Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielodzietność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielodzietność. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2016

Wielodzietni raz jeszcze



Na początek cytat z Matki Polki, pochodzący z komentarza pod moim postem:

Bardzo fajnie się chyba bawiłaś tym rymowaniem ;)? 
Nie pomyślałam, że i Ciebie to spotyka- przykłada rodzina, grzeczne i mądre dzieci, piękny dom, stabilizacja... Co musi spotykać takie zwykłe rodziny z blokowiska, cisnące się w ciasnych mieszkaniach, którym ledwo ( a czasem może tylko " prawie") starcza do pierwszego? Jak to zmienić? Jak sprawić, by na ulicy patrzono przyjaźnie na mamę z kilkorgiem dzieci? Jak zrobić, by po przyjściu do pizzerii obsługa szybciutko złożyła dwa stoliki a nie dywagowala publicznie co tu zrobić z taaaką rodziną? Co zrobić by, gdy coś nam nie wychodzi, czegoś nie możemy załatwić, bo np. jedno z młodszych dzieci jest chore i trzeba siedzieć w domu, ludzie nie mówili "chciała to ma! Co mnie to obchodzi! Niech sobie radzi! Niech opiekunki wynajmuje! Teraz będzie bogaczką, bo ile ona dostanie kasy na te wszystkie dzieci??? A już nie daj Boże jak jakieś dziecko zaburzenia ma, źle się zachowuje, albo Asperger czy ADHD- patologia od razu. Albo o: moje znajome wielomatki w życiu nie przyznają się publicznie, że są zmęczone, rozdrażnione ( młodym matkom z jedntm- dwojgiem dzieci to wypada, jest zrozumiałe), bo im nie wolno. Kupują często dzieciom ubrania droższe niż powinny, bo czują, że muszą się pokazać. Ciągle czują presję, że muszą coś komuś udowadniać. To nie jest fajne. A wystarczyłoby, by wielodzietnych traktować ( nie, nie, nawet nie w sposób uprzywilejowany, lepszy) tak jak całą resztę 






Jakoś ostatnimi czasy nie mogę odczepić się od tematu wielodzietności...Przyczynia się do tego przede wszystkim osławiona akcja 500+, tudzież emocje jakie jej towarzyszą. Ale nie tylko.
Komentarz Matki Polki stał się iskrą zapalną...
Postanowiłam rozprawić się - w pewnym sensie - z najczęściej pojawiającymi się stereotypami odnośnie rodzin wielodzietnych.
Po pierwsze - pieniądze.
Jest niewątpliwie prawdą, że większość rodzin wielodzietnych z trudnością łączy koniec z końcem. Prawdą jest też, że na wiele rzeczy ich nie stać, jednak  rodziny te nie chodzą nagie ani głodne, nie gnieżdżą się też w kartonach pod mostem. Wielodzietni ojcowie są arcymistrzami w zarabianiu pieniędzy na tysiąc jeden sposobów - pracują na etacie, biorą wszelkie zlecenia, zakładają własne firmy, umizgują się do potencjalnych klientów tudzież pracodawców, kręcą piruety przed każdym, kto może być źródłem jakiegokolwiek uczciwego zarobku (uczciwego pod każdym względem...) Wielodzietne mamy na ogół nie pracują zawodowo, chociaż wiele z nich dorabia do wspólnej kasy, jak tylko jest to możliwe. Na szczęście, w większości przypadków, dzieci nie pojawiają się jednocześnie, ale stopniowo, co też w pewien sposób pozwala rozłożyć przynajmniej koszty dzieciowego wyposażenia, typu wózek, ubrania, zabawki itepe itede. 
Jeśli idzie o niemowlaki, to, że się tak kolokwialnie wyrażę, one dosłownie leją na pieniądze. Niestety, albo stety, żyjemy w świecie pieluch jednorazowych - i jak to zwykle bywa w życiu, za wygodę trzeba słono płacić. Kiedyś wyliczyliśmy ile pieniędzy zasiusiały nasze dzieci - i była to kwota tak astronomiczna, że zrobiło mi się od niej słabo. Na szczęście już jej nie pamiętam, zadziałał mechanizm wyparcia...
Największe koszty w dużych rodzinach generuje jedzenie, lekarstwa, tak zwana chemia domowa i edukacja.  W Dużym Domu, przy siedmiorgu nieustannie jedzących osobach, z których większość jest uczulona na wiele rzeczy, na żywność tygodniowo wydajemy kilkaset złotych i nie są to produkty delikatesowe....Jedno sojowe mleko kosztuje około 7 złotych...Ile kasy zostawia się w aptecznym okienku, już nawet nie liczę. Ilość papieru toaletowego, jaką zużywamy z pewnością wystarczyłaby do owinięcia globu, i to kilkakrotnie. Przy kilku córeczkach weszniętych, że tak powiem, w wiek rozrodczy, kupowane sanitariaty liczy się już nie na kilogramy, ale na tony...
O kosztach edukacji pisałam już kilkakrotnie, między innymi dlatego zdecydowaliśmy się na kształcenie domowe. Ponieważ mamy fanaberię, aby nasze dzieci były wszechstronnie wykształcone, kupujemy książki. Cena porządnie wydanej książki waha się od 40 do 70 złotych...Dodajmy do tego czasopisma i filmy - i sumy robią się naprawdę niezłe. 
Najmniej wydaje się na ubrania, tak naprawdę to wydatek sezonowy.
Co roku pojawia się temat wakacji i ferii i co roku jest tak samo bolesny. Zawsze szuka się opcji jak najtańszych, a i tak kosztują one grube tysiące...Pocieszam się, że w podróż dookoła świata wybiorę się po zmartwychwstaniu...Wszystko będzie w zasięgu moich skrzydeł, a co!
Jednak efekt wychowania dzieci w dyscyplinie finansowej jest naprawdę znakomity. Dzieciaki znaja wartość pieniądza, mają marzenia i uczą się na nie czekać odkładając pieniądze; wcześnie też zaczynają na siebie zarabiać...Przed nimi całe życie, jeszcze się nacieszą wyjazdami za granicę i najnowszymi gadżetami, a może nawet wyścigowymi samochodami.
Z pewnością ulgi podatkowe w rodzinach wielodzietnych byłyby wspaniałą rzeczą. Dlaczego rodzice płacą takie same podatki jak single, jest dla mnie nie do pojęcia. W czasie płacenia podatków nabieram mentalności anarchistycznej, a chwilami nawet terrorystycznej... To dzietni i wielodzietni napędzają koniunkturę, a nie młodzi, wykształceni, z większych ośrodków i bezpotomni. Cieszy propozycja 500+, bo chociaż dla mnie jest już po tak zwanych ptokach (dostaniemy tylko na najmłodsze dziecko...), to jest to pierwsze poważne przymierzenie się do polityki prorodzinnej, takiej  z prawdziwego zdarzenia. Pewnie, wiele jeszcze temu programowi brakuje do doskonałości, ale - jak to mówią - od czegoś trzeba zacząć.
Tak więc wydaje się, że wszystko jest kwestią priorytetów i wartości. Chociaż marzę o tym, żeby raz w życiu o pieniądzach nie myśleć...




Po drugie - jak sobie radzić z tyloma dziećmi?
Ja zadaję to pytanie, kiedy słyszę, że komuś urodziły się pięcioraczki...Bo zwyke jednak, dzieci rodzą się w pojedynkę, a czasem w parkach...Warunki się adaptują, człowiek się usprawnia...Przy tym muszę zaznaczyć, że kilkoro dzieci bawi się samo, co daje ich mamusi tak potrzebną chwilę wytchnienia. Poza tym dzieci w gromadzie łatwiej się usamodzielniają, są mniej wymagająca a bardziej pro społeczne, lepiej się też komunikują z otoczeniem. Co ja zresztą piszę, to przecież wszyscy wiedzą.
Pewnie, że są momenty kryzysowe. Na przykład wszystkie dzieci naraz chorują obłożnie i każde ma antybiotyk rozpisany na inną godzinę...a do tego nebulizacja...a jeszcze któreś, excuse le mot, rzyga, i trzeba delikwenta przebrać razem z pościelą i materacem....a w kuchni coś się przypala...a pralka piszczy, że uprała...a mąż akurat dzwoni z pytaniem, czy wszystko w porządku i gryziesz go wściekle przez telefon....i tak dalej w ten deseń.
Tak, rodzice wielodzietni bywają zmęczeni, nawet bardzo. Bywają też sfrustrowani oraz wściekli... Ale, przepraszam uprzejmie, czy ludzie bezdzietni nie bywają zmęczeni, i to bardzo? Frustarcja i złość nie zdarzają im się nigdy w życiu, oni po prostu płyną przez życie łagodni i delikatni, jak garść pierza na wietrze...
Akurat.
Tak naprawdę najtrudniejszą rzeczą dla wielodzietnych jest tak podzielić czas, aby starczyło go sprawiedliwie dla wszystkich dzieci. Każe dziecko potrzebuje specjalnego czasu z mamą i tatą i tę potrzebę koniecznie trzeba zaspokoić. Wymaga to niezłej ekwilibrystyki, gimnastyki, inwencji, spontaniczności oraz rozciągania doby na kolejne godziny, ale opłaca się to stokrotnie. Dziecko nieznośne, rozkapryszone i kłótliwe, po randce z mamą lub tatą zmienia się natychmiast w anioła dobroci i pokoju. 
  Tak więc - Alleluja i do przodu!



Po trzecie - matki wielodzietne to obwisłe babiszony z tłustymi włosami.
W tym miejscu uprzejmie odsyłam do swojego zeszłorocznego wpisu Tam powiedziałam wszystko na ten temat. Howgh. Poniżej selfik dumnej matki wielodzietnej...na trzy tygodnie przed porodem (anno domini 2011)


Dlaczego od wielu lat w Polsce panuje taki klimat antynatalistyczny? Pewnie jest on owocem wojny i nieustannych powojennych kryzysów gospodarczych...Nie bez winy są też mieszkania w blokach, w jakich większość z nas się wychowała, a które były szczytem marzeń naszych udręczonych rodziców. Mieszkałam z czwórką małych dzieci na 46 metrach, ze ślepą kuchnią, na trzecim piętrze bez windy, za to z kręconymi schodami...Mój kręgosłup wspomina to do dzisiaj...
Jesteśmy tak naprawdę pierwszym pokoleniem rodzin wielodzietnych w Polsce. To my tworzymy wzorce, które przejmą nasze dzieci. Ożywiamy stare tradycje, odkurzamy dawne rytuały,  kosztem wielu wyrzeczeń budujemy rodzinne domy. Jeśli nie wywalczymy teraz sensownej polityki prorodzinnej, naszym dzieciom będzie tak samo trudno, jak nam.
Nie musimy niczego udowadniać.

Mamy wspaniałe rodziny, cudowne dzieci.
Realizujemy nasze powołanie, dzielimy się miłością, którą mamy; dzielimy się naszą radością i nadzieją.
Nigdy nie staniemy się zgorzkaniałymi dziadkami, nie pozwolą nam na to nasze dzieci i wnuki. Nasze domy będą bezustannie wypełnione śmiechem i gwarem najbliższych. Nie zamieniłabym tej radości na żadną wyprawę życia dookoła świata, ani tym bardziej na najnowsze gadżety elektroniczne. 
Jesteśmy specjalistami od życia. Jesteśmy odważni i dumni. Płyniemy pod prąd opinii, strząsając z siebie niewybredne żarty i docinki.
Wiecie co?
Warto było!



Ps. A propos pizzerii, o której wspomniała Matka Polka. Wiele lat temu, kiedy jeszcze nasze dzieci były małe, zjechaliśmy do ulubionego Krakowa. Po długim łażeniu wylądowaliśmy w jakiejś pizzerii i zasiedliśmy przy największym stoliku. Pan kelner pojawił się natychmiast, fachowym rzutem oka ocenił klientów (rodzice, kilkoro dzieci, jedno w wózku) i odezwał się do nas...po angielsku! Odpowiedzieliśmy mu po angielsku, że my Polacy i śmiało może porozumieć się z nami w języku ojczystym. Pan był naprawdę mocno zdziwiony, widocznie pierwszy raz w życiu zobaczył wielodzietność made in Poland...



Wnusio Benio w trzydziestym tygodniu...Ech, pierwszą ciążę da się zauważyć dopiero około porodu...




poniedziałek, 27 października 2014

Okruszki wieczności




Urodziłam pięcioro dzieci. Nie urodziłam sześciorga dzieci. Jaś (1993), Tymoteusz (2004), Józio  Pierwszy (2006), Józio Drugi (2006), Amelka (2010), Emilka (2014). Życie, które się poczyna pod twoim sercem; słowo, które staje się ciałem z twojego ciała; tajemnica, którą tylko ty pojmujesz. Nagle - niespodziewnie pierwsza kropla krwi. Jeszcze starasz się wierzyć; ręka sama szuka dłoni różańca, zaciskasz tę dłoń tak mocno w swojej, że kiedy ją otwierasz, ma kształt krzyża. Coraz więcej krwi, coraz wiekszy lęk, niekończąca się droga do szpitala. Czas mija, ból nie mija, dmuchasz na ostatnie iskierki nadziei. Nie ma już nadziei. Zgasło życie, umilkło maleńkie dzielne serduszko, odleciał mały duszek. 


Przychodzi nowy lęk. Boisz się kolejnej ciąży, kolejnej śmierci, kolejnego cierpienia. Lęk spowija cię ciasno, jak lepki kokon. 




W kiosku widzisz gazetę "W drodze". Temat numeru - poronienia. Kupujesz wbrew sobie, czytasz wbrew sobie.

- Dlaczego, mimo tylu poronień, decyduje się pani zachodzić w ciążę?
- Dlatego, że lepiej jest być niż nie być. Kto może powiedzieć, jak długie powinno być ludzkie życie? Czy człowiek, który przeżył swoje życie w kilka czy kilkanaście tygodni, jest mniej wart niż ten, który żył kilkadziesiąt lat? 

Czytasz te słowa raz, drugi, dziesiąty...lepiej jest być, niż nie być...lepiej jest być niż nie być...lepiej jest być niż nie być... Czujesz, jak nitka po nitce twój kokon pęka. Już się nie boisz. Lepiej jest być niż nie być. 
We wrześniu powinna była urodzić się Emilka; niestety była z nami tylko przez dziesięć krótkich tygodni. Odeszła w marcu, w przededniu wiosny. Jest naszym jedynym utraconym dzieckiem, którego ciałko udało nam się odzyskać. Zawinęłam ją w kaftanik w różyczki, i ułożyłam w małej, białej urnie.  



To, że mogliśmy ją pożegnać, mieć przez chwilę w domu, między innymi dziećmi sprawiło, że stała się nam bliższa, bardziej realna, bardziej nasza. Jej grób jest też grobem symbolicznym naszych starszych dzieci utraconych. Chodzimy dosyć często z Tomciem do Emilki, zapalamy światełko, stawiamy kwiatki, modlimy się razem.
Nigdy nie ukrywaliśmy przed dziećmi, że spodziewamy się kolejnego dzidziusia. Wiedziały o tym natychmiast, jak tylko my się co do tego upewnialiśmy. Czuliśmy, że mają prawo do tej radości, tak samo jak my. Kiedy okazywało się, że kolejny człowieczek odchodził przed czasem, płakały razem z nami. Czuliśmy, że mają takie samo prawo do smutku i żałoby, jak my. W końcu jesteśmy rodziną, jednością w wielości. 


Osłaniamy ten chybotliwy płomyk ludzkiego życia, robimy wszystko, aby trwał jak najdłużej. Nie do nas należy decyzja, jak długo będzie płonął. Do nas należy radość, do nas należy cierpienie, do nas należy zmartwychwstanie.





Cytowałam fragment miesięcznika W drodze z roku 2008, nr 11 ( 11(423) 2008 )




sobota, 18 października 2014

To już?...



Była sobie śmieszna mała dziewczynka. Miała zadarty nosek, okrągłą buzię, duże orzechowe oczy,  i dołeczki w policzkach. Kiedy miała pół roku zaczęła raczkować, dwa miesiące później stanęła na nóżki, a za kolejne dwa pomaszerowała na nich w świat. Pierwsze słowa wypowiedziała jako dziesięciomiesięczniak, jako roczniak mówiła całymi zdaniami. Podwórkowe mamy - kwoczki piały nad nią z zachwytu. Mama i tata, acz również zachwyceni swoją córeczką, nieco zgłupieli na ten wyścig z czasem. Siwy pan doktor, który leczył jeszcze mamę dziewczynki, kiwał mądrą głową - tak, tak, masz dziecko z akceleracją, o przyspieszonym rozwoju. To była prawda. Wszystko w tym dziecku wyrywało się do przodu: co jest dalej, co się kryje za kolejnym zakrętem. Więcej umieć, więcej wiedzieć, jeszcze więcej doświadczyć. Rodzice z czułością i rozbawieniem przyglądali się swojej dzielnej córeczce. I nagle ta śmieszna dziewczynka znikła, a jej miejsce zajęła śliczna,  mądra, roześmiana młoda kobieta.


Rodzice z niedowierzaniem spoglądali jeden na drugiego - jak to? to już? gdzie zginęły te wszystkie lata? Ale jeszcze ją mieli, jeszcze przytulała się do nich na dobranoc, jeszcze gadały z mamą długo w noc. Jak przechować czas? Jak go przechytrzyć, zahibernować, zasuszyć między kartkami książki, zatrzymać w biegu...? 
Nagle - nagle, niespodziewanie, jak to w baśniach bywa, pojawił się on. Wysoki, przystojny chłopak, harcerz. Bardzo męski, dzielny, zaradny, odpowiedzialny.
- Mamo, wiesz...Mama wiedziała.





No i szukamy ślubnej sukni. Na ten jeden - jedyny dzień w życiu. Najpiękniejszy. Niepowtarzalny. Czrodziejski. Znikną chłopak z dziewczyną, zjawią się Państwo Młodzi. Dwa osobne światy, dwie oddzielne rzeczywistości stworzą zupełnie nową jakość, nową wartość, nową rodzinę. 
Ha, ale najpierw musimy znaleźć TĘ suknię. 
Włączamy komputer i guglu, guglu, guglu, guglamy ślubne salony. Nooo, jest ich szczerze mówiąc całkiem sporo, który by tu wybrać...Oglądamy salonową zawartość i entuzjazm nam jakby trochę słabnie. Sukien są całe stosy, tyle że wszystkie - jakby to powiedzieć - takie same! Na górze gorsecik eksponujący biust i ramiona, na dole beza. Całość dodatkowo posypana brokatem - kryształkami - brokatem i kryształkami, a dla urozmaicenia jeszcze perełkami. Hmmm. Może jednak w naturze wygląda to lepiej. Idziemy.




Salon Pierwszy. Okazuje się, że musimy poczekać, bo jakaś inna potencjalna Panna Młoda mierzy suknie. Trzy. Wszystkie bardzo poważne, rozłożyste, gorsetowe, okazałe. Powoli tracimy pewność siebie, a Natalka nadzieję na coś mniej wydekoltowanego i bezowatego. Przychodzi nasza kolej, wyłaniamy trzy suknie bez diamencików i z normalnym dekoltem. Jedna z nich, powiewna, leciutka, w stylu Ani z Zielonego Wzgórza, przemienia moją Natalię w istotę zupełnie zjawiskową. Jesteśmy zachwycone, a kiedy Pani Salonowa upina jej na głowie cudowny, romantyczny długi welon, nasz zachwyt nie ma granic. Jaka jest cena tej sukni, proszę pani? Trzy tysiące dwieście złotych, okres oczekiwania trzy miesiące. No tak, dziękujemy bardzo, będziemy w kontakcie.


Salon Drugi. Od progu musimy mrużyć oczy, taki blask bije od wieszaków z sukniami. Ten salon jest naprawdę okazały, w ogromnych przymierzalniach wiszą kryształowe lustra w bogatych, złoconych ramach. Kilka rozpromienionych dziewcząt przegląda się w nich, podziwiając swoje ślubne, luksusowe, lśniące wcielenia. Jedna z Pań Salonowych podchodzi do nas i kieruje do wolnej przymierzalni. Łapiemy po drodze dwie najmniej świecące suknie i idziemy przymierzać. No tak. Natalia zmienia się w Pannę Młodą prosto z telenoweli, wygląda bardzo telewizyjnie, a nawet hollyłudzko. Pani Salonowa ostro nas upomina, abyśmy uważały na suknię, gdyż pochodzi ona z najnowszej kolekcji. Grzecznie przepraszamy i z ciekawością pytamy o cenę. Trzy tysiące osiemset sześćdziesiąt złotych, proszę pani. Poprawki krawieckie płatne dodatkowo. Z ulgą wychodzimy na świeże powietrze.





Salon Trzeci, w centrum miasta stołecznego. Zgadliście. Gorsety, dżety, pajety, sztuczne koronki i sztuczne brylanty. Zgrabnie unikamy Pani Salonowej i uciekamy na ulicę. Jesteśmy głodne, bolą nas nogi i powoli opuszcza nas nadzieja na happy end. Na szczęście w pobliżu mieszka Babunia, która po babcinemu reanimuje nas gorącą kawą, herbatą, kanapkami i ciastem, a także proszkami od bólu głowy. Ufff. Ufff. Ufff. Odżywamy i wychodzimy.
A cóż to? Odżywcza fala przyniosła nas w pobliże niewielkiego sklepiku, na którego wystawie skromnie stoi TA ślubna suknia. Romantyczna, skromna, powiewna i dziewczęca. Urocza właścicielka i projektantka, jak siwa dobra wróżka, przemienia moją córeczkę w najpiękniejszą Pannę Młodą. Nareszcie. Koniec i kropka, nasz trud zakończony. Dobra wróżka podaje cenę sukni, cenę rozsądną, miłą, akceptowalną. Jesteśmy uratowane!



Cudownie jest mieć córkę, cudownie jest towarzyszyć jej w tych chwilach. Mnie niestety nie było to dane; kiedy ja brałam ślub, moja mama już nie żyła - zmarła na serce kilka lat wcześniej. Dlatego staram się - jakby na zasadzie zadośćuczynienia sobie samej - celebrować ten czas jak się da najmocniej. Chciałabym, żeby każda chwila wypaliła się w mojej pamięci na zawsze, żebym w każdym momencie mogła ją przywołać i - ponownie przeżyć.
Na szczęście mam jeszcze dwie córki, na szczęście mam jeszcze dwóch synów. Na szczęście zanim nasze gniazdo opustoszeje, zdąży się napełnić na nowo - dziećmi naszych dzieci. Na szczęście.













piątek, 10 października 2014

Dzieciomania


Czytając ostatnimi czasy przeróżne rozgorączkowane i rozgrzane do czerwoności dyskusje na temat wychowania i kształcenia dzieci, postanowiłam i ja dorzucić swoją garść kamyków do tego i tak zachwaszczonego ogródka. A co tam. Odgórnie uznałam, że jako matka piątki dzieciaków na różnym etapie rozwoju, mam prawo się wypowiedzieć.
To have them out of the house before I die - często powtarzam te słowa za Billem Cosby. Wyprawić dzieci z domu zanim się umrze, to chyba najważniejsze zadanie rodzicielskie. Pomóc im dorosnąć, okrzepnąć i podjąć samodzielne, odpowiedzialne życie na własną rękę. Wychować je tak, żeby były dobrymi ludźmi, żeby dokonywały słusznych wyborów i nie bały się ani ryzyka ani podejmowania własnych decyzji. Ha! Niezłe wyzwanie razy pięć.
Zanim zaczęłam rodzić kolejne latorośle, dużo czytałam na temat wychowania. Zanurzyłam się po czubek głowy w pedagogiczną literaturę fachową, popularną a nawet rozrywkową. Można powiedzieć, że wyhodowałam sobie niezłego, rączego konika - nawet filmy oglądałam wychwytując wątki wychowawcze.


symbol ostatnich dwudziestu lat mojego życia


To były właśnie cegiełki składające się na mój macierzyński fundament. Spośród tej całej mądrości wybrałam sobie dwie pozycje do podręcznego korzystania - ciekawe, czy zgadniecie co, he he. Otóż pierwszą z nich stał się Bill Cosby razem ze swoimi książkami, filmami i skeczami; a drugą - "Ziele na kraterze" Melchiora Wańkowicza.


najcudowniejszy tatuś na świecie Cliff Huxtable...


... i cała rodzina w komplecie

Bill Cosby jako pierwszy pokazał mi, jaką frajdą jest duża rodzina. Widziałam fantastycznych rodziców, bajeczny dom i piątkę wspaniałych dzieci. Tak wygląda patologia? No sorry, ale to nie ten klimat. Pomyślałam, że ja też tak chcę - chcę mieć dużą rodzinę i już. Zachwyciły mnie figury rodziców; ich mądrość, stanowczość i konsekwencja połączone z wzajemną miłością i czułością wobec dzieci. Nade wszystko zaś zachwyciło mnie ich poczucie humoru - no i miny pana domu, zwłaszcza te w sytuacjach małżeńskich. Ich wzajemne relacje, sposób odnoszenia się dzieci do rodziców i vive versa, uroczyste i przepojone czułym  poczuciem humoru celebrowanie rodzinnych rocznic zrobiły i wciąż robią na mnie piorunujące wrażenie. Więź małżeńska państwa Huxtable jest dla mnie nieustannym wzorem do naśladowania: spojrzenia jakie między sobą wymieniają, znaczące uśmieszki, ich nieustanny wzajemny flirt (pomimo dwudziestu lat stażu małżeńskiego), staranność w ubiorze i wyglądzie są zachwycające i rozczulające. 




W "Zielu na kraterze"po raz pierwszy zobaczyłam rodzicielstwo jako fantastyczną przygodę, nigdy wcześniej tak o wychowaniu dzieci nie myślałam. Zrozumiałam, że każde kolejne dziecko jest nowym powołaniem, najwspanialszą przygodą, cudownym wyzwaniem rzuconym przyszłości.  
Przyszły dzieci. Trzeba było zaplanować ich wychowanie, ich wykształcenie, określić jakąś wizję. W wychowaniu dzieci nie ma miejsca na improwizację, chociaż pozornie może ono wydawać się jedną wielką improwizacją. Jednak w tym szaleństwie musi być jakaś metoda, inaczej wszyscy zginiemy w mętnej zupie. Zanim urodzi się pierwsze dziecko, warto zadać sobie pytanie, ku czemu, ku jakim wartościom chcę je wychować. Jeśli potrafisz na to pytanie odpowiedzieć, jesteś w połowie drogi do sukcesu. Jeśli wiesz co chcesz osiągnąć, możesz planować jak to osiągnąć.
Patrząc na wychowanie z perspektywy dwudziestu lat macierzyństwa widzę, że najważniejsze jest dobre zaplecze, dobre środowisko wzrostu. Stabilny dom, mama i tata, rodzeństwo, jasno wytyczone granice i wymagania oraz dużo, naprawdę dużo radości.


mama i tata


bardzo, bardzo dużo taty


wspólny czas gadania, uczenia i jedzenia


od czasu do czasu kogel mogel pomaga na różne fizyczne i duchowe dolegliwości



bez rodzeństwa ani rusz


Oczywiście, dobre środowisko na zewnątrz domu jest równie ważne. Warto wybrać najlepsze możliwe przedszkole, najlepszą możliwą szkołę, zasugerować dobry i fajny sposób zagospodarowania wolnego czasu. Kiedy ktoś nam zarzuca, że chowamy dziecko czy dzieci pod kloszem, odpowiadajmy, że to prawda. chowamy je pod kloszem, bo teraz tego wymagają; bo są jeszcze wątłymi, nieuformowanymi roślinkami i muszą nabrać sił. Żaden ogrodnik nie zostawia cennych sadzonek na pastwę burzy, żeby się brały za bary z życiem, ale chroni je właśnie pod kloszem - żeby się stały mocne i w przyszłości wytrzymały niejedną burzę i zawieję.
Nasze dzieci jak były małe, chodziły do szkół niepublicznych; wiązało się to naprawdę z ogromnym wysiłkiem finansowym. Wspaniałe środowisko nauczycielskie i koleżeńskie jakie te szkoły zapewniały, było warte każdej krwawej złotówki. Świetnym wyborem było też harcerstwo - w naszym przypadku Zawisza, skauci Europy. Kiedy patrzymy na nasze mądre, zaradne i pomocne dzieci, naprawdę puchniemy z dumy.


roczny Tomcio zastępowy


rozesłanie na obozy letnie

Wbrew pozorom, nie jesteśmy reżyserami życia naszych dzieci. Jedyną rzeczą jaką od nas dostały jest umiejętność wyznaczania mapy swojego życia. My jesteśmy dla nich tłem, czasem wsparciem, czasem przeszkodą, czasem drogowskazem. Nie mają gotowego scenariusza.
A co jak jednak się nie uda? No cóż, Pan Bóg przez wiele tysięcy lat wychowywał naród wybrany i przygotowywał na przyjście Mesjasza. Jak wiemy, Izrael notorycznie wywijał niezłe numery, a na końcu i tak nie rozpoznał czasu swojego nawiedzenia. Ale, jak uczy nas Dobra Księga, zawsze jest plan B, C, a nawet D. Ktoś mądrzejszy od nas wiele razy musiał swoje plany modyfikować, to o czym my mówimy...
Z nadzieją, że jednak wszystko będzie KUWAKA, jak mawiano u Wańkowiczów, żegnam się chwilowo. Do zobaczenia. Zostaw słówko.



październikowa noc księżycowa, istne księżycowe szaleństwo

















poniedziałek, 22 września 2014

Niespodzianka





Jak wiecie, jestem mamą piątki dzieci. Pierwsza grupa w ilości cztery sztuki ulęgła się nam w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych, lekko zahaczając o sławny rok 2000. Zdjęcie, które widzicie powyżej, zostało zrobione w Magdalence w roku 2002, kiedy mnie i mężowi wydawało się że mamy już duże dzieci. Najstarsza miała 8 lat, druga z kolei 7, rodzynek 5, a najmłodsza świeżo ukończone dwa latka. Niechcący nabraliśmy wtedy przeświadczenia, że tak będzie zawsze; że nasze dzieci już takie zostaną: małe, kochane, zabawne. Gdzieś w tyle głowy majaczyła nam co prawda świadomość przemijalności czasu i tego, że w pewnym momencie dzieciaki wylecą z naszego przytulnego rodzinnego gniazdka na szeroki świat, ale nie traktowaliśmy tego poważnie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pewnego niedzielnego poranka okazało się, że nikt od nas nic nie chce - ba, że mimo dosyć zaawansowanej pory dnia, nikt nie ma zamiaru ruszyć ani rączką ani nóżką. Staliśmy się rodzicami NASTOLATKÓW.


Filip'97

Natalia'94


Marysia'95


Joasia'2000

Nie powiem, żyło nam się wygodnie jako rodzicom Dużych. Leniwe weekendy, wyprawy rowerowe, delegowanie naszych dotychczasowych obowiązków na młodsze pokolenie....Pozbyliśmy się wszystkich wózków, łóżeczek, grzechotek, śpioszków a także ciążowych ubrań. Znikły ślady małych, lepkich paluszków na ścianach, ciągnące się przez cały dom na wysokości około metra. Zanikły plemienne kłótnie i wojny, zaczęły się fajne rozmowy, dobre lektury i filmy. Zaczęło się też wzajemne podbieranie ciuchów i śledztwa w sprawie znikających w zastraszającej ilości rajstop. Tak wysokie pogłowie kobiet objawiło też inną, całkiem niespodziewaną dziedzinę zakupów hurtowych: artykuły sanitarne oraz szampony do włosów... 
Aż tu nagle... Aż tu nagle nie zmieściłam się w ulubioną (dodajmy - jedyną) wyjściową sukienkę. Co jest, do jasnej Anielki?! W moim zaawansowanym wieku kwestie związane z wagą traktuje się śmiertelnie poważnie, a kaloryczne rachunki sumienia robi się co najmniej kilka razy na dobę. No cóż, żadnych grzechów nie pamiętam...przynajmniej żadnych poważniejszych. To nie może być TO o czym nagle pomyślałam...z pewnością takie ekscesy już są poza mną...Co prawda, mdliło mnie ostatnio, ale wszyscy mieli jakieś grypy żołądkowe, myślałam, że mam i ja. Co prawda, miałam nagłą ochotę na kaszankę, a ochota na kaszankę była zwykle u mnie oznaką TEGO, co już na pewno mnie nie spotka, bom już wyrosła z takich  rzeczy. No dobra, na wszelki wypadek sprawdzimy...TO NIEMOŻLIWE. A jednak możliwe. Chłopak, termin 26 czerwca 2011. 
Najpierw szok i niedowierzanie, później obłędna radość. Dziewczyny ruszyły w kupowanie ubranek, oglądanie wózków i łóżeczek, chłopaki (tatuś z synkiem) nieco ogłupieli z tego wszystkiego, ale powoli na oszołomione oblicza wypłynął uśmiech od ucha do ucha. MAMY DZIDZIUSIA.
Ciąża czterdziestoparoletnia rzeczywiście jakby bardziej ciąży, ale wszystko osładza myśl o małym ukrytym syneczku, cierpliwie, dzień po dniu przygotowującym się na spotkanie z liczną rodzinką. 


Tomasz Barnaba'06 2011

Nareszcie nadszedł wielki dzień. Poród sprawniutki, dzidziuś śliczniutki, tylko mina pani doktor jakby trochę kwaśna. Co jest? No, coś jest, ale nie wiedzą co. Pobierają badania, czekamy. Wynik: hipoglikemia. No, może wskazywać na dużo strasznych straszności, ale może nie. Kroplówki, badania, kroplówki, badania, kroplówki, badania. To wykluczamy, tamto wykluczamy, cukier się waha, a jeszcze pojawiła się żółtaczka.


Tomcio w CZD

Szukali, szukali, przebadali od stóp do głów, nic nie znaleźli. Poziom glukozy w normie. Nareszcie wychodzimy!!!!
W taki sposób pojawił się w naszym domku drugi rzut potomstwa, w postaci rodzynka Tomeczka. Dziecko nie dosyć, że najmłodsze, to jeszcze mające do dyspozycji oprócz mamy i taty - czwórkę  zakochanego w nim starszego rodzeństwa, babcię i dziadka. Centrum wszechświata po prostu. Niezłe wyzwanie pedagogiczne dla starszych rodziców: jak nie wychować rozpieszczonego potworka.


Tomasz walczy z Filipem


Pasiaste miesięczne stworzenie

A starsi państwo musieli ponownie przedzierzgnąć się w młodych rodziców małego dziecka, jako upgrade do starszych rodziców panien na wydaniu i młodzieńca pod wąsem.
No dobra. Kolki - znamy, znamy. Alergie - znamy, znamy. Nietolerancja laktozy - irytująca nowość, która w dodatku nie pozwala karmić piersią. Rozczarowanie numer jeden. Syndrom Beckwitha - Wiedemanna to rozczarowanie numer dwa, ale o tym napiszę innym razem. Migreny spowodowane notorycznym niedospaniem to rozczarowanie numer trzy, chyba najdotkliwsze ze wszystkich. Poza może wstawaniem o świcie, zwłaszcza w weekendy. Dom na nowo zagracił się wózkami, łóżeczkami, śpiochami oraz zabawkami obficie dostarczanymi przez całą okolicę znajomych i przyjaciół. W pewnym momencie pojawiły się ponownie ulubione ślady lepkich paluszków na wszystkich możliwych ścianach...
Późne rodzicielstwo jest jak spacer po lesie - słońce przeświecające przez liście. Wiele rzeczy przychodzi z większym trudem, często brakuje cierpliwości, wiele spraw się po prostu odpuszcza. Z drugiej strony jakby bardziej docenia się każdy etap rozwoju malucha, celebruje każdy moment ze świadomością, że to, co jest, już nigdy się nie powtórzy. Jest też łatwiej, bo są starsze dzieci. Nie powiem, że są zawsze zachwycone koniecznością zajmowania się młodszym bratem, ale zajmują się nim z wigorem i pokładami cierpliwości, których często brakuje ich mamusi. 
Od narodzin Tomka minęły trzy lata i ponownie rozpoczynamy nowy etap w życiu. Tomek - etap przedszkolaka. Natalia - etap narzeczeństwa. Marysia - etap studencki. Filip i Joasia - etap nowej szkoły. My - etap pogodzenia z niepogadzalnym.