sobota, 4 lipca 2015

Cudowność



Najpierw czujesz charakterystyczną ostrość powietrza, lekko słony powiew wiatru. Chwilę później dobiega twoich uszu monotonny, miarowy szum. Mijasz wzbierający stopniowo ludzki potok; jego nurt początkowo szeroki, nagle dramatycznie się zwęża, przelewając się gwałtownie przez stromość wydmy, zbiegając po drewnianych, wytartych schodach, kończąc swój krótki bieg w morzu. W morzu! Cudownym, wielkim, wspaniałym bezmiarze wód; w rześkości wody i powietrza, w delikatnej linii horyzontu, w porywach wiatru podnoszącym tumany piachu. 
Nareszcie dotarliśmy.
Minęło niecierpliwe oczekiwanie na koniec roku szkolnego; jeszcze tylko gorączkowe wrzucanie ubrań, butów oraz czapkochustek od słońca, przypominanie sobie o milionie rzeczy, które cierpliwie czekają na zapakowanie. Jeszcze tylko wybór książek i filmów, ostra selekcja zabawek, zaledwie trzykrotne upewnienie się, że pluszowa Świnka i ukochany Kiciuś są na miejscu - i już ruszamy!
Siedemnaście lat minęło, od kiedy pierwszy raz postawiliśmy stopy na białogórskim podwórku pani Mirki. Białogóra skurortowiała, dzieci nam porosły, tylko morze zostało na swoim miejscu. Nasz odwieczny punkt odniesienia.













Morze to moveable feast, ruchome święto, jakby powiedział Hemingway. Moje serce tam mieszka. Co prawda, przez pierwszy tydzień pobytu, mój organizm musi się zaaklimatyzować i odstresować, więc miewam potworne migreny, albo bóle kregosłupa, albo mdłości i osłabienie, albo cokolwiek innego. Podobnie dzieci  może nie reagują aż tak dramatycznie jak ich mamunia, są w końcu młodsze, ha ha  jednak często pojawiają się jakieś stany podgorączkowe, katary czy zaostrzenia alergii... Dlatego dla nas krótki wypad nad morze, to nie jest opcja wybieralna. Albo miesiąc albo nic. Dlatego właśnie mierzymy zamiar podług sił, a nie odwrotnie, niech nam Wieszcz wybaczy. Nie dla nas pensjonaty, restauracje i libacje. Mamy swój pokoik u kochanej pani Mirki, gotujemy obiady wakacyjne, zbieramy jagody i grzyby i ogólnie dusimy grosze, a co! To, co najważniejsze mamy za darmo: chłodne wody Bałtyku, najpiękniejsze białe plaże Europy, cudowne krajobrazy w jakiś przedziwny sposób zachowane od zarazy banerów reklamowych, a także podziwiane przez płoty przydomowe ogródki pełne pienistych róż, lampionów hortensji, płonących rudbekii, romantycznych groszków i wytwornych dalii. Wierne rowery wożą nas po okolicy, pozwalając dotknąć i posmakować tego piękna, które nas otacza. Takich lasów jak tu, nie ma nigdzie na świecie; mam nadzieję odnaleźć je kiedyś w niebie.












To drzewo na zdjęciu po lewej, kilkusetletni grab, został powalony parę dni temu przez wichurę. Oba zdjęcia dzieli tydzień... Nie chce się uwierzyć, że taki kolos mógł upaść. Dwa zdjęcia poniżej pokazują krajobraz po wichurze. Na drzewie - Filip.








Za darmo mamy też, niestety, niestety, festiwal ludowej, przaśnej brzydoty. Wyburza się stare rybackie domki, żeby postawić nowoczesne wille w stylu eklektycznym do bólu: coś alpejskiego (drewniane góralskie balkony), coś wielkomiejskiego (schodki z lastrico w komplecie ze srebrzystą stalową poręczą), coś baśniowego (przeszklenia jak z trumienki Królewny Śnieżki), coś lokalnie rustykalnego (porozwieszane na ścianach muszelki, świecące latarnie morskie tudzież malowniczo udrapowane sieci). W pięknej rybackie mieścinie o statusie kurortu, czyli w Łebie, port został zamieniony w coś tak koszmarnego, że człowiek przeciera zdumione oczy, bo trudno w to uwierzyć. Wszędzie porozstawiane toporne, paskudne, chamskie budy - smażalnie ryb, budy - sklepiki z pamiątkami, budy - lodziarnie. Na tym ponurym tle błyszczą nieliczne diamenty, czyli na przykład smażalnia u Detlaffa czy cukierenka pod wdzięczną nazwą Zakątek Klary. Niestety, gdzieś mi się zapodziały zdjęcia tych uroczych odstępstw od koszmarnej reguły.
Innym PRZECUDOWNYM odstępstwem jest białogórski pensjonat i kawiarnia U Regenta. Przemiłe małżeństwo z Gdyni, państwo Regentowie, kupili już blisko piętanście lat temu wiekową stajnię. Urzekły ich stare cegły i omszałe kamienie, postanowili zagrać va banque. Sprzedali gdyński dom, kupili stajnię i wzięli się do pracy. Efekt możemy podziwiać dzisiaj. Pięknie zaadaptowany budynek, zachowane charakterystyczne detale, dbałość o najdrobniejszy szczegół  od urokliwej stolarki okiennej po rodzaj kwiatów wychylających się ze skrzynek i rabat pensjonatowego ogródka. Chodząc po Białogórze człowiek stara się nie patrzeć, U Regenta za to nie można się napatrzeć...












Niestety, nie bardzo możemy sobie pozwolić na pobyt w tym miejscu, ale do kawiarni wpadamy dosyć często (ten sernik! to tiramisu!!! ten tort bezowy!!!!), nie zawsze na jakąś słodycz, ale po prostu posiedzieć przy kawie czy lampce gruzińskiego wina. Uczta dla zmysłów.
Pokochaliśmy Białogórę, mimo jej wad. Gdzie znajdzie się drugie miejsce tak przyjazne rodzinom, bez nocnych klubów i toplesów... za to z przemiłym kościółkiem i kochanym księdzem proboszczem, który jako jedyny chyba proboszcz w Polsce nie zmniejsza wakacyjnie ilości mszy świętych, ale tę ilość zwiększa... Gdzie lipcowy księżyc wygląda jak teatralna dekoracja, a powietrze ma słodkawy zapach dzikich bzów... Gdzie spotyka się takie ilości starych znajomych... i poznaje nowych...
Tak, zdecydowanie lubimy tu być. Bardzo.



                                      Małgosiu, ukradłam ci pomysł na zdjęcie :) Nie mogłam się powstrzymać :)
(Oryginalne zdjęcie znajdziecie na blogu Miasto na górze)



















środa, 24 czerwca 2015

Homeschooling - nowa nadzieja





Nie jestem ekspertem od domowego nauczania, żaden ze mnie metodyk czy inny pedagog. Jestem zwykłą mamą, która animuje swoje dziecko na żmudnej drodze zdobywania wiedzy.
To, co napiszę za chwilę, to nie są dogmaty homeschoolingu; to moje doświadczenia i moje przemyślenia, a także moje nadzieje (a może złudzenia? oby nie!).

1. Nie zmuszamy dzieci do nauczania domowego, zachęcamy i obserwujemy reakcję. Marysia z ulgą pozbyła się szkoły, razem z uciążliwymi dojazdami, zaległościami nie do nadrobienia, uporczywym zmęczeniem. Joasi trudniej było się zdecydować; rok temu stanowczo odmówiła, po czym w trakcie roku szkolnego dawała upust swojemu żalowi...Filip nie był pewien, czy nauczanie domowe do końca mu odpowiada, ostatecznie się nie zdecydował, ale zastrzegł sobie możliwość zmiany decyzji po wakacjach. Tak więc ostateczną decyzję podejmują u nas sami zainteresowani, tyle, że są oni już w wieku dość decyzyjnym. Nie mam doświadczenia z młodszymi dziećmi, ale z opowiadań znajomych mam wiem, że chętnie godzą się na rezygnację ze szkoły.
2. Nasi znajomi i rodzina zareagowali w sposób bardzo różny: od entuzjazmu po pukanie się w głowę. Najbardziej typowa reakcja brzmiała tak " Jak ty to wytrzymasz?" i "Sama będziesz ich uczyć?!". Nie, nie będę ich UCZYĆ, sami się będą uczyli. Ja mogę wskazać sposób, podsunąć książki, znaleźć kurs,  wytłumaczyć coś nowego czy niezrozumiałego (ewentualnie poszukać fachowca), a także pomóc utrzymywać dyscyplinę...Jeśli idzie o to, czy wytrzymam z własnymi dziećmi, to owszem, wytrzymam. Wytrzymuję już z nimi trochę czasu i jakoś jeszcze żyję...
3. Pory wstawania, rozpoczęcia i zakończenia nauki trzeba dostosować do konkretnego dziecka. U nas dzień zaczyna się koło ósmej, nauka o 10 i trwa do obiadu, czyli do jakiejś 14. Bywają dni trudniejsze, w których nie można się skupić na nauce jako takiej; bywa też tak, że trudno się oderwać i godziny pracy przedłużają się do wieczora. Są dni poświęcone wyłącznie szyciu, albo gotowaniu, albo oglądaniu filmu, albo czytaniu książek, albo lekcji w muzeum, albo językom, albo muzyce, albo baletowi...albo czemu się chce i lubi. Wszystko służy nauce: film o buncie na Bounty skłonił nas do poczytania o ówczesnej Anglii, o żeglarstwie, o samej tragicznej wyspie Pitcairn...a także do rozmowy o autorytecie i dyscyplinie, jak osiągnąć jedno i drugie i czy jest to możliwe bez uciekania się do przemocy. 
Gotowanie i pieczenie z kolei, to odmierzanie składników, przeliczanie wagi, zastanawianie się, co stoi za wyrośniętym ciastem a co za zakalcem...Przyczyna i skutek, trzymanie się poleceń, ćwczenie cierpliwości i precyzji - i tak dalej i tak dalej.





4. Homeschooling nie oznacza samotności w wielkim mieście. Dzieci normalnie uczestniczą w różnych aktywnościach, które je interesują i tam zawiązują nowe znajomości, albo podtrzymują stare. Jest harcerstwo, szkoła muzyczna, kółko literackie,  informatyczne, biologiczne...,wspólne wypady ze znajomymi do kina i na pizzę, kurs tańca, kurs kroju i szycia, nauka rysunku...Dzieci i młodzież nie muszą koniecznie przyjaźnić się z osobami w tym samym wieku; głównym kryterium zawierania przyjaźni nie jest wiek, ale pasje i zainteresowania.
5. Domowe nauczanie pozwala na wychowanie w wartościach, które są cenne dla rodziców. Chodzi mi nie tylko o kwestie wiary czy religii, ale także o takie cnoty jak samodyscyplina, posłuszeństwo, porządek, punktualność, uczciwość, zaangażowanie, pracowitość, wzajemna pomoc...
6. Oczywiście, edukacja w domu ma też swoje wady, czy może raczej trudności. Niewątpliwie należy do nich mniejsza lub większa dyspozycyjność jednego z rodziców, na ogól mamy. Zależy ona rzecz jasna od wieku dziecka, niemniej rodzic homeschoolingowy jeśli pracuje, to tylko z domu. ED może też generować zmęczenie, dlatego trzeba umiejętnie zaplanować sobie płodozmian, żeby mieć czas na coś kompletnie innego, na przykład babski wieczór. Na pewno niedogodnością jest konieczność załatwiania wszystkiego osobiście, od wizyty w poradni psychologicznej po lekcje muzealne. Można rozejrzeć się wokół i spróbować znaleźć innych homeschoolersów w najbliższej okolicy, stworzyć grupę i chociaż trochę się odciążyć. Wielką pomocą jest internet i facebook ze swoimi grupami edukacji domowej dla każdego poziomu wiekowego.
7. Pewnym ograniczeniem jest podstawa programowa, która obowiązuje również ED. W porozumieniu ze szkołą wybieramy podręczniki, które następnie są wyznacznikiem treści i zakresu egzaminów rocznych i półrocznych. 
8. Jeśli ktoś obawia się, że nie da sobie rady z tłumaczeniem dziecku na przykład fizyki na poziomie liceum, to warto poszukać kursów przedmiotowych albo nauczycieli konkretnego przedmiotu. W internecie na YouTube można też znaleźć nagrania świetnych wykładów z dziedziny fizyki, biologii, chemii...W ogóle YouTube to nieocenione źrodło skarbów nie tylko ze sfery science, ale także kultury i sztuki. Można tam znaleźć przedstawienia operowe i baletowe z najlepszych teatrów świata, wspaniałe koncerty, wybitnych artystów - ale także kursy florystyczne, fryzjerskie i kosmetyczne. 


9. Nie jest się przywiązanym do miejsca. Można w listopadzie wyjechać z dzieckiem w góry i kontynuować naukę. Żadnych zaległości! Można też kupić wcześniej tanie bilety i zwiedzić sobie British Museum albo Luwr albo Bullerbyn. Żyć nie umierać. I wszystko po kosztach.

Nie wiem, czy odpowiedziałam na wszystkie Wasze pytania i wątpliwości, mam taką nadzieję. W razie czego, dawajcie znać, to powstanie kolejny odcinek szkolnej sagi.
Życzę dobrej i owocnej burzy mózgów :)












czwartek, 18 czerwca 2015

Pochwała białego tiszerta



W pewnym wieku lato staje się trudnym tematem. Człowiek chciałby jakoś się mile prezentować przed obcymi ludźmi, a tu proszę: skąpość odzieży ujawnia wiele tajemnic...Nie mówię, że się jakoś obnażam nieskromnie, ale już sam brak wierzchnich okryć wystarczy, aby się ujawniło to, co zima pomogła ukryć, ale i skumulować. Latem widać, że kochanego ciałka mamy stanowczo dosyć.
Otwieramy szafę. Nie wiem jak to się dzieje, ale niezależnie od wielkości szafy, do odszukania garderoby z bieżącego sezonu, należałoby zatrudnić ekipę złożoną z archeologów tudzież górników  kopalni odkrywkowych.
Mozolnie przedzieramy się przez warstwy mliocenów i pliocenów, zapijając co i rusz oligocenem w szklaneczce...Nareszcie wyłania się z mroków zapomnienia garderoba letnia. Robimy przegląd.
No tak... Nie mam co na siebie włożyć. Tragedia. Z czym do ludzi...
Jeszcze raz zerknijmy. Dżinsy. Trzy pary jasnych spodni. Spodenki. Dwie, a nie, trzy spódnice. O dziwo, we wszystko się mieszczę. Przeżyjemy.
To znaczy, przeżyjemy pod jednym warunkiem...Pod warunkiem zakupu kilku białych tiszertów.







Dla mnie biały tiszert jest fundamentem letniej garderoby. Robię czasem odstępstwo na rzecz granatowego lub czarnego tiszerta, ale podstawą jest biel. Dobrze wygląda ze spodniami, cudownie ze spódnicami. Jest bezpretensjonalny i nie wymagający, a jednocześnie fantastycznie stylowy. Trzeba też wspomnieć o takim drobiazgu, jak cena. Otóż tiszerty są tanie. Nawet, jeśli, tak jak ja, kupujesz je w lepsiejszym sklepie, takim, dajmy na to, Marks&Spencer (super jakość), ich cena nie przekracza 30 zł. 



Swoją drogą, jak już jestesmy przy temacie mody, to czy nie dziwi was fakt, że czterdziestolatki kupują w tych samych sklepach, co dwudziestolatki? W końcu młode ciałko ma inne wymagania, niż ciałko po przejściach. Bogu dzięki za modę maksi i te tam różne tuniki, bo przynajmniej da się coś dla siebie znaleźć, nie koniecznie obnażając wszystkie swoje przywiędłe wdzięki.
Doceniam wygodę i luz współczesnej mody, ale gdzieś w sercu tli się tęsknota za prawdziwie kobiecą modą lat czterdziestych, pięćdziesiątych, czy pierwszej połowy sześćdziesiątych. Tak ładnie kobiety wyglądały zdyscyplinowane gorsetami; w rękawiczkach, litościwie okrywających podniszczone dłonie; w sukienkach podkreślających, ale nie eksponujących, linie kobiecego ciała...Gdzie teraz można kupić przyzwoitą bieliznę, zwłaszcza biustonosz, za przyzwoitą cenę? Dokąd odeszły wszystkie gorseciarki?! Bo to, co można kupić w tak zwanych sieciówkach, to tragedia a nie bielizna...






Ech, to se uż ne vrati...Swoją drogą, jak to się stało, że tak się poddałyśmy bez walki...Uroda za wygodę...
No nic, możemy się cieszyć, że tegoroczna moda nam trochę zromantyczniała i przestała być taka opięta, obcisła oraz wydekoltowana. Zalew tunik łączonych ze spodniami, a także kwieciste szarawary zawdzięczamy chyba silnym europejskim wpływom arabskim, ale nie wyglądają na nas tak bardzo źle. 




Może nie każą nam zasłaniać głowy ani twarzy, mam taką nadzieję przynajmniej.
Ja w każdym razie jestem wierna swoim tiszertom. Piękno tkwi w prostocie. Mokasyny, lniane spodnie i biały tiszercik lub biała długa spódnica i granatowy tiszercik. Sam szyk i smak. A na szyi chusteczka. A w razie chłodu kurteczka. Lato na nas czeka, moje piękne.












sobota, 13 czerwca 2015

Jest już za późno, nie jest za późno...





Pora na mały coming out. Jestem jedną z trzech fundatorek Fundacji Mamy i Taty, to ja wymyśliłam jej nazwę. Wiedzieliśmy, że kampania o macierzyństwie będzie najtrudniejsza z dotychczasowych, ale wiedzieliśmy też, że musimy ją zrobić.
Nakręcono spot promujący kampanię. Poszło.
I zawrzało.
Posypały się wyzwiska i oskarżenia ze strony blogerek (takich w luźnych okolicach trzydziestki), ze strony dziennikarek różnych opcji światopoglądowych, a także ze strony komentujących, głównie kobiet. Gdzieś zabolało, skoro tak bezpardonowo potępiono nie tylko ten spot, ale całą kampanię, a także Fundację.
Pewnie można było zrobić lepszy film, nie przeczę. Ograniczone środki jakimi dysponujemy pozwoliły nam na taki minimalistyczny środek wyrazu.
Co ma swoje zalety.
Dlaczego macierzyństwo, a nie rodzicielstwo? Dlatego, że niestety - niestety, to kobieta jest tą cząstką związku, która szybciej staje się fizycznie niezdolna do rodzicielstwa. Po prostu dla nas czas szybciej płynie, nie ma nad nami litości. Nagle "trochę później" staje się "za późno". Warto jeszcze raz przemyśleć swoje priorytety, powstrzymać swój ślepy pęd za ułudami, które tak naprawdę nigdy nie stanowiły i nie będą stanowić dla nas prawdziwej wartości.



Wszystkie jesteśmy  mniej lub bardziej  ofiarami mediów, także jako potencjalne czy aktualne matki. Te piękne kobiety sukcesu w najmodniejszych ciążowych outfitach, skoncentrowane wyłącznie na sobie i swoim maleństwie... kupujące wyprawkę nie licząc się z pieniędzmi, w tym oczywiście najdroższy i najmodniejszy wózek, pastelowe łóżeczko, a nad nim  koniecznie błękitne lub różowe ball lights...Najsłodsze zabawki, wyłącznie eko, wymyślny wigwam w kącie pokoiku... Wizje wykreowane przez seriale, filmy i reklamy, kompletnie nieprawdziwe i do aż bólu pretensjonalne. Wciśnięte w ich podświadomość, nie dają o sobie zapomnieć i każą wierzyć, że tak wygląda prawdziwe życie. Nasze domy, ubrania, używany wózek z Allegro i wakacje w małym nadmorskim pokoiku wydają się tak zawstydzające, nudne, szare - i każą czekać jeszcze te dwa, trzy, pięć lat, na lepsze jutro.









Powiedzmy, że ci się uda; że będzie cię stać na te wszystkie cudeńka i pojawi się dzidziuś. Wiesz, co wtedy się dzieje? Czterdziestoletnia młoda mama staje się najgorliwszą wyznawczynią religii dzieciocentryzmu. Żadna sfera życia nie może być ważniejsza niż dzieci, a żadne z rodziców pod żadnym pozorem, nie powinno wypowiadać słów w jakikolwiek sposób krytykujących ich więzi z własnymi dziećmi. Dzieci są najważniejsze. Trzeba na nie chuchać i dmuchać, czerpiąc pełnymi garscimi z tego, co oferuje rynek dziecięcy, także ten poradniczy. Rodzice stosują wszystkie opisane w poradnikach metody, miotając się pomiędzy pomysłami, eksperymentując na żywym organizmie swojego dziecka. Takie eksperymenty na ogół kończą się wychowawczą katastrofą.



Nie ma dobrego momentu na dziecko; powiedzmy sobie szczerze, że właściwie każdy jest nieodpowiedni. To trudna decyzja, być może najtrudniejsza w życiu.
Kiedy najlepiej? Hmm. Na studiach  wiadomo. Po studiach też nie bardzo; młodziutka pani magister musi przecież znaleźć jakąś pracę. Potem kariera zawodowa nabiera tempa, żal odchodzić, zostawiać to podniecające życie. Poza tym musimy pobyć we dwoje z mężem, nareszcie mamy jakieś pieniądze, możemy pożyć, pojeździć, pozwiedzać. Lata mijają, mija trzydziestka, zbliża się czterdziestka, a przed czterdziestką...No właśnie.
Nie narzucamy rodzicielstwa za wszelką cenę, nie o tym jest ta kampania. Nie namawiamy do beztroski, do zbyt wczesnej ciąży, bez perspektyw, bez pracy, w wynajętym kącie... To nie może być decyzja pochopna. Warto jednak w pewnym momencie ją podjąć, chociaż wymaga poświęcenia. Pracy nad sobą. Konsekwentnych wyborów. Wydawania kasy na dziecko, podczas kiedy inni wydają ją na egzotyczne podróże. Zmiany podejścia do pewnych życiowych spraw. Być może zmiany pracy.. Inwestowania w siebie, chociaż jest to trudne. Zwykłego ogarnięcia swojego życia. Zresztą pisałam już o tym parę razy.
To prawda, nikt nie musi tłumaczyć się ze swoich decyzji.
Widać jednak, że ta kampania poruszyła w wielu kobietach schowane bardzo, bardzo głęboko, ledwie uświadomione pragnienia i lęki... czasem brutalnie spychane na bok, przysypywane kurzem codziennej bieganiny, zagłuszane stukotem butów na wysokim obcasie.



Żeby nie było za późno. Żeby nie było za późno.







Wszelkie zbieżności z wpisem na blogu niemarudz.me są przypadkowe i nieintencjonalne. Post bardzo polecam http://niemarudz.me/a-ty-dlaczego-odkladasz-macierzynstwo-na-potem



























niedziela, 7 czerwca 2015

Wrrrrr




Idzie sobie człowiek spokojnie do fryzjera, bo bardzo już zasłużył na tę atrakcję, sięga sobie człowiek w miłym poczuciu dolce far niente po Twój Styl i nagle piorun go trzaska. W powodzi historii o aktorkach, modelkach i byłych prezydentowych; pomiędzy reklamą Bielendy proponującą skuteczny lifting (jako wzór służy niemiłosiernie sfotoszopowana Edyta Olszówka, na co jej przyszło...) a ogłoszeniem zachwalającym depilator Braun, usuwający nawet najkrótsze włoski (brrrrrr), znajduje się felietonik pani Krystyny Kofty, prywatnie szczęśliwej żony i matki, a służbowo sfrustrowanego kobietona. Felietonik jest w ogóle o szczęściu, a w szczególe o tym, jak złe i niedobre jest małżeństwo. Pisze pani Krystyna tak: "Najciekawsze są w tym wszystkim badania nad małżeństwami. Od kilkudziesięciu lat niezmiennie wykazują, że mężowie są w tych związkach szczęśliwsi. Szczęśliwa żona? Trafia się rzadziej. Mężczyźni zacznie częściej deklarują, że ich pożycie jest udane. Są zadowoleni, wysoko oceniają poziom szczęścia. Ktoś tu się dziwi z powodu tych różnic? Jasne, że oni są szczęśliwi. Pomyśl tylko, gdybyś miała takie życie! Możliwość robienia kariery! Czas na swoją pracę. Dzieciaki zaopiekowane, porozwożone do szkół. Dobrze wychowane. Rachunki opłacone. Mieszkanie wyremontowane (...). Jedzenie podane! A jeśli zakochałabyś się tak jak on, odfrunęłabyś z domu jak wolny ptak, bez zobowiązań. To jest prawie niemożliwe! To potrafi tylko facet! Każda z żon byłaby szczęśliwa, gdyby miała takie warunki, jakie ona stworzyła mężowi!" (Twój Styl, czerwiec 2015) 
Do jasnej żesz Anielki, po co inteligentna kobieta wypisuje takie bzdury? Pani Kofta, szczęśliwie zamężna od lat chyba czterdziestu, spełniona matka udanego syna, płodna pisarka, dziennikarka i artystka, musi chyba bardzo nie lubić innych kobiet w podobnej, jak jej, sytuacji. Ile kobiet, po przeczytaniu takiego zabawnego tekściku, zakończonego tak zgrabną pointą, poczuje się lepiej, w swojej życiowej roli? Zero. To naprawdę świetny pomysł, antagonizować mężów i żony, dzielić dwoje ludzi na "onych" i "nas", przy czym "oni" zawsze mają lepiej... To jest po prostu genialna  myśl sprawiać, że kobiety zamiast dumy i satysfakcji płynącej z ich związku, czują frustrację, złość i zazdrość. Tak, to rzeczywiście pomaga w życiu, gdy ktoś uświadomi mnie, jak bardzo jestem beznadziejna i głupia, bo daję się wykorzystywać jakiemuś "jemu"... Z pewnością mój poziom satysfakcji wzrośnie po lekturze natchnionego felietonika pani Kofty. Czy ta pani sądzi, że jej udany związek to jakiś ewenement, słoń albinos, wygrana w Monte Carlo? Czy jej mąż, pan Kofta, psycholog, psychoterapeuta i wykładowca uniwersytecki, nie mógłby wytłumaczyć jej, że sprowadzanie innych do poziomu ostatnich życiowych naiwniaków i ofiar losu jeszcze nikomu nie pomogło? A może czytelniczki Twojego stylu trafiają potem na terapię do pana Kofty, co?



Wmawia się nam takie stereoptypy, że rodzina to patologia, że kobieta to ofiara, a mężczyzna bandyta. Ciekawe, czy redakcja Twojego Stylu szczerze wierzy, że taki jest świat? Że receptą na lepsze jutro jest pan Conchita Wurst i podobne mu osoby o pokręconej tożsamości? Na to wygląda.


Zła jestem. 
Zła jestem, bo mężczyźni i kobiety, zamiast dopełniać się nawzajem, wzajemnie się niszczą - właśnie dzięki takim subtelnym, niby niewinnym, artykulikom. Zamiast patrzeć na siebie z miłością, patrzą z zazdrością, z zawiścią, z niechęcią. Zamiast uśmiechać się do siebie, pokazują sobie język. Zamiast zachwytu wzajemną innością, jest jej ośmieszanie. Zamiast wspólnego budowania, jest wspólne rozwalanie. Tak ma wyglądać wyzwolenie? Pogrążeni w depresji mąż i żona, a pomiędzy nimi dzieci wychowywane przez " grupę rówieśniczą". No dzięki, postoję. Jeśli tak wygląda wielki świat, to wolę własny zaścianek, w którym mąż nie "robi kariery", a po prostu pracuje dla dobra rodziny, przy okazji - robiąc karierę. W którym żona nie jest sfrustrowaną i zgryźliwą feministką, a po prostu szczęśliwą kobietą, budującą razem z mężem ich wspólny dom. WSPÓLNY dom, proszę pani. Taki, jakiego odmawia pani innym, a jaki sama pani zbudowała.
Ech, świecie nasz... w którym nieustająco trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem...



A może my żyjemy w jakiejś rzeczywistości równoległej, bez punktów stycznych, co? W jakiejś Narni czy innym Rivendell... Może mój dom jest Ostatnim Przyjaznym Domem, w którym można być szczęśliwym? Chyba jednak nie... Na szczęście. Wczoraj moje dzieci wróciły ze spotkania młodych na Lednicy. Przyjechało tam STO DWADZIEŚCIA TYSIĘCY młodych ludzi, w wieku od gimnazjum po magisterium. Sto dwadzieścia tysięcy nasionek szczęścia, które wiatr Ducha rozwieje po calutkiej Polsce, po calutkim świecie. Niech tam sobie ponuracy piszą swoje ponure scenariusze. Nasze puszyste dmuchawce unoszą się ponad nimi. I wydadzą plon. Sieje je, sieje je, sieje je. 








A to post scrptum :)