środa, 23 września 2015

Wrzesień jesień



Oto widzisz, znowu idzie jesień -
człowiek tylko leżałby i spał...
Załóżże twoj szmaragdowy pierścien:
blask zielony będzie miło grał.

No właśnie. Wrzesień trwa, dziwny jakiś, jak nie upały to przenikliwe chłody...Babie lato nas ominęło, za to właściwie od pierwszego września zalęgły się wśród nas jakieś choróbska. Chętnie przyjęłabym na pocieszenie szmaragdowy pierścień, albo chociaż możliwość leżenia i spania, ale cóż - co wolno poecie, to nie zwykłej kobiecie.
Walczę więc z bolącymi gardłami, cieknącymi nosami, duszącymi kaszlami, własnymi migrenami oraz piętrzącymi się przetworami i powoli, powoli trafia mnie SZLAG. Jest taki cytat serialowy, który powtarzam sobie w ciężkich chwilach, dla upuszczenia pary - a teraz wy sobie tu zostańcie, a mamusia pójdzie do drugiego pokoju i tam sobie spokojnie zwariuje...Wypowiadała te słowa bohaterka grana przez nieodżałowaną Gabrielę Kownacką - i kiedy przypominam sobie jak ona to cudownie mówiła, to poprawiam sobie humor lepiej niż zrobiłby to szmaragdowy pierścień.









Wrzesień to w Dużym Domu festiwal hortensji. Nic tak nie kwitnie w naszym lesie jak te puszyste kule. Nie przeszkadza im cień ani spadające sosnowe igły. Kiedy już wszystkie letnie kwiaty  odchodzą sobie do jakiejś kwietnej krainy cienia, na pociechę zostają nam one. Wieczorami wyglądają  jak rozpryskujące się w nocnym niebie fajerwerki bieli. Tegoroczna susza sprawiła, że nie są tak okazałe, jak w poprzednich latach, ale najważniejsze że SĄ i że mogę na nie patrzeć. Z zachwytem. 
W połowie października przychodzi czas na hortensjowe żniwa, jako że trzeba podciąć krzaki przed zimą. Tak więc niniejszym zapraszam do nas po gałązkę - albo kilka gałązek - hortensji. Pięknie dają się ususzyć i fantastycznie wyglądają przez całą zimę. Można je łączyć w bukiety z gałązkami irgi albo ognika albo z jakimiś dobrze zrobionymi sztucznymi kwiatami ( byle sezonowymi!!! bo inaczej nikt się nie nabierze...).  Swoją drogą warto zainwestować w sztuczne kwiaty czy gałązki z wyższej półki cenowej, bo wyglądają zawsze świeżo i ładnie wtedy, kiedy o żywe kwiaty jest trudno i są drogie. Ja nauczyłam się korzystać ze sztucznych roślin czytając angielskie czasopisma wnętrzarskie. Dla lepszego efektu można do nich dołączyć jakąś prawdziwą, czyli żywą ładną gałązkę albo jakieś zimowe trawy albo zwykły zimozielony bluszcz. Efekt gwarantowany.
Lato się tak jak skazaniec kładzie
pod jesienny topór krwawo bardzo -
a my wiosnę widzimy w szmaragdzie,
na pierścieniu, na twym jednym palcu.
W ramach krwawego końca lata, postanowiłam wyprawić rodzinie fastfoodowy piknik tarasowy. W roli głównej - hamburgery. Żeby było krwawo, mięśnie i z grilla. Bułeczki tym razem były kupne, ale zwykle pieczemy własne.
Tak więc należy wziąć sześć silnych dziewek kuchennych, a z braku takowych wszystkie dostępne pod ręką dzieci i zagonić do rozpalania grilla oraz miąchania mielonego mięska.

Na sześć osób potrzeba kilo dwadzieścia mielonego, powinno być wołowe, u nas zwykle jest mieszane a czasem wieprzowe. W końcu robimy HAMburgery, a z wołu to jakieś raczej BEEFburgery, nie? Potrzebujemy też jedną porządną cebulę, dziarski ząbek czosnku, sól, pieprz, paprykę, tudzież inne przyprawy np kminek, kolendrę itp, itd. Cebulkę drobno pokrajaną dusimy na patelni, najlepiej na wodzie z odrobiną oleju, wtedy całość jest trochę mniej tłusta. Odstawiamy i studzimy. Do mielonego mięska dorzucamy sól (masa ma być wyraźnie słona), jajo albo dwa (zależnie od wielkości) oraz przyprawy, a także przestudzoną cebulę i mieszamy. Mieszamy, mieszamy, mieszamy tak długo, aż masa będzie jednolita, a wszystkie składniki ładnie się wzajemnie przegryzą.



Uformowane burgery czekją, aż żar grilla osiągnie doskonałość, a my w tym czasie płuczemy oraz suszymy sałaty, kroimy pomidory, ogórki oraz - opcjonalnie - marynowane grzybki, a także robimy sos do hamburgerów. W Dużym Domu obowiązuje sos czosnkowy, zwany przez tubylców cząstkowym. Jego autorką oraz głównym producentem jest Joasia. Potrzebujemy dużego kubełka jogurtu naturalnego (w przypadku ciężkiej sklerozy skutkującej zapomnieniem wcześniejszego nabycia w/wym, można użyć kwaśnej śmietany. Howgh) Do jogurtu dodajemy niedużą łyżkę majonezu, dwa ząbki czosnku (może być czosnek torebkowy, chociaż czuć różnicę...), szczyptę cukru, pół szczytpy soli, oraz w razie potrzeby, kilka kropel soku z cytryny. Wymieszać. Spróbować. Oblizać się, po czym ewentualnie sos dosmaczyć. Odstawić. Oczywiście, hamburgery można również smarować musztardami oraz keczupem; dla niektórych keczup jest motywem wiodącym.
Kiedy ekipa ogniowa zawoła, że żar gotów, przekazujemy jej hamburgery, niech czyni swoją powinność, my zaś zajmujemy się cudownym nakrywaniem stołu, co tam.







Winko podchodzi do takiego pożywienia, a jakże. Najlepiej wybrać jakieś porządne, z beczką w nosie,  jak  to uroczo ujmują sommelierzy. Nam do hamburgerów najlepiej pasuje jakaś hiszpańska Rioja - musi być zdecydowanie i wyraziście.
Kiedy kotleciki są już prawie-prawie gotowe, grillujemy z lekka bułeczki. My używamy do tego po cepersku, pieca domowego, jednak prawdziwi hardcorowcy nie uznają czego innego niż gorący, żywy płomień ogniska. Niech im będzie.
Jak już nikt nie może wytrzymać z głodu, cudowne jadło pojawia się na stole. Tylko głęboko wpojona kultura osobista chroni posiłek przed pożarciem go natychmiast, gołymi rękami, jak nie przymierzając Kmicic z towarzyszami. Smacznego.
















Teraz tylko trzeba uważać, żeby nie wywichnąć sobie szczęki, podobno jest to bolesna przypadłość...
Jak wspominałam, zwykle pieczemy własne bułki, więc dla chętnych podaję przepis. Pochodzi on z niezawodnych, moich ukochanych Moich Wypieków. Voila!

Składniki na 8 dużych bułek:
  • 250 ml mleka, letniego
  • 2 łyżki masła, roztopionego i przestudzonego
  • 1,5 łyżki cukru
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka drożdży instant (4 g) lub 8 g drożdży świeżych
  • 1 jajko
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
Ponadto:
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka mleka
  • sezam do posypania
Mąkę pszenną wymieszać z suchymi drożdżami (ze świeżymi najpierw zrobić rozczyn). Dodać resztę składników i wyrobić, pod koniec dodając roztopiony tłuszcz. Wyrobić ciasto, odpowiednio długo, by było miękkie i elastyczne. Uformować z niego kulę, włożyć do oprószonej mąką miski, odstawić w ciepłe miejsce, przykryte ręczniczkiem kuchennym, do podwojenia objętości (zajmie to około 1,5 godziny).
Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które po uformowaniu w kulkę należy mocno spłaszczyć dłonią. Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć lnianym ręczniczkiem i pozostawić do podwojenia objętości na 35 - 45 minut. Wyrośnięte bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem.
Piec w temperaturze 200ºC przez 12 - 15 minut.


Dodam tylko, że my robimy podwójną albo i potrójną porcję... Jak człowiek bardzo się spieszy, to może pominąć te czasy wyrastania, albo przynajmniej znacząco je skrócić. To prawda, że bułeczki są wtedy nieco mniej puszyste, ale niebiański smak pozostaje. Te bułeczki bardzo miło smakują też do weekendowego śniadania. Można wtedy ciasto zrobić w piątek wieczór i zostawić przykryte na noc w lodówce. W sobotni poranek tylko wrzucamy je do piecyka i delektujemy się gorącym pieczywkiem od samego rana, przyjmując wyrazy zachwytu oraz uwielbienia od całej dosłownie rodziny. 
A na deser - ciasto ze śliwkami i porządna kawa. Miłej jesieni!







poniedziałek, 7 września 2015

O edukacji domowej raz jeszcze






Taki rok nam nastał, że jak wiecie, zmierzyliśmy siły na zamiary i podjęliśmy się edukacji domowej. Podczytuję sobie różne rzeczy na ten temat, głównie w internecie, głównie po angielsku i coraz bardziej rozjaśnia mi się w głowie.
Przetłumaczyłam poniższy wpis jednej homeschoolowej mamy, trochę dla zabawy i wprawy, a trochę popularnonaukowo. Wpis jest zabawny i sympatyczny i myślę, że z przyjemnością go przeczytacie. Dodam tylko, że tłumacz nie utożsamia się na 100 procent z poglądami autorki tekstu, żeby nie było...
Tak więc zapraszam do lektury. Na zdjęciu powyżej pokój Joasi, w stanie niezwykłym, absolutnie niezwykłym.








OSIEM POWODÓW, KTÓRE NIE PRZEKONAŁY MNIE DO EDUKACJI DOMOWEJ


Andrea Mulder-Slater

Kilka lat temu, kiedy w mojej głowie po raz pierwszy zaświtała  myśl o edukacji domowej dla mojej córki, podzieliłam się tym pomysłem z przyjaciółką. Popijając kawę i chrupiąc krakersy wyznałam, że obawiam się jedynie tego, iż moje dziecko wyrośnie na dziwaka  nie umiejącego nawiązać kontaktu z ludźmi. – Ach, rozumiem! – odpowiedziała na to moja przyjaciółka – Więc ty byłaś dzieckiem uczącym się w domu!
W zasadzie było to przypuszczenie oparte na zdrowym rozsądku. W końcu jest prawdą, że nie tylko jestem introwertyczką, ale także pisarką mieszkającą na malowniczym odludziu, wiecznie pogrążoną we własnych rojeniach, zadowalającą się li i jedynie towarzystwem szeroko pojętej rodziny.
Przyznaję, jestem dziwolągiem.
Jednak nie byłam dzieckiem poddanym edukacji domowej. Moje wykształcenie zawdzięczam publicznemu systemowi szkolnictwa. Tak, droga pani Warnica, to dzięki pani jestem tym, kim jestem.
Przewińmy teraz taśmę w przód o najbliższe kilka lat. Moja córka jest inteligentną ekstrawertyczką, łatwo nawiązującą kontakt nie tylko z rówieśnikami, gotową do rozpoczęcia nowego roku szkolnego w klasie drugiej.
Przez te kilka lat wiele się nauczyłam i jestem gotowa podzielić się moim doświadczeniem z każdym, kto zadaje sobie podobne pytania. Oto osiem powodów, które NIE STAŁY SIĘ PRZYCZYNĄ, dla której zdecydowałam się na edukację domową.

1.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu swoich obaw.
Media wmawiają nam, że świat jest przerażającym miejscem, zbyt strasznym dla dzieci. Jednak prawda jest inna – większość ludzi to osoby przyzwoite i nie skłonne do okrucieństwa w stosunku do dzieci. Nie chcę wychować swojej córki na człowieka, który boi się wychylić głowę za próg własnego domu. No, chyba że na podwórku pojawiłby się niedźwiedzie…albo wilki.
2.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu religii.
Kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice zawozili mnie do szkółki niedzielnej, a sami spędzali ten czas w pobliskiej kawiarence. Jako ludzie wywodzący się z bardzo surowych i dewocyjnie religijnych domów, nie chcieli narzucać mi zasad w które sami zwątpili i wpajać wiary w Boga, który (według nich) prawdopodobnie nie istnieje. Nie wyrosłam na ateistkę, jednak nie jestem też bardzo zaangażowanym chrześcijaninem. Czytamy razem z córką Biblię, prowadzimy też rozmowy na temat dobra i zła, grzechu i odkupienia, ale nie należymy do grona regularnie praktykujących wierzących. Wdaje mi się, że powinnam chronić ją przed wierzeniami oraz ideami innych ludzi, które mogą być dosyć wsteczne, czy wręcz zacofane. Według mnie, to byłoby grzechem.
3.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu złości czy braku zaufania.
Publiczne szkolnictwo budzi w wielu ludziach frustrację czy nawet wściekłość – jestem w stanie to zrozumieć. Zgadzam się, że w tej dziedzinie wiele spraw wymaga naprawy. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, edukacja publiczna ma też wiele zalet i niesie ze sobą sporo dobra. Z pewnością system nie jest doskonały, ale czy istnieje na świecie coś absolutnie doskonałego ( poza gorzką czekoladą z odrobiną morskiej soli)?
4.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu chęci posiadania pełnej kontroli nad życiem mojego dziecka.
Moja córka wspina się na najwyższe drabinki i zjeżdża ze wszystkich zjeżdżalni, jakie tylko znajdują się na placu zabaw. Wiem o tym z jej relacji, ponieważ ja zwykle siedzę sobie w tym czasie na ławce w drugim końcu placyku, pogrążona w rozmowie ze znajomymi mamami. Pewnie, że troszczę się o swoje dziecko, a także martwię się o nią. Nieraz robiłam zamieszanie na przyjęciach urodzinowych z powodu alergii mojego dziecka, jednak nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym zatrzymać dziecko w domu dlatego, że chcę posiadać pełną kontrolę nad jej życiem.
5.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu nadmiernej ambicji.
Chcę, aby moja córka była dzieckiem szczęśliwym, dobrze przystosowanym do rzeczywistości oraz zadowolonym z życia. Nie zmuszam jej do wygrywania każdego konkursu ortograficznego, nie wymagam geniuszu Mozarta podczas gry na fortepianie ani nawet dziergania na drutach wymyślnych kostiumów kąpielowych…Wszyscy przecież znają te fantastycznie obyte dzieciaki, spędzające całe dnie na nauce i marzące o karierze uniwersyteckiej w wieku trzynastu lat, prawda? Nikt takich nie zna? No właśnie.
6.    Nie zdecydowałam się na edukację domową, ponieważ potrzebuję rąk do pracy w gospodarstwie.
Nie mamy stada kurcząt do obrządzenia, ani kozy do wypasania. Nasze bojowe hasło to „ hej, musimy sprzątnąć, bo przychodzą goście”, a nie „dalej, oporządźmy stodołę”, zwłaszcza, że nie posiadamy stodoły. Co prawda, jesteśmy właścicielami traktora.
7.    Nie zdecydowałam się na edukację domową dlatego, iż uważam, że wszystko wiem najlepiej.
To prawda, że nauczyciele potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi. Jednak jako osoba, która poznała system edukacyjny od środka wiem, jakiego wysiłku wymaga przeprowadzenie lekcji z udziałem dwadzieściorga dwojga ośmiolatków. Dwoje z moich najlepszych przyjaciół to doświadczeni nauczyciele; doskonale wiem co robią a czego nie robią i z jakiej przyczyny – i nie zamieniałabym się z nimi na pracę. Za żadne skarby świata.
8.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu socjalizacji.
Nigdy nie sądziłam, że mojemu dziecku wystarczy kontakt z pewną niewielką, ograniczoną wiekowo grupą społeczną. Świat jest naprawdę dużo większy i ciekawszy, a nauka poruszania się w społeczeństwie (i na lotnisku) jest kluczowa dla każdego człowieka.

A teraz najważniejsza rzecz: moja ośmioletnia córka, ta właśnie, która stoi u progu drugiej klasy, nigdy nie uczęszczała do szkoły.  Ani przez chwilę.
Oto osiem powodów, które sprawiły, że dla mojego dziecka wybrałam nauczanie domowe.

1.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ szanujemy swój czas.
Możemy zaspokajać swoje zainteresowania i odkrywać świat o dowolnej porze dnia. Nie jesteśmy ograniczone do weekendów i późno popołudniowych godzin w tygodniu. Nagłe zainteresowanie dietą małp nosaczy o 8.30 z rana? Ależ proszę bardzo! Dentysta o 11 przed południem? Jak najbardziej!
2.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy być wyspane.
Moja córka jest wypoczęta przez cały rok, za wyjątkiem wakacji, podczas których wstaje o świcie, żeby pływać, jeździć konno i zażywać wielu innych atrakcji. Jeśli zasiedzimy się długo w noc czytając sonety Szeksipra (no dobra, żartowałam, czasem zwyczajnie się zasiedzimy), nic złego się nie dzieje. Następnego dnia nie zrywamy się nieprzytomne w ostatniej chwili, aby parząc sobie usta mlekiem i kawą, gonić szkolny autobus, ubrane we flanelowe szlafroki. Ale oczywiście, co kto lubi.
3.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy dobrze zjeść.
Nasz zwykły poranek zaczyna się spokojnym, ciepłym, niespiesznym śniadaniem.  Czasami nawet pieczemy sobie muffinki. Drugie śniadanie jest zdrowe i dobrze zbilansowane, niekiedy również ciepłe. Moja córka rzadko musi łykać jedzenie w pośpiechu, aby zdążyć na swoje zajęcia, a już na pewno nie jest zmuszona posilać się w środku dnia zawilgotniałymi kanapkami.  Ponadto nie muszę wymyślać urozmaiconych szkolnych przekąsek, które muszą się zmieścić w maciupeńkie, słodziutkie pudełka śniadaniowe. Niewątpliwy bonus.
4.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy się bawić.
Moja córka wyciska każdą najmniejszą kropelkę radości ze swojego dzieciństwa. Obserwuje, jak mrówki dźwigają swoje ciężary do mrowiska, łapie kijanki w stawie, a od czasu do czasu udaje, że jest psem. Jasne, że szkoła nie zabrania dzieciom być dziećmi, jednak dwadzieścioro dwoje ośmiolatków chcących udawać psy podczas lekcji matematyki może doprowadzić nauczyciela na skraj poczytalności. Tak rodzą się rewolucje.
5.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy podróżować.
Jako że nie obowiązują nas szkolne ferie i przerwy w nauce, możemy sobie pozwalać na podróże, kiedy tylko chcemy. Zwykle wybieramy czas kierując się wygodą całej rodziny. Oznacza to nie tylko tańsze loty, ale również tańsze zakwaterowanie, że nie wspomnę o mnogości okazji do nauki przez całą podróż. Dodatkową zaletą jest brak kolejek do najróżniejszych wakacyjnych atrakcji.
6.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ ufamy sobie nawzajem.
Jesli miałabym wskazać najważniejszą rzecz, jakiej nauczyłam się w trakcie edukacji domowej mojego dziecka, byłoby nią – wycofanie się na chwilę. Każdy, kto ma do czynienia z uczeniem swojego dziecka wie, że jeśli przyswojenie sobie jakiegoś tematu przez dziecko jest walką – należy to odpuścić. Na chwilę. Rodzice wiedzą najlepiej, że każde dziecko ma swoje własne tempo, w jakim idzie do przodu. Nauczyciele też wiedzą o tym doskonale, ale system w jakim pracują, wymusza na nich pośpiech, dlatego dzieci są zmuszane do utrzymania pewnego uśrednionego tempa nauki. Jak wiadomo jest ono stresujące zarówno dla dzieci, które mocno prą do przodu jak i dla tych, które radzą sobie słabiej.
Moja córka uwielbia czytać – czyta w zasadzie wszystko, od encyklopedii po historyjki obrazkowe. Jednak nie nauczyła się czytać w tym samym tempie, co jej rówieśnicy; zajęło jej to o wiele więcej czasu. W szkole z pewnością miałaby przez to kłopoty, i chociaż szkolne intencje byłyby czyste, ja miałabym poważny problem z przekonaniem mojego dziecka, że nie jest głupsze od innych.
7.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy ciszę i spokój.
Chociaż nie uprawiamy yogi ani nie praktykujemy medytacji transcendentalnej, obie uwielbiamy ciszę i spokój. Nie musimy walczyć ze sobą o prace domowe ani znosić szkolnych wyzywanek i przepychanek. Jeśli jakieś incydenty mają miejsce na przykład podczas treningu koszykówki, zostają natychmiast załatwione albo przez trenera, albo przez nią samą. Nie ma przy tym groźby dyrektorskiego karnego dywanika.
8.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ zależy mi na dobrych relacjach towarzyskich mojego dziecka.
Kalendarz towarzyski mojej córki wypełniony jest po brzegi spotkaniami z przyjaciółką, lekcjami francuskiego, klubikami przyrodniczym i naukowym w miejscowym aqua parku, wycieczkami i biwakami wakacyjnymi…Jej kontakty towarzyskie nie ograniczają się jedynie do kolegów i koleżanek w jej wieku, ale wśród jej znajomych znajdują się także osoby w podeszłym wieku, z którymi moja córka lubi i umie rozmawiać…

Czy moja córka na zawsze jest przypisana do nauczania domowego? Może tak, a może nie. Dzień, w którym powie mi, że chciałaby chodzić do szkoły, będzie dniem, w którym pojadę do miasta, aby ją zapisać. Póki co, edukacja domowa jest dla nas najlepsza.
To nie jest droga dla każdego. Wiele osób nie wyobraża sobie swojego dziecka poza szkołą – i nie ma w tym nic złego. Naprawdę.



Losowanie


Nadszedł poniedziałek, a wraz z nim nadeszła wiekopomna chwila losowania dużodomowej nagrody. Gdybym mogła, wylosowałabym po jednym plakacie dla każdego z was, ale cóż, najlepsze nawet chęci nie zastąpią twardej rzeczywistości. A twarda rzeczywistość jest taka, że nagroda, jak królowa, jest tylko jedna...
Maszyna losująca wyciągnęła swoje łapki...


i wylosowała...




...Kasię Olej (Oleja Olej)!!! Hura, hura! Kasiu, bardzo proszę o pilny kontakt w sprawie wysłania plakatu.
Jeszcze tylko napiszę, że wzruszyłam się czytając wasze komentarze. Jest nas tak wielu, podobnie czujących, podobnie myślących. Spotykamy się w tych samych miejscach w sieci, wymieniamy wirtualne uśmiechy i pozdrowienia i tworzymy wirtualny, ale za razem najzupełniej realny archipelag ludzi o bratnich duszach. Mamy podobne problemy i podobny bałagan w domu. Jestem pewna, że gdybym spotkała kogokolwiek z was w realu, miałabym wrażenie, że znamy się doskonale od wielu lat. I to pomimo różnicy w naszych metrykach, he he. 
Tak więc ściskam was mocno i do zobaczenia. Także w realu.