ten, który żył kilkadziesiąt lat? 

Czytasz te słowa raz, drugi, dziesiąty...lepiej jest być, niż nie być...lepiej jest być niż nie być...lepiej jest być niż nie być... Czujesz, jak nitka po nitce twój kokon pęka. Już się nie boisz. Lepiej jest być niż nie być. 
We wrześniu powinna była urodzić się Emilka; niestety była z nami tylko przez dziesięć krótkich tygodni. Odeszła w marcu, w przededniu wiosny. Jest naszym jedynym utraconym dzieckiem, którego ciałko udało nam się odzyskać. Zawinęłam ją w kaftanik w różyczki, i ułożyłam w małej, białej urnie.  



To, że mogliśmy ją pożegnać, mieć przez chwilę w domu, między innymi dziećmi sprawiło, że stała się nam bliższa, bardziej realna, bardziej nasza. Jej grób jest też grobem symbolicznym naszych starszych dzieci utraconych. Chodzimy dosyć często z Tomciem do Emilki, zapalamy światełko, stawiamy kwiatki, modlimy się razem.
Nigdy nie ukrywaliśmy przed dziećmi, że spodziewamy się kolejnego dzidziusia. Wiedziały o tym natychmiast, jak tylko my się co do tego upewnialiśmy. Czuliśmy, że mają prawo do tej radości, tak samo jak my. Kiedy okazywało się, że kolejny człowieczek odchodził przed czasem, płakały razem z nami. Czuliśmy, że mają takie samo prawo do smutku i żałoby, jak my. W końcu jesteśmy rodziną, jednością w wielości. 


Osłaniamy ten chybotliwy płomyk ludzkiego życia, robimy wszystko, aby trwał jak najdłużej. Nie do nas należy decyzja, jak długo będzie płonął. Do nas należy radość, do nas należy cierpienie, do nas należy zmartwychwstanie.





Cytowałam fragment miesięcznika W drodze z roku 2008, nr 11 ( 11(423) 2008 )




sobota, 18 października 2014

To już?...



Była sobie śmieszna mała dziewczynka. Miała zadarty nosek, okrągłą buzię, duże orzechowe oczy,  i dołeczki w policzkach. Kiedy miała pół roku zaczęła raczkować, dwa miesiące później stanęła na nóżki, a za kolejne dwa pomaszerowała na nich w świat. Pierwsze słowa wypowiedziała jako dziesięciomiesięczniak, jako roczniak mówiła całymi zdaniami. Podwórkowe mamy - kwoczki piały nad nią z zachwytu. Mama i tata, acz również zachwyceni swoją córeczką, nieco zgłupieli na ten wyścig z czasem. Siwy pan doktor, który leczył jeszcze mamę dziewczynki, kiwał mądrą głową - tak, tak, masz dziecko z akceleracją, o przyspieszonym rozwoju. To była prawda. Wszystko w tym dziecku wyrywało się do przodu: co jest dalej, co się kryje za kolejnym zakrętem. Więcej umieć, więcej wiedzieć, jeszcze więcej doświadczyć. Rodzice z czułością i rozbawieniem przyglądali się swojej dzielnej córeczce. I nagle ta śmieszna dziewczynka znikła, a jej miejsce zajęła śliczna,  mądra, roześmiana młoda kobieta.


Rodzice z niedowierzaniem spoglądali jeden na drugiego - jak to? to już? gdzie zginęły te wszystkie lata? Ale jeszcze ją mieli, jeszcze przytulała się do nich na dobranoc, jeszcze gadały z mamą długo w noc. Jak przechować czas? Jak go przechytrzyć, zahibernować, zasuszyć między kartkami książki, zatrzymać w biegu...? 
Nagle - nagle, niespodziewanie, jak to w baśniach bywa, pojawił się on. Wysoki, przystojny chłopak, harcerz. Bardzo męski, dzielny, zaradny, odpowiedzialny.
- Mamo, wiesz...Mama wiedziała.





No i szukamy ślubnej sukni. Na ten jeden - jedyny dzień w życiu. Najpiękniejszy. Niepowtarzalny. Czrodziejski. Znikną chłopak z dziewczyną, zjawią się Państwo Młodzi. Dwa osobne światy, dwie oddzielne rzeczywistości stworzą zupełnie nową jakość, nową wartość, nową rodzinę. 
Ha, ale najpierw musimy znaleźć TĘ suknię. 
Włączamy komputer i guglu, guglu, guglu, guglamy ślubne salony. Nooo, jest ich szczerze mówiąc całkiem sporo, który by tu wybrać...Oglądamy salonową zawartość i entuzjazm nam jakby trochę słabnie. Sukien są całe stosy, tyle że wszystkie - jakby to powiedzieć - takie same! Na górze gorsecik eksponujący biust i ramiona, na dole beza. Całość dodatkowo posypana brokatem - kryształkami - brokatem i kryształkami, a dla urozmaicenia jeszcze perełkami. Hmmm. Może jednak w naturze wygląda to lepiej. Idziemy.




Salon Pierwszy. Okazuje się, że musimy poczekać, bo jakaś inna potencjalna Panna Młoda mierzy suknie. Trzy. Wszystkie bardzo poważne, rozłożyste, gorsetowe, okazałe. Powoli tracimy pewność siebie, a Natalka nadzieję na coś mniej wydekoltowanego i bezowatego. Przychodzi nasza kolej, wyłaniamy trzy suknie bez diamencików i z normalnym dekoltem. Jedna z nich, powiewna, leciutka, w stylu Ani z Zielonego Wzgórza, przemienia moją Natalię w istotę zupełnie zjawiskową. Jesteśmy zachwycone, a kiedy Pani Salonowa upina jej na głowie cudowny, romantyczny długi welon, nasz zachwyt nie ma granic. Jaka jest cena tej sukni, proszę pani? Trzy tysiące dwieście złotych, okres oczekiwania trzy miesiące. No tak, dziękujemy bardzo, będziemy w kontakcie.


Salon Drugi. Od progu musimy mrużyć oczy, taki blask bije od wieszaków z sukniami. Ten salon jest naprawdę okazały, w ogromnych przymierzalniach wiszą kryształowe lustra w bogatych, złoconych ramach. Kilka rozpromienionych dziewcząt przegląda się w nich, podziwiając swoje ślubne, luksusowe, lśniące wcielenia. Jedna z Pań Salonowych podchodzi do nas i kieruje do wolnej przymierzalni. Łapiemy po drodze dwie najmniej świecące suknie i idziemy przymierzać. No tak. Natalia zmienia się w Pannę Młodą prosto z telenoweli, wygląda bardzo telewizyjnie, a nawet hollyłudzko. Pani Salonowa ostro nas upomina, abyśmy uważały na suknię, gdyż pochodzi ona z najnowszej kolekcji. Grzecznie przepraszamy i z ciekawością pytamy o cenę. Trzy tysiące osiemset sześćdziesiąt złotych, proszę pani. Poprawki krawieckie płatne dodatkowo. Z ulgą wychodzimy na świeże powietrze.





Salon Trzeci, w centrum miasta stołecznego. Zgadliście. Gorsety, dżety, pajety, sztuczne koronki i sztuczne brylanty. Zgrabnie unikamy Pani Salonowej i uciekamy na ulicę. Jesteśmy głodne, bolą nas nogi i powoli opuszcza nas nadzieja na happy end. Na szczęście w pobliżu mieszka Babunia, która po babcinemu reanimuje nas gorącą kawą, herbatą, kanapkami i ciastem, a także proszkami od bólu głowy. Ufff. Ufff. Ufff. Odżywamy i wychodzimy.
A cóż to? Odżywcza fala przyniosła nas w pobliże niewielkiego sklepiku, na którego wystawie skromnie stoi TA ślubna suknia. Romantyczna, skromna, powiewna i dziewczęca. Urocza właścicielka i projektantka, jak siwa dobra wróżka, przemienia moją córeczkę w najpiękniejszą Pannę Młodą. Nareszcie. Koniec i kropka, nasz trud zakończony. Dobra wróżka podaje cenę sukni, cenę rozsądną, miłą, akceptowalną. Jesteśmy uratowane!



Cudownie jest mieć córkę, cudownie jest towarzyszyć jej w tych chwilach. Mnie niestety nie było to dane; kiedy ja brałam ślub, moja mama już nie żyła - zmarła na serce kilka lat wcześniej. Dlatego staram się - jakby na zasadzie zadośćuczynienia sobie samej - celebrować ten czas jak się da najmocniej. Chciałabym, żeby każda chwila wypaliła się w mojej pamięci na zawsze, żebym w każdym momencie mogła ją przywołać i - ponownie przeżyć.
Na szczęście mam jeszcze dwie córki, na szczęście mam jeszcze dwóch synów. Na szczęście zanim nasze gniazdo opustoszeje, zdąży się napełnić na nowo - dziećmi naszych dzieci. Na szczęście.













piątek, 10 października 2014

Dzieciomania


Czytając ostatnimi czasy przeróżne rozgorączkowane i rozgrzane do czerwoności dyskusje na temat wychowania i kształcenia dzieci, postanowiłam i ja dorzucić swoją garść kamyków do tego i tak zachwaszczonego ogródka. A co tam. Odgórnie uznałam, że jako matka piątki dzieciaków na różnym etapie rozwoju, mam prawo się wypowiedzieć.
To have them out of the house before I die - często powtarzam te słowa za Billem Cosby. Wyprawić dzieci z domu zanim się umrze, to chyba najważniejsze zadanie rodzicielskie. Pomóc im dorosnąć, okrzepnąć i podjąć samodzielne, odpowiedzialne życie na własną rękę. Wychować je tak, żeby były dobrymi ludźmi, żeby dokonywały słusznych wyborów i nie bały się ani ryzyka ani podejmowania własnych decyzji. Ha! Niezłe wyzwanie razy pięć.
Zanim zaczęłam rodzić kolejne latorośle, dużo czytałam na temat wychowania. Zanurzyłam się po czubek głowy w pedagogiczną literaturę fachową, popularną a nawet rozrywkową. Można powiedzieć, że wyhodowałam sobie niezłego, rączego konika - nawet filmy oglądałam wychwytując wątki wychowawcze.


symbol ostatnich dwudziestu lat mojego życia


To były właśnie cegiełki składające się na mój macierzyński fundament. Spośród tej całej mądrości wybrałam sobie dwie pozycje do podręcznego korzystania - ciekawe, czy zgadniecie co, he he. Otóż pierwszą z nich stał się Bill Cosby razem ze swoimi książkami, filmami i skeczami; a drugą - "Ziele na kraterze" Melchiora Wańkowicza.


najcudowniejszy tatuś na świecie Cliff Huxtable...


... i cała rodzina w komplecie

Bill Cosby jako pierwszy pokazał mi, jaką frajdą jest duża rodzina. Widziałam fantastycznych rodziców, bajeczny dom i piątkę wspaniałych dzieci. Tak wygląda patologia? No sorry, ale to nie ten klimat. Pomyślałam, że ja też tak chcę - chcę mieć dużą rodzinę i już. Zachwyciły mnie figury rodziców; ich mądrość, stanowczość i konsekwencja połączone z wzajemną miłością i czułością wobec dzieci. Nade wszystko zaś zachwyciło mnie ich poczucie humoru - no i miny pana domu, zwłaszcza te w sytuacjach małżeńskich. Ich wzajemne relacje, sposób odnoszenia się dzieci do rodziców i vive versa, uroczyste i przepojone czułym  poczuciem humoru celebrowanie rodzinnych rocznic zrobiły i wciąż robią na mnie piorunujące wrażenie. Więź małżeńska państwa Huxtable jest dla mnie nieustannym wzorem do naśladowania: spojrzenia jakie między sobą wymieniają, znaczące uśmieszki, ich nieustanny wzajemny flirt (pomimo dwudziestu lat stażu małżeńskiego), staranność w ubiorze i wyglądzie są zachwycające i rozczulające. 




W "Zielu na kraterze"po raz pierwszy zobaczyłam rodzicielstwo jako fantastyczną przygodę, nigdy wcześniej tak o wychowaniu dzieci nie myślałam. Zrozumiałam, że każde kolejne dziecko jest nowym powołaniem, najwspanialszą przygodą, cudownym wyzwaniem rzuconym przyszłości.  
Przyszły dzieci. Trzeba było zaplanować ich wychowanie, ich wykształcenie, określić jakąś wizję. W wychowaniu dzieci nie ma miejsca na improwizację, chociaż pozornie może ono wydawać się jedną wielką improwizacją. Jednak w tym szaleństwie musi być jakaś metoda, inaczej wszyscy zginiemy w mętnej zupie. Zanim urodzi się pierwsze dziecko, warto zadać sobie pytanie, ku czemu, ku jakim wartościom chcę je wychować. Jeśli potrafisz na to pytanie odpowiedzieć, jesteś w połowie drogi do sukcesu. Jeśli wiesz co chcesz osiągnąć, możesz planować jak to osiągnąć.
Patrząc na wychowanie z perspektywy dwudziestu lat macierzyństwa widzę, że najważniejsze jest dobre zaplecze, dobre środowisko wzrostu. Stabilny dom, mama i tata, rodzeństwo, jasno wytyczone granice i wymagania oraz dużo, naprawdę dużo radości.


mama i tata


bardzo, bardzo dużo taty


wspólny czas gadania, uczenia i jedzenia


od czasu do czasu kogel mogel pomaga na różne fizyczne i duchowe dolegliwości



bez rodzeństwa ani rusz


Oczywiście, dobre środowisko na zewnątrz domu jest równie ważne. Warto wybrać najlepsze możliwe przedszkole, najlepszą możliwą szkołę, zasugerować dobry i fajny sposób zagospodarowania wolnego czasu. Kiedy ktoś nam zarzuca, że chowamy dziecko czy dzieci pod kloszem, odpowiadajmy, że to prawda. chowamy je pod kloszem, bo teraz tego wymagają; bo są jeszcze wątłymi, nieuformowanymi roślinkami i muszą nabrać sił. Żaden ogrodnik nie zostawia cennych sadzonek na pastwę burzy, żeby się brały za bary z życiem, ale chroni je właśnie pod kloszem - żeby się stały mocne i w przyszłości wytrzymały niejedną burzę i zawieję.
Nasze dzieci jak były małe, chodziły do szkół niepublicznych; wiązało się to naprawdę z ogromnym wysiłkiem finansowym. Wspaniałe środowisko nauczycielskie i koleżeńskie jakie te szkoły zapewniały, było warte każdej krwawej złotówki. Świetnym wyborem było też harcerstwo - w naszym przypadku Zawisza, skauci Europy. Kiedy patrzymy na nasze mądre, zaradne i pomocne dzieci, naprawdę puchniemy z dumy.


roczny Tomcio zastępowy


rozesłanie na obozy letnie

Wbrew pozorom, nie jesteśmy reżyserami życia naszych dzieci. Jedyną rzeczą jaką od nas dostały jest umiejętność wyznaczania mapy swojego życia. My jesteśmy dla nich tłem, czasem wsparciem, czasem przeszkodą, czasem drogowskazem. Nie mają gotowego scenariusza.
A co jak jednak się nie uda? No cóż, Pan Bóg przez wiele tysięcy lat wychowywał naród wybrany i przygotowywał na przyjście Mesjasza. Jak wiemy, Izrael notorycznie wywijał niezłe numery, a na końcu i tak nie rozpoznał czasu swojego nawiedzenia. Ale, jak uczy nas Dobra Księga, zawsze jest plan B, C, a nawet D. Ktoś mądrzejszy od nas wiele razy musiał swoje plany modyfikować, to o czym my mówimy...
Z nadzieją, że jednak wszystko będzie KUWAKA, jak mawiano u Wańkowiczów, żegnam się chwilowo. Do zobaczenia. Zostaw słówko.



październikowa noc księżycowa, istne księżycowe szaleństwo