piątek, 26 lutego 2016

Babski wieczór


Jeśli to prawda, że kapelusz stanowi 75 procent prawdziwego mężczyzny, to w dobie, w której żyjemy, a w której kapelusze niemal zanikły w procesie ewolucji, przeciętna kobieta poślubia zaledwie 25 procent mężczyzny... Znam osobiście jedynie dwóch mężczyzn noszących kapelusze - jeden z nich jest uczonym paleontologiem (!!! acha! ewolucja, wykopaliska, skamieliny...), a drugi moim zięciem... Odetchnęłam z ulgą, mamy przynajmniej jedno pełne 100 procent mężczyzny na rodzinę, to już coś...



Ostatni mój wpis wywołał falę resentymentu wśród różnych znajomych żon. Jednogłośnie zażądały odnalezienia katalogu cnót mężowskich, zamieszenia go na łamach, a one już zastosują go w praktyce...
No cóż, katalogu nie znalazłam, ale dobrą radę, owszem. Bardzo proszę, oto ona:


Drogi mężczyzno! Jeśli twoja żona oznajmia - A rób sobie, co chcesz! Lub, co gorsza - To już sam zdecyduj!  Pamiętaj - NIGDY nie próbuj robić, co chcesz, a już zwłaszcza NIGDY, ale to NIGDY, pod żadnym pozorem nie podejmuj SAM żadnej decyzji. Jeśli oczywiście miłe ci jest własne życie...


Mężczyzna jaki jest, każdy widzi. Czasem trudno z nim wytrzymać, ale wytrzymać bez niego - jeszcze trudniej. Zalewa cię krew, kiedy po raz pięćdziesiąty ósmy w tym tygodniu, wygarniasz jego skarpetki spod fotela w pryncypialnym pokoju, a jednak kiedy wyjeżdża na dłużej, z trudem powstrzymujesz się, żeby nie rozrzucać tych skarpetek własną ręką,  żeby było przytulniej...
To naprawdę niezwykłe, że dwie tak przeciwstawne osobowości tak bardzo się przyciągają. 
Na przykład, kiedy trzy kobiety idą razem na kawę i plotki, a nazywają się na przykład Marysia, Ewa i Monika, w ten właśnie sposób do siebie się zwracają. Kiedy natomiast spotyka się trzech facetów, to chociaż każdy z nich ma jakieś fajne imię (powiedzmy, Robert, Andrzej i Jacek), to jeden z nich staje się Robsonem, drugi Łysym a trzeci Skuterem. Mało tego, kiedy dosiada się do nich ktoś nowy, przedstawiają mu się właśnie jako Łysy, Robson i Skuter..
Albo weźmy łazienkę. Typowy mężczyzna trzyma w łazience sześć rzeczy: mydło (koniecznie w kostce!), pastę i szczoteczkę do zębów, ręcznik, szampon i golitko.
Natomiast typowa kobieta potrzebuje do pełnej toalety około 337 przedmiotów, z czego jej mąż jest w stanie rozpoznać bez pudła tylko ręcznik...
Wiadomo, że w każdej kłótni to kobieta ma ostatnie słowo. Cokolwiek powie facet, to staje się zarzewiem nowej kłótni.... I tak dalej.
Najgorsze jest to, że mężczyzna kładąc się spać i wstając rano wygląda zawsze tak samo przystojnie, a jego  potargane włosy dodają mu jeszcze uroku, zaś nawet najpiękniejsza kobieta świata kiedy o poranku wstaje z łóżka, wygląda jakby jej twarz była od niej starsza o dobre 10 lat.
Podobnie jest ze starością - facet to uroczy starszy pan, a kobieta to jakaś babcia. Popatrzcie choćby na Hana Solo i księżniczkę Leię - po latach. Taka prawda.
Podobno mężczyznę sukcesu można poznać po tym, że zarabia więcej niż jego żona jest w stanie wydać. Kobieta odnosi sukces, kiedy udaje jej się takiego męża znaleźć... Zresztą kobieta dopóty martwi się o przyszłość, dopóki nie wyjdzie za mąż - a mężczyzna nie martwi się o przyszłość, dopóki się nie ożeni. No właśnie.
A skoro już jesteśmy przy pieniądzach, to normalny mężczyzna jest w stanie wydać dwadzieścia złotych na przedmiot, który jest warty dziesięć złotych, ale który jest mu potrzebny. Dla odmiany każda bez wyjątku kobieta ochoczo da dziesięć złotych, za rzecz wartą dwadzieścia złotych, której w ogóle nie potrzebuje, ale która jest na wyprzedaży...
Mamy po prostu zupełnie inne mózgi. 

 


Czy więc w ogóle da się razem żyć i nie tylko nie pozabijać się nawzajem, ale wręcz rozkwitać we wzajemnej obecności?
Otóż wspólnym wysiłkiem rządu i społeczeństwa - można.
Po pierwsze - ustalamy, że naszym absolutnie priorytetowym priorytetem jest wspólnie spędzony czas - bez dzieci i innych rozpraszaczy. Małżeństwo nie pociągnie długo na automatycznym pilocie, musicie obydwoje usiąść za sterami. Każdego wieczora wyłączamy telefony oraz komputery i w zamian za to patrzymy sobie czule w oczy i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Kolacja przy świecach jest wskazana. A raz na miesiąc - porządna randka.
Po drugie - dotykamy się przy każdej możliwej okazji. Nie chodzi tu o seks ( chociaż współżycie jest bardzo, bardzo ważne), ale o przytulanie się, trzymanie za ręce, pogłaskanie po plecach, żartobliwe kuksańce, przelotne pocałunki. Nic tak nie łączy serca męża i żony jak zwykły, prosty dotyk dłoni... Jeśli jakieś małżeństwo doświadcza dotykowego głodu, powinno natychmiast sprawić, że wzajemna czułość fizyczna stanie się ich najważniejszym postanowieniem poprawy.
Po trzecie - staramy się mieć wspólne pasje i zainteresowania poza dziećmi. Czy to możliwe? Ależ oczywiście! Nie chcemy pod koniec życia siedzieć w naszym opustoszałym gniazdku, pogrążeni w głębokiej depresji i niechęci do siebie. Szczęśliwe pary lubią mieć jakieś wspólne zainteresowania, szukają ich. Nigdy nie jest zbyt późno, aby zacząć.
Po czwarte - nigdy ze sobą nie walczymy. To znaczy - możemy się sprzeczać, kłócić, rzucać przedmiotami tudzież trzaskać drzwiami, ale nie walczymy ze sobą. Każda walka zakłada, że ktoś wygrywa, a drugi ktoś przegrywa. Jako małżeństwo dzielimy ten sam los - tak więc jeśli mój mąż jest przegrany, to ja również. Musimy spojrzeć na nasze kłótnie jako na sposobność do wspólnego wypracowania takiego rozwiązania, które pomoże nam obojgu wygrać. Aby to osiągnąć, powinniśmy w każdej, nawet najbardziej stresującej sytuacji, traktować się nawzajem z szacunkiem.
Po piąte - flirujemy tylko ze sobą, z nikim innym. Szczęśliwe małżeństwa nigdy nie przestają ze sobą flirtować i nigdy nie zaczynają flirtu z kimś obcym; zawsze szukają nowych sposobów na podtrzymanie i rozdmuchanie dawnego płomienia, osłaniając go jednocześnie przed najmniejszym przeciągiem... Taka wyłączność oznacza nieustanne czuwanie nad swoim wzrokiem, wyobraźnią, ciałem i emocjami. Nie szukajmy jakichś zewnętrznych fantazji, które wykluczałyby męża czy żonę. Jesteśmy tylko dla siebie.
Po szóste - mówimy sobie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Uczciwość małżeńska otwiera drzwi prawdziwej intymności. Każde zatajenie prawdy jest toksyczne dla naszego związku. Nie mamy miejsca na tajne hasła, tajne zakupy, sekretne esemesy czy ukryte motywy...Niech nasze małżeństwo szczyci się gwarancją braku tajności. Dożywotnią.
Po siódme - nie traktujmy naszego małżeństwa zbyt lekko - a siebie zbyt poważnie. Szczęśliwe pary mają poczucie humoru. Znają się na żartach. Potrafią wprowadzić nutę humoru nawet w najtrudniejsze momenty życia. Jednak patrzą z przymrużeniem oka tylko na siebie, ich związek nigdy nie jest przedmiotem kpin czy niewybrednych dowcipów. Nigdy nie wprowadzają do swojego słownika słowa "rozwód", nawet dla zabawy. Właśnie dlatego potrafią cieszyć się życiem i swoim małżeństwem tak, jak one na to zasługują.




A teraz nagroda dla wszystkich, którzy dotrwali do końca tego elaboratu: najłatwiejsza pizza w świecie, nic a nic się jej nie gniecie, a robi się w 10 minut.
Voila.
Bierzemy półtora kubka mąki samorosnącej lub zwykłej, ale wtedy dodajemy czubatą łyżeczkę proszku do pieczenia. Wsypujemy do misy robota, może być malakser. Do mąki dodajemy pół kubeczka wody, szczyptę soli i łyżkę oliwy z oliwek. Włączamy robota albo malakser i miksujemy około dwóch - trzech minut, aż powstanie kulka ciasta.
Z tej kulki rozwałkowujemy, najlepiej przy pomocy nieletniego dziecka, dwa placuszki.




Następnie smarujemy oliwą patelnię i kładziemy na niej jeden palcuszek. Smarujemy go sosem pomidorowym i kładziemy na wierzch co tylko nam w duszy łka.


Pod patelnią zapalmy gaz i pozwalamy, aby pizza podpiekała się chwilę na patelni. W tym czasie włączamy grill w piecyku i pozwalamy, aby się trochę rozgrzał.
Kiedy pizza już podpiekła się na patelni, co trwa około dwóch - trzech minut, wkładamy ją do piekarnika i grillujemy wierzch przez następne trzy minuty.



Kiedy serek się ładnie rozpuści, a szyneczka - czy co tam innego - ładnie zarumieni, wyjmujemy pizzę na talerz i z apetytem zjadamy. Jest naprawdę pyszna i chrupiąca.




A tu macie oryginał przepisu. Smacznego.









































środa, 17 lutego 2016

Rewolucja





Wstajesz rano i nastawiasz kawę w ekspresie. Czekając, aż dzbanek się napełni, przygotowujesz paczuszki z kanapkami dla męża i dzieci. Nakrywasz stół do śniadania - mleko, płatki, pieczywo, wędlina, kawa i herbata. Jeśli na dworze jest bardzo zimno, przygotowujesz coś ciepłego - racuchy, jajka albo zapiekane parówki. W tym czasie mąż i dzieci schodzą się w kuchni i wszyscy razem jecie śniadanie. 
Po śniadaniu twój mąż wyrusza do pracy, a ty wysyłasz dzieci, żeby pościeliły swoje łóżka, umyły zęby i ubrały do szkoły. Ubrania dla dzieci przygotowałaś poprzedniego wieczora, tak że teraz nie tracą czasu na szukanie, wybieranie i zastanawianie się, co założyć. Ty w tym czasie zajmujesz się maluchami i porządkujesz waszą sypialnię.
Kiedy wszyscy są gotowi, wyruszacie do szkoły. Starsze dzieci idą same, młodsze odprowadzasz ty. Nie spieszycie się, rozmawiacie, żartujecie. 
Słowa, ktore własnie przeczytaliście, są tłumaczeniem fragmentu posta z amerykańskiego bloga dla staroświeckich niepracujących żon, żyjących w dzisiejszym świecie. Cały blog pełen jest rad, jak postępować z mężem, jak uczyć dzieci dyscypliny, jak na bieżąco sprzątać dom, żeby nie tworzyły się zaległości...Czytałam to z rozbawieniem i niedowierzaniem, dopóki nie zerknęłam w komentarze. Młode i starsze żony i matki dziękowały autorce bloga za inspirację i zachętę, a także za pełen know-how jak tradycyjnie prowadzić dom. Tym wszystkim kobietom po prostu brakuje wzorców typowej, tradycyjnej kobiecości. Te rewolucje seksualne i inne obyczajowe kompletnie wyjałowiły współczesne kobiety z umiejętności, jakie kiedyś posiadała każda panna, mężatka czy wdowa. Powodowana ciekawością zajrzałam do innych blogów i portali spod hasła "fifties" i zostałam zalana pastelowymi kuchniami, sukienkami bombkami oraz dobrymi radami. 
Przejmująca jest ta tęsknota za dobrymi wzorcami; przejmujący jest fakt, że trzeba ich szukać w internecie...


Trafiłam między innymi na artykulik trzydziestoletniej dziennikarki, która podjęła wyzwanie od swojego nadredaktora, aby na tydzień stać się kobietą z lat pięćdziesiątych.
Okazało się, że dosłownie każdy z aspektów jej życia  (to znaczy tej dziennikarki) jest karykaturą kobiecości sprzed sześćdziesięciu lat. Autorka zaczęła wyzwanie od przemiany swojej powierzchowności - zrezygnowała z dżinsów i legginsów na rzecz sukienek (które pokutowały na dnie szafy). Poranna toaleta nieco się wydłużyła - staranny makijaż i fryzura mają swoje minimalne czasowe wymagania. Okazało się, że dopracowany wygląd nie tylko poprawia samopoczucie, ale też wprawia w podziw całe otoczenie, ze sprzedawczyniami Starbuniu włącznie.
Pierwsze podejście autorki do sprzątania a'la lata pięćdziesiąte było zarazem ostatnim...Okazało się, że w łazience są miejsca do których nigdy jeszcze nie dotarła szczotka ani mop, co sprzątającą kompletnie załamało i zniechęciło. Postanowiła po prostu zaakceptować pewien poziom brudu w swoim domu. Podobny los spotkał pranie - hałda czystych i wysuszonych rzeczy zległa na środku sypialni i już tam została.
Ponieważ pani dziennikarka nie gotuje, bo nie chce, postanowiła ograniczyć się do wykonania jakiegoś możliwie najprostszego ciasta z gotowej mieszanki. Życiowy partner autorki, na co dzień pełniący obowiązki domowego kuchennego kariatyda, pochwalił wypiek i zachęcił do następnych prób.
Wyzwanie nie ominęło też sfery intymnej - okazało się, że mężatki w latach pięćdziesiątych były zobowiązane do codziennego noszenia możliwie najlepszej bielizny, najlepiej koronkowej i w kolorze różowym....Autorka eksperymentu uznała ten fakt za wyjątkową perwersję, natomiast w sposób jak najbardziej zwyczajny i nie perwersyjny opisała swoje ulubione sposoby tak zwanego uprawiania seksu. A co.
Poradniki z tamtych czasów pełne są rad, jak sprawić, żeby twój mąż i reszta świata czuli się dobrze w twojej obecności; jak sprawić, żeby poczuli się dla ciebie ważni i wyjątkowi. W tym miejscu wyzwania, nasza dziennikarka uświadomiła sobie, że od kiedy zamieszkała ze swoim partnerem, zaczęła mu wymyślać i strasznie na niego zrzędzić. Prawdę mówiąc stała się niezłą  megierą...Jako dobre postanowienie po tym tygodniu powzięła myśl, że przestanie zrzędzić, bo to jednak niegrzeczne i wywołuje konflikty...
W każdym razie lata pięćdziesiąte dla pani autorki okazały się nieustannym "całowaniem cudzego tyłka", excuse le mot.
Zreasumujmy: kobieta, która na co dzień chodzi dosyć niechlujnie ubrana, zrzędzi i wrzeszczy na swojego partnera z byle powodu, nie gotuje i nie sprząta, a także starannie zabezpiecza przed ciążą i bachorami - czuje swoją wyższość nad "tamtymi" kobietami i cieszy się, że nie musi nosić różowych majtek...że ma wybór.
Z pewnością, swobodny wybór własnej drogi życiowej jest niekwestionowanym błogosławieństwem naszych czasów, ale, na litość Boską, dbałość o miły dom, posiadanie dzieci i - okej - uprzyjemnianie życia mężowi nie robi z kobiety niewolnicy! Flejtusze życie nie jest wolnością, jest po prostu - flejtuszeniem i tyle.
Potrzebujemy wzorców, map, kompasów pokazujących kierunek.
Znakiem czasów jest też bunt młodych dziewczyn wobec swobodnego sposobu życia kombatanek rewolucji seksualnej. Nazywa się to "the good girl revolution" (czyli bunt grzecznych dziewczynek) i obejmuje zarówno wstrzemięźliwość seksualną jak i sposoby ubierania...Furorę robią na przykład, tak zwane modest swimsuits, czyli zabudowane jednoczęściowe kostiumy kąpielowe. Wystarczy tę frazę wrzucić w wyszukiwarkę i wyskakują całe kolekcje cudownych kostiumów kąpielowych, niestety w niebywałych cenach...W Polsce można je znaleźć na przykład w Marks&Spencer, w niezwykle niskiej cenie (jak się okazuje...), bo już za 180 złotych...Wiem, bośmy obie z Marysią zainwestowały w takie cuda rok temu.
No tak.



To poczytajcie teraz, jak powinna zachowywać się dobra żona, anno domini 1950.
1. Miej gotowy obiad. Musisz planować menu dużo wcześniej, żeby nie spieszyć się i zdążyć z gotowaniem obiadu przed powrotem męża z pracy. Najlepiej przygotować sobie wszystko już poprzedniego wieczora. Mężczyzna jest głodny, kiedy wraca do domu, a oczekujący go ciepły posiłek jest dla niego najlepszym powitaniem.
2. (mój ulubiony fragment) Przed powrotem męża połóż się na kwadrans i odpocznij, abyś wyglądała świeżo i rześko.Popraw włosy i makijaż. Twój mąż wraca z pracy pełnej zmęczonych ludzi i dobrze mu zrobi widok wypoczętej żony. Postaraj się być wesoła i trochę zalotna, to z pewnością go uskrzydli. Potrzebuje tego po długim i żmudnym dniu w pracy.
3. Zanim mąż wróci do domu, przejdź przez mieszkanie, zbierając porozkładane książki, kredki i dziecięce zabawki. Przetrzyj szmatką meble. Twój mąż poczuje, że wszedł w progi jasnego, radosnego i uporządkowanego zakątka. Ciebie również to podniesie na duchu.
4. Przygotuj dzieci. Jeśli są małe umyj im buzie i rączki, a także uczesz włoski. Twój mąż uważa dzieci za swoje małe skarby, pomóż im odnaleźć się w tej roli.
5. Postaraj się, aby dzieci nie hałasowały; wyłącz pralkę i odkurzacz, wyeliminuj zbędny hałas.
6. Nie witaj go problemami, nie narzekaj, jeśli spóźnił się na obiad. Pomyśl sobie, jaki miał ciężki dzień w pracy - w porównaniu z jego problemami twoje naprawdę są prawie bez znaczenia.
7. Zaproponuj mu cos dobrego do picia. Zaoferuj wygodny fotel, albo zaproponuj krótką drzemkę. Popraw mu poduszkę i zdejmij buty, okryj go kocem. Pozwól, aby się odprężył i odpoczął.
8. Słuchaj uważnie tego, co ma ci do powiedzenia. Mów do niego cichym, miłym głosem.
9. Pamiętaj, że wieczór nalezy do niego. Nie narzekaj, że zbyt rzadko zabiera cię do restauracji, ale pomyśl, przez jakie stresy musi przechodzić w pracy. Być może najlepiej mu zrobi spokojny wieczór w rodzinnym gronie.

Ufff. Chyba mnie trochę zemdliło...Mam nadzieję, że ówcześni dżentelmeni otrzymywali podobne katalogi odnośnie żon....




Odrzucając pianę przesady, myślę, że można zaczerpnąć sporo inspiracji z tamtych czasów. Z pewnością życie było milsze i dużo bardziej uporządkowane...a także ładniejsze. Popularność książek Fannie Flagg, a także pastelowych lodówek Smeg, że nie wspomnę o prześlicznych naczyniach  Ib Laursena czy Green Gate...pokazuje, że za tym tęsknimy. Za mamą w domu. Za tatą wracającym z pracy o ludzkiej godzinie. Za bezpiecznymi powrotami ze szkoły, ze skakaniem po kałużach i łapaniem śniegu na język. Za kulturą w domu, zagrodzie i w mediach.
Vintage life. Czemu nie?









































wtorek, 2 lutego 2016

Egzaminy



Nadejszła wiekopomna chwila egzaminów rocznych. Nadszedł dzień żrący i palący jak piec złotnika i ług farbiarza. Koszmar duszący nocami i prześladujący dniami: egzamin z chemii. I z geografii. A po feriach - z matematyki. A po nim biologia, wos i historia...
Joasia nie znosi chemii, a jesli idzie o geografię, to ma tendencję do szukania Tarnowa w okolicach Szczecina. A może Cieszyna? Województwo lubuskie myli z lubelskim, a stolicą podkarpackiego czyni Zakopane...
Chemia chemią, ale znajomość geografii wyniesiona z renomowanych szkół, z lekka napawnęła nas grozą.
Zasiadło więc wierzgające dziewczę do chemii i do geografii, jako że wymyśliło sobie - poniekąd słusznie - że jako pierwszych pozbędzie się dwóch duszących najbardziej zmór. 
Mijały tygodnie zakrapiane łzami i atakami paniki. Snuły się wieczory i ranki będące świadkami ostatecznych zapewnień o natychmiastowym, uroczystym spaleniu podręczników do chemii i geografii. Mama odruchowo i nerwowo wyłączała fonię na dźwięk słów: jestem beznadziejna, nic nie rozumiem, po co mi to, nie zdam żadnego egzaminu, nic nie umiem.
Zasiadło w końcu owo dziewczę w ławce egzaminacyjnej, dziwnie spokojne i blade. Armia umiera, ale się nie poddaje. Drżąca lekko dłoń przyjęła arkusz egzaminacyjny. Egzekucja rozpoczęta.
Mama czeka. Czas mija, książka się kończy (dobrze, że przewidująco wzięła drugą). Powoli zaczyna Mamie doskwierać głód, a za kawę byłaby gotowa sprzedać egzaminowane dziewczę...Kilometry korytarzy ciągną się we wszystkie strony, Mama zaczyna podejrzewać, że znajduje się w jakiejś zakrzywionej czasoprzestrzeni, która nigdy się nie kończy, bo za każdą siną dalą ciągnie się nowa dal.
Wtem!
W drzwiach ukazuje się rozpromieniona Jutrzenka Swobody. 
- Jak ci poszło? - pyta niepotrzebnie Mama, bo widać, jak poszło.
- Dostałam piątkę z chemii i czwórkę z geografii, bo mi się województwa pomyliły (!!!!) 
Ufff, lawina kamieni spadła nam z serc. Poszło. Dwie pierwsze oceny za nami. 
Jutrzenka Swobody, cała w uśmiechach, uskrzydlona szczęściem i ulgą, unosi się nad ziemią. Mama brutalnie ściąga ją na ziemię i pakuje w samochód. Wracamy do domu. Z tarczą. I to jaką!


Jaki więc z tego morał, zapytacie?
A otóż taki, że niepewna siebie dziewczyna, uprzedzona do dwóch przedmiotów w sposób absolutnie bezpodstawny i nie mający pokrycia w rzeczywistości, samodzielnie pokonuje swoje uprzedzenia oraz samodzielnie wyrównuje braki swojej wiedzy. Dziewczyna ta udowodniła sobie, że jest w stanie efektywnie pracować i dzięki temu odnieść sukces. Egzaminy nie były proste, bo nie dosyć, że obejmowały całość materiału, to na dodatek były żmudne, gdyż składały się z części pisemnej i ustnej. Tak więc udało jej się odnieść sukces wielokrotny: po pierwsze - edukacyjny, po drugie - nauczyła się samodyscypliny, po trzecie zaś - podczas samego egzaminu umiała umiejętnie rozłożyć siły i powściągnąć emocje.
Jesteśmy z niej naprawdę dumni.


Tak sobie myślę, że często wystarczy po prostu w dziecko uwierzyć, żeby nas zadziwiło swoimi możliwościami. Pewnie, że w zaufaniu kryje się element ryzyka, ale jak wiadomo, kto nie ryzykuje, ten nic nie ma.
Kiedy dzielę się z różnymi osobami, swoim zauroczeniem edukacją domową i potencjałem, jaki w związku z nią odkrywają w sobie dzieci, na ogół spotykam się z dużym sceptycyzmem. - No taaak - słyszę - Ale wy to macie zdolne dzieci, które chcą się uczyć (!!!). Moje w życiu same by się nie uczyły, leniuchowałyby całymi dniami.
To jest zadziwiające, ta niewiara, to zwątpienie we własne dzieci. Przekonanie, że bez porządnego bata i jeszcze porządniejszego kija, wasze dzieci nie będą potrafiły czegokolwiek z siebie wykrzesać. Dlaczego? Dlaczego ludzie kochani z góry zakładacie, że wasze dzieci nie są w stanie samodzielnie niczego osiągnąć? Nie namawiam nikogo do porzucenia szkoły na rzecz ED, ale motywy, którymi się kierujecie decydując się na tradycyjny model edukacyjny, są naprawdę mało chwalebne.
Wszyscy jesteśmy rodzicami fantastycznych młodych ludzi, obdarzonych wybitnymi zdolnościami i wielkim potencjałem. Każdy z nich jest z natury ciekawy, chłonny wiedzy, zadający światu mnóstwo pytań. Każdemu z nich wystarczy trochę zachęty, nadanie pewnego kierunku, wskazywanie przewodników, gorliwe kibicowanie.


Zobaczcie, że dzieci nabierają najważniejszych umiejętności w domu...Uczą się chodzić, mówić, rozróżniać kolory i cyfry; nabierają ogłady - mówią proszę, dziękuję, przepraszam; uczą się rozróżniać dobro i zło, wyzbywają się egoizmu i nabywają emaptii...Uczą się tego wszystkiego - bo chcą, bo pcha ich nieustający głód wiedzy. Co jest dalej, co kryje się za kolejnym zakrętem...?
Nie namawiam was do masowego opuszczania szkół na rzecz edukacji domowej, ale namawiam do nieco większej wiary we własne dzieci. 
Yes, they can.




środa, 27 stycznia 2016

Wielodzietni raz jeszcze



Na początek cytat z Matki Polki, pochodzący z komentarza pod moim postem:

Bardzo fajnie się chyba bawiłaś tym rymowaniem ;)? 
Nie pomyślałam, że i Ciebie to spotyka- przykłada rodzina, grzeczne i mądre dzieci, piękny dom, stabilizacja... Co musi spotykać takie zwykłe rodziny z blokowiska, cisnące się w ciasnych mieszkaniach, którym ledwo ( a czasem może tylko " prawie") starcza do pierwszego? Jak to zmienić? Jak sprawić, by na ulicy patrzono przyjaźnie na mamę z kilkorgiem dzieci? Jak zrobić, by po przyjściu do pizzerii obsługa szybciutko złożyła dwa stoliki a nie dywagowala publicznie co tu zrobić z taaaką rodziną? Co zrobić by, gdy coś nam nie wychodzi, czegoś nie możemy załatwić, bo np. jedno z młodszych dzieci jest chore i trzeba siedzieć w domu, ludzie nie mówili "chciała to ma! Co mnie to obchodzi! Niech sobie radzi! Niech opiekunki wynajmuje! Teraz będzie bogaczką, bo ile ona dostanie kasy na te wszystkie dzieci??? A już nie daj Boże jak jakieś dziecko zaburzenia ma, źle się zachowuje, albo Asperger czy ADHD- patologia od razu. Albo o: moje znajome wielomatki w życiu nie przyznają się publicznie, że są zmęczone, rozdrażnione ( młodym matkom z jedntm- dwojgiem dzieci to wypada, jest zrozumiałe), bo im nie wolno. Kupują często dzieciom ubrania droższe niż powinny, bo czują, że muszą się pokazać. Ciągle czują presję, że muszą coś komuś udowadniać. To nie jest fajne. A wystarczyłoby, by wielodzietnych traktować ( nie, nie, nawet nie w sposób uprzywilejowany, lepszy) tak jak całą resztę 






Jakoś ostatnimi czasy nie mogę odczepić się od tematu wielodzietności...Przyczynia się do tego przede wszystkim osławiona akcja 500+, tudzież emocje jakie jej towarzyszą. Ale nie tylko.
Komentarz Matki Polki stał się iskrą zapalną...
Postanowiłam rozprawić się - w pewnym sensie - z najczęściej pojawiającymi się stereotypami odnośnie rodzin wielodzietnych.
Po pierwsze - pieniądze.
Jest niewątpliwie prawdą, że większość rodzin wielodzietnych z trudnością łączy koniec z końcem. Prawdą jest też, że na wiele rzeczy ich nie stać, jednak  rodziny te nie chodzą nagie ani głodne, nie gnieżdżą się też w kartonach pod mostem. Wielodzietni ojcowie są arcymistrzami w zarabianiu pieniędzy na tysiąc jeden sposobów - pracują na etacie, biorą wszelkie zlecenia, zakładają własne firmy, umizgują się do potencjalnych klientów tudzież pracodawców, kręcą piruety przed każdym, kto może być źródłem jakiegokolwiek uczciwego zarobku (uczciwego pod każdym względem...) Wielodzietne mamy na ogół nie pracują zawodowo, chociaż wiele z nich dorabia do wspólnej kasy, jak tylko jest to możliwe. Na szczęście, w większości przypadków, dzieci nie pojawiają się jednocześnie, ale stopniowo, co też w pewien sposób pozwala rozłożyć przynajmniej koszty dzieciowego wyposażenia, typu wózek, ubrania, zabawki itepe itede. 
Jeśli idzie o niemowlaki, to, że się tak kolokwialnie wyrażę, one dosłownie leją na pieniądze. Niestety, albo stety, żyjemy w świecie pieluch jednorazowych - i jak to zwykle bywa w życiu, za wygodę trzeba słono płacić. Kiedyś wyliczyliśmy ile pieniędzy zasiusiały nasze dzieci - i była to kwota tak astronomiczna, że zrobiło mi się od niej słabo. Na szczęście już jej nie pamiętam, zadziałał mechanizm wyparcia...
Największe koszty w dużych rodzinach generuje jedzenie, lekarstwa, tak zwana chemia domowa i edukacja.  W Dużym Domu, przy siedmiorgu nieustannie jedzących osobach, z których większość jest uczulona na wiele rzeczy, na żywność tygodniowo wydajemy kilkaset złotych i nie są to produkty delikatesowe....Jedno sojowe mleko kosztuje około 7 złotych...Ile kasy zostawia się w aptecznym okienku, już nawet nie liczę. Ilość papieru toaletowego, jaką zużywamy z pewnością wystarczyłaby do owinięcia globu, i to kilkakrotnie. Przy kilku córeczkach weszniętych, że tak powiem, w wiek rozrodczy, kupowane sanitariaty liczy się już nie na kilogramy, ale na tony...
O kosztach edukacji pisałam już kilkakrotnie, między innymi dlatego zdecydowaliśmy się na kształcenie domowe. Ponieważ mamy fanaberię, aby nasze dzieci były wszechstronnie wykształcone, kupujemy książki. Cena porządnie wydanej książki waha się od 40 do 70 złotych...Dodajmy do tego czasopisma i filmy - i sumy robią się naprawdę niezłe. 
Najmniej wydaje się na ubrania, tak naprawdę to wydatek sezonowy.
Co roku pojawia się temat wakacji i ferii i co roku jest tak samo bolesny. Zawsze szuka się opcji jak najtańszych, a i tak kosztują one grube tysiące...Pocieszam się, że w podróż dookoła świata wybiorę się po zmartwychwstaniu...Wszystko będzie w zasięgu moich skrzydeł, a co!
Jednak efekt wychowania dzieci w dyscyplinie finansowej jest naprawdę znakomity. Dzieciaki znaja wartość pieniądza, mają marzenia i uczą się na nie czekać odkładając pieniądze; wcześnie też zaczynają na siebie zarabiać...Przed nimi całe życie, jeszcze się nacieszą wyjazdami za granicę i najnowszymi gadżetami, a może nawet wyścigowymi samochodami.
Z pewnością ulgi podatkowe w rodzinach wielodzietnych byłyby wspaniałą rzeczą. Dlaczego rodzice płacą takie same podatki jak single, jest dla mnie nie do pojęcia. W czasie płacenia podatków nabieram mentalności anarchistycznej, a chwilami nawet terrorystycznej... To dzietni i wielodzietni napędzają koniunkturę, a nie młodzi, wykształceni, z większych ośrodków i bezpotomni. Cieszy propozycja 500+, bo chociaż dla mnie jest już po tak zwanych ptokach (dostaniemy tylko na najmłodsze dziecko...), to jest to pierwsze poważne przymierzenie się do polityki prorodzinnej, takiej  z prawdziwego zdarzenia. Pewnie, wiele jeszcze temu programowi brakuje do doskonałości, ale - jak to mówią - od czegoś trzeba zacząć.
Tak więc wydaje się, że wszystko jest kwestią priorytetów i wartości. Chociaż marzę o tym, żeby raz w życiu o pieniądzach nie myśleć...




Po drugie - jak sobie radzić z tyloma dziećmi?
Ja zadaję to pytanie, kiedy słyszę, że komuś urodziły się pięcioraczki...Bo zwyke jednak, dzieci rodzą się w pojedynkę, a czasem w parkach...Warunki się adaptują, człowiek się usprawnia...Przy tym muszę zaznaczyć, że kilkoro dzieci bawi się samo, co daje ich mamusi tak potrzebną chwilę wytchnienia. Poza tym dzieci w gromadzie łatwiej się usamodzielniają, są mniej wymagająca a bardziej pro społeczne, lepiej się też komunikują z otoczeniem. Co ja zresztą piszę, to przecież wszyscy wiedzą.
Pewnie, że są momenty kryzysowe. Na przykład wszystkie dzieci naraz chorują obłożnie i każde ma antybiotyk rozpisany na inną godzinę...a do tego nebulizacja...a jeszcze któreś, excuse le mot, rzyga, i trzeba delikwenta przebrać razem z pościelą i materacem....a w kuchni coś się przypala...a pralka piszczy, że uprała...a mąż akurat dzwoni z pytaniem, czy wszystko w porządku i gryziesz go wściekle przez telefon....i tak dalej w ten deseń.
Tak, rodzice wielodzietni bywają zmęczeni, nawet bardzo. Bywają też sfrustrowani oraz wściekli... Ale, przepraszam uprzejmie, czy ludzie bezdzietni nie bywają zmęczeni, i to bardzo? Frustarcja i złość nie zdarzają im się nigdy w życiu, oni po prostu płyną przez życie łagodni i delikatni, jak garść pierza na wietrze...
Akurat.
Tak naprawdę najtrudniejszą rzeczą dla wielodzietnych jest tak podzielić czas, aby starczyło go sprawiedliwie dla wszystkich dzieci. Każe dziecko potrzebuje specjalnego czasu z mamą i tatą i tę potrzebę koniecznie trzeba zaspokoić. Wymaga to niezłej ekwilibrystyki, gimnastyki, inwencji, spontaniczności oraz rozciągania doby na kolejne godziny, ale opłaca się to stokrotnie. Dziecko nieznośne, rozkapryszone i kłótliwe, po randce z mamą lub tatą zmienia się natychmiast w anioła dobroci i pokoju. 
  Tak więc - Alleluja i do przodu!



Po trzecie - matki wielodzietne to obwisłe babiszony z tłustymi włosami.
W tym miejscu uprzejmie odsyłam do swojego zeszłorocznego wpisu Tam powiedziałam wszystko na ten temat. Howgh. Poniżej selfik dumnej matki wielodzietnej...na trzy tygodnie przed porodem (anno domini 2011)


Dlaczego od wielu lat w Polsce panuje taki klimat antynatalistyczny? Pewnie jest on owocem wojny i nieustannych powojennych kryzysów gospodarczych...Nie bez winy są też mieszkania w blokach, w jakich większość z nas się wychowała, a które były szczytem marzeń naszych udręczonych rodziców. Mieszkałam z czwórką małych dzieci na 46 metrach, ze ślepą kuchnią, na trzecim piętrze bez windy, za to z kręconymi schodami...Mój kręgosłup wspomina to do dzisiaj...
Jesteśmy tak naprawdę pierwszym pokoleniem rodzin wielodzietnych w Polsce. To my tworzymy wzorce, które przejmą nasze dzieci. Ożywiamy stare tradycje, odkurzamy dawne rytuały,  kosztem wielu wyrzeczeń budujemy rodzinne domy. Jeśli nie wywalczymy teraz sensownej polityki prorodzinnej, naszym dzieciom będzie tak samo trudno, jak nam.
Nie musimy niczego udowadniać.

Mamy wspaniałe rodziny, cudowne dzieci.
Realizujemy nasze powołanie, dzielimy się miłością, którą mamy; dzielimy się naszą radością i nadzieją.
Nigdy nie staniemy się zgorzkaniałymi dziadkami, nie pozwolą nam na to nasze dzieci i wnuki. Nasze domy będą bezustannie wypełnione śmiechem i gwarem najbliższych. Nie zamieniłabym tej radości na żadną wyprawę życia dookoła świata, ani tym bardziej na najnowsze gadżety elektroniczne. 
Jesteśmy specjalistami od życia. Jesteśmy odważni i dumni. Płyniemy pod prąd opinii, strząsając z siebie niewybredne żarty i docinki.
Wiecie co?
Warto było!



Ps. A propos pizzerii, o której wspomniała Matka Polka. Wiele lat temu, kiedy jeszcze nasze dzieci były małe, zjechaliśmy do ulubionego Krakowa. Po długim łażeniu wylądowaliśmy w jakiejś pizzerii i zasiedliśmy przy największym stoliku. Pan kelner pojawił się natychmiast, fachowym rzutem oka ocenił klientów (rodzice, kilkoro dzieci, jedno w wózku) i odezwał się do nas...po angielsku! Odpowiedzieliśmy mu po angielsku, że my Polacy i śmiało może porozumieć się z nami w języku ojczystym. Pan był naprawdę mocno zdziwiony, widocznie pierwszy raz w życiu zobaczył wielodzietność made in Poland...



Wnusio Benio w trzydziestym tygodniu...Ech, pierwszą ciążę da się zauważyć dopiero około porodu...




poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wydanie specjalne medyczne. Z pamiętnika przyszłej położnej.



Wstęp

Niniejszym wyjaśniam, że autorką poniższych wynurzeń jest drugorodna córka Mamy Z Dużego Domu, czyli Marysia...
Wszystkich, którzy mogli byli odnieść wrażenie, że to Mama z DD w swoim zaawansowanym wieku wybrała studia na WUM serdecznie pozdrawiam i dziękuję za wiarę w Mamy nieograniczone możliwości...
****
Ostatnio zastanawiałam się, co to znaczy, tak w praktyce, studiować na medycynie. Mam tu na myśli medycynę jako zbiór wszystkiego, czego naucza zacna moja Alma Mater, czyli znany i lubiany Warszawski Uniwersytet Medyczny. Tak jest, medycyna to nie tylko lekarski. Medycyna to również – exempli gratia – położnictwo.

Oto kilka rzeczy, które – zapewne dość przypadkowo – kojarzą mi się z czasem spędzanym w zacnych murach przy Trojdena.




Primo – w każdy poniedziałek rano budzisz się z przeświadczeniem, że na pewno nie wyprasowałaś mundurka. I GDZIE do jasnej … są twoje białe buty?! Przecież wczoraj wieczorem położyłaś je dokładnie w tym miejscu. A nie, jednak są. W plecaku (wieczorem stwierdziłaś, że rano na pewno o nich zapomnisz. Bingo.). W tenże poniedziałek od rana (z przerwami) popylasz w nieskazitelnie (szpitalnie! HA) białym mundurku. I w białych butach. I ze związanymi włosami. Od rana uczysz się o tym, jak przebiega poród, jakie są korzyści z pozycji wertykalnych dla dziecka w I i II okresie porodu, oraz co to jest staza i dlaczego trzeba igłę przekręcać ścięciem do podziałki kiedy pobiera się krew.
Na marginesie - uwielbiam to. ;)




Secundo – w każdej pracowni czyhają na ciebie fantomy. Czy to cierpliwa pani Magda z oberwaną peruką znosząca pięćdziesiąt cewnikowań dziennie, czy to fantom do symulacji przebiegu porodu z kroczem wykonanym precyzyjnie na szydełku, czy też ręka pakera z żyłami na wierzchu, żeby przerażone studentki mogły się nauczyć dobrze wkłuwać.





Tertio – anatomia. Generalnie rzadko zdarzają się osoby odnoszące się do niej obojętnie. W tym przypadku popada się w jedną lub drugą skrajność – kochasz lub nienawidzisz. Ja się skłaniam ku temu pierwszemu. Na wykłady chodzę dla czystej przyjemności – no i dowcipów prowadzącego, hihi.


Quatro – czytelnia. Od 5 października (pierwszy dzień zajęć) spędzam w niej połowę życia. Najbardziej podoba mi się to, że mogę wziąć z półki książkę o dowolnej tematyce medycznej – czy to nieśmiertelnego Bręborowicza („Położnictwo”), czy atlas anatomiczny Nettera (mój ulubiony, wraz z kolorowanką), czy też „Fizjoterapię w ortopedii” (z czystej, nieskalanej ciekawości :D).

Quinto – pomimo tego, że zbliża się miliard zaliczeń, w tym biochemia, z którą jesteś – hmm – na bakier, nie możesz doczekać się praktyk. I wtedy zapomnisz o męce nad mikroskopem na parazytologii, za mocno grzejących kaloryferach na genetyce i o tym, że jak jesteś starostą roku to ktoś ciągle coś od ciebie chce. Bo wreszcie zobaczysz JAK TO JEST pracować na sali porodowej.

Nie mogę się doczekać.



Gościnnie wystąpiła Panna Maria. Proszę o aplauz :)))

PS. Marysia w nauce korzysta z aplikacji z modelem antomicznym. Tomasz nie odstępuje jej na krok.

T: Marysia, a on ma mózg?
Ja: No ma. (pokazuję)
T: A możemy go pokroić? Bo ja chcę pokroić mu mózg na kawałki i zobaczyć go w środku!
... 
Nie zawiódł się. Można było przekroić na pół. 

T: Marysia, ja bendem panem położnym.
CDN.



środa, 13 stycznia 2016

Między nami



Między nami, po ulicy
Pojedynczo i grupkami
Snują się ci wielodzietni
Z dzieciakami
I z torbami, z plecakami,
I z wózkami, z rowerkami
Itede, itepe,
Itede 
Patologia, nic innego,
Ledwo starcza do pierwszego,
I nie dla nich devolaje
I Paryże i Szanghaje,
Itede, itepe,
Itede 
Dzieci mają obszarpane,
W sekendhendach ubierane,
I nie dla nich komputery
I tablety
I bajery,
Itede, itepe,
Itede 
Taty łyse, mamy grube,
Siedzą w garach zamiast w pubie,
Jak zakupy to w dyskoncie,
Jak wakacje to na łące
Itede, itepe,
Itede 
Życie mają brudnoszare,
Wymęczeni, rozżaleni,
Już nie dla nich te romanse,
Te bukiety i awanse,
Itede, itepe,
Itede 
Przesiadują wciąż w kościele,
I w tygodniu i w niedziele,
Formatują swoje dzieci
Pewnie im tak ksiądz polecił...
Itede, itepe,
Itede 
Mnożą się wciąż jak króliki,
To jest popęd jakiś dziki,
Są od dawna już sposoby
Żeby robić i nie zrobić...
Itepe, itede,
Itepe 
Więc dlaczego są szczęśliwi,
Uśmiechnięci, wniebowzięci,
Czemu życie wciąż ich kręci,
A mnie nie
Itepe, itede,
itepe

Z czułą dedykacją dla wszystkich, którym wciąż muszę się tłumaczyć ze swojego życia.

Ps. Tak, natchnęła mnie piosenka Agnieszki Osieckiej "Okularnicy"