środa, 23 marca 2016

Wielki Tydzień





Wielki Tydzień.
Cudowny, a jednocześnie bardzo trudny.
Jak pogodzić trwanie przy Krzyżu z dziecięcą zachwyconą ciekawością, która każe zaglądać przez przymknięte jeszcze drzwi Wielkanocnej radosnej chwały...
Jak wyrazić wdzięczność za nowe życie, które pobłogosławiło naszą rodzinę u progu wiosny, u progu Zmartwychwstania?
Jak podziękować za wszystkie trudności i niespodziewane cierpienia, które obnażają nasz brak ufności w Jego opiekuńczą miłość do nas, a które w tym samym czasie tak nas do Niego zbliżają?
Jak podziękować za Kościół, który przez liturgię Triduum daje nam szansę zstąpienia do korzeni chrześcijaństwa, niezwykłego doświadczenia ciągłości i mocy naszej wiary?
Nie ma takiego cierpienia, które nie kończyłoby się Zmartwychwstaniem.
Każdy krzyż staje się Bramą zbawienia.
Nie rozumiemy dlaczego tak jest - ale wiemy jedno.
On zmartwychwstał.
Prawdziwie zmartwychwstał.






To jest pieśń, która towarzyszyła mi przez cały tegoroczny Wielki Post. To jedna z najpiękniejszych pieśni dominikańskich, jakie kiedykolwiek powstały. Niech wprowadzi was w tajemnicę Paschy.
















poniedziałek, 21 marca 2016

Beniamin Józef



Mały wędrowiec pojawił się wreszcie na świecie. Przebył długą drogę, wezwany gdzieś z głębi wieczności, zaklęty w niewielkie nasionko, które ogrzane miłością swoich Rodziców, wykiełkowało i wyrosło na w pełni uformowaną istotę ludzką. Maleńki człowiek, maleńki cud. Jeszcze jest ciągle szkicem, mapą konturową, która z każdym dniem będzie nabierała nowych barw i odcieni. Maleńkie, zapuchnięte oczka otworzą się i nastawią - oby widziały tylko piękno tego świata; oby umiały też patrzeć ponad to, co oczywiste i umiały dostrzec to, co jest ponad - i głębiej - i dalej.
Nieme jeszcze usteczka pewnego dnia wypowiedzą pierwsze słowa, pierwsze samodzielne zdania - niech to, co będzie mówił sprawi, że ludzie będą się stawać lepsi; niech zawsze mówi prawdę, choćby najtrudniejszą.
Oby nogi niosły go przez świat pewnie i bezpiecznie, a ręce były chętne do pracy i pomocy tym, którzy jej potrzebują.
Niech jego uszy potrafią słuchać; niech będą czujne i uważne, bo najciszej wołają ci, którzy są najmniejsi i najbardziej potrzebujący.
Niech będzie mądrym człowiekiem, mądrym nie tylko wiedzą akademicką, ale także mądrością serca, która przychodzi tylko do tych, którzy jej szukają.
Niech będzie dobry.
Oby u kresu jego drogi otaczała go ta sama miłość, która wyznaczyła jej początek.
Witaj na świecie, Maleńki.






piątek, 18 marca 2016

Credo




Znalazłam w sieci, o tutaj, tekst, który bardzo mnie poruszył. Nazywa się "The Housewife's Creed", co można przetłumaczyć jako "Credo pani domu". Myślę, że kobiety, które wybierają macierzyństwo kosztem pracy zawodowej; które dbają o dom - i nie mam tu na myśli wyłącznie prania i gotowania; które ponadto decydują się na większą gromadkę dzieci niż przewidują to normy unijne - są najbardziej dyskryminowaną, niedocenianą i wyszydzaną grupą społeczną w Polsce.
Wyzywa się nas od kur domowych, dzieciorobów i bezmózgowców; poddaje się w wątpliwość stan naszego umysłu, kwestionuje poziom inteligencji oraz kwalifikacji zawodowych. Wmawia się nam mentalność menela i przeróżne nałogi, z alkoholowym na czele. Kwestionuje się naszą zdolność do wychowania dzieci i traktuje podejrzliwie w każdym szpitalu, tak na wszelki wypadek. 
Nie macie tego dosyć?
Bo ja tak.
Czytajcie i powielajcie.







Wierzę,

że rola żony i matki jest najtrudniejszą, najbardziej wymagającą i najszlachetniejszą pracą na świecie

Wierzę,

że moja stała i wierna obecność w domu, jest fundamentem, na którym mogą wzrastać moje dzieci - i mój mąż

Wierzę,

że macierzyństwo w najpełniejszy sposób służy mojemu rozwojowi jako osoby, jako kobiety i jako obywatela. Wychowując swoje dzieci na odpowiedzialnych, samodzielnych i dobrych ludzi, a także trwając u boku mojego męża niezależnie od różnych sytuacji życiowych, przyczyniam się do rozwoju społeczeństwa i kraju.

Wierzę, 

że warto przekazywać moim dzieciom tradycje i umiejętności, jakie przekazali mi moi rodzice i dziadkowie. Właśnie w ten sposób nie tylko budujemy ciągłość między pokoleniami, ale także ocalamy naszą pamięć i tożsamość.

Wierzę,

że atmosfera mojego domu wywiera kluczowy wpływ na zdrowie, nastrój oraz zachowanie wszystkich domowników, dlatego dokładam wszelkich starań, żeby był on miejscem do którego miło jest wracać; aby był piękny, jasny, czysty i wesoły.

Wierzę,

że dom staje się prawdziwym domem rodzinnym tylko wtedy, kiedy każdy z jego mieszkańców jest bezwarunkowo akceptowany, kochany i szanowany. Moim zadaniem jest sprawić, aby każdy z członków mojej rodziny tak właśnie się czuł.

Wierzę,

że służba mojej rodzinie jest powołaniem, z którego mogę być dumna.








czwartek, 10 marca 2016

Jak rodzi się babcia



Za lat pięćdziesiąt siądzie przy fortepianie 
(będzie miała wówczas wiosen siedemdziesiąt cztery) 
babcia, co nosiła jumpery 
i przeżyła wielką wojnę nudną niesłychanie. 
Babcia, za której czasów jeździły tramwaje, 
Samolot pierwszych kroków uczył się po niebie, 
A ludzie przez telefon mówili do siebie, 
Nie widząc się nawzajem. 
Babcia pamiętająca Krakusa i Wandę, 
A w każdym razie Piłsudskiego i Focha, 
Która się upajała jazz-bandem i odbierała listy od listonosza, 
Której młodość zeszła marnie, bez kikimobilu, 
Biofonu, wirocyklu i astrodaktylu, 
Wpatrzona w film swój zblakły z uśmiechem tęsknoty, 
Zagra na fortepianie staroświeckie fokstroty. 
Zawsze lubiłam ten wiersz Marii Jasnorzewskiej. Zabawnie było myśleć sobie, że kiedyś - kiedyś zostanie się babcią, a najnowocześniejsze wynalazki czy gadżety, przejdą do historii. Wiedziało się o tym, ale się w to nie wierzyło. No bo jak to? Przecież ja -JA - jestem niezmienna. To inni się starzeją, siwieją, grubną i łysieją...To moi rodzice, wujkowie i ciotki mają po pięćdziesiąt lat, a nie ja. Ja na zawsze zostanę młoda, prawda?
No, niestety, nie do końca - i nas nadgryza ostry ząbek czasu. 
Starość nas zaskakuje, tak jak zima drogowców. Wchodzi w nasze odwieczne przyzwyczajenia, plany, projekty i wszystko psuje. Bo nie dajemy rady. Bo nasze ciało nie nadąża. Bo musimy nieco zwolnić obroty.
Dużo o tym myślę ostatnio, nie tylko z powodu oczekiwanego lada dzień lądowania Benia po naszej stronie życia. 
Jak mamy się odnaleźć w naszej starości, skąd czerpać wzorce, kogo pytać o drogę?
Nasza kultura młodości, plastikowego piękna i sprawności fizycznej nade wszystko, raczej nam nie pomaga. Nasze babcie już dawno odeszły, a mamy niekoniecznie dobrze odnajdywały się w roli babć. Na szczęście istnieje w literaturze babcia aeterna, czyli pani Mila Borejko, a także sama pani Musierowicz, które rzucają spory snop pozytywnego światła na tę sferę życia. No i byłabym zapomniała o ukochanej Miss Marple, siwej, drobnej i kruchej, ale jednocześnie twardej i ostrej jak szydełko, którym nieustannie dziergała setki niemowlęcych sweterków i czapeczek...
Tak, powieściowe babcie, to może być dobry trop na dobry początek tworzenia swojego idealnego archetypu babci.
Z dzieciństwa pamiętam Babunię Milunię z "Królestwa Bajki" Ewy Szelburg-Zarębiny, w niezrównanej interpretacji ilustratorskiej Marii Orłowskiej-Gabryś. Marzyłam o tym, żeby mieć taką babcię...Babcię - czarodziejkę, babcię - przewodniczkę do świata baśni. Uroczo siwą, w pięknym czepeczku i prześlicznej sukni; posiadaczkę tajemniczej szafy z tajemniczą księgą oraz właścicielkę zawrotnie pachnącej spiżarni; znającą wszystkie sekrety świata. 



Babunia - Milunia była to najmilsza na świecie staruszeczka. Twarz jej, uśmiechająca się spod szerokich falban białego, rurkowanego czepca, choć pomarszczona, rumiana była jak jabłuszko, a przezroczyste stare ręce, pełne pieszczot, zawsze były w pogotowiu do wyciągania łakoci z przepastnych kieszeni fiołkowej, suto marszczonej sukni, od której paska zwieszał się dzwoniący - brzęczący pęk kluczy - ulubiona zabawka Boba.

Ojej, aż mnie zakłuła tęsknota za dzieciństwem...w którym wszystko było baśniowe i oczywiste jednocześnie; które było zaludnione postaciami z ulubionych książek - a każda z nich na wyciągnięcie pełnej marzeń dłoni.
Ach, porównanie Babuni - Miluni ze współczesnymi starszymi paniami, obleczonymi w elastyczne legginsy do kolan i w obcisłe tiszerty z nadrukiem I love Paris - wypada zdecydowanie na korzyść Babuni. Prawdopodobnie legginsowe babcie są równie miłe i kochane przez swoje wnuki, jak ich baśniowy odpowiednik, ale ta różnica w zachowaniu i wyglądzie!
Inne babcie teraz rządzą. 
A jaką babcią ja mam być?







Taki model babciostwa chyba mi nie odpowiada, chociaż podziwiam formę, poczucie humoru i dystans do siebie.


O, taki look zdecydowanie jest bliższy memu sercu. Mogłabym tak wyglądać jako babcia, he he he.
Jednak najbliżej mi chyba do tego wzorca:



Tak, zdecydowanie odnajduję cząstkę siebie w tej babci. 
Nie dla nas rurkowane czepeczki i suto marszczone suknie. Jednak policzki jak jabłuszka i srebrzyste włosy są opcją jak najbardziej wybieralną...kiedyś. 
Mogę nie wyglądać jak Babunia - Milunia, mogę nosić spodnie i swetry oversize ( takie uwielbiam), ale mogę mieć w sobie jej ducha! Mogę być dla swoich wnuków bramą do Królestwa Baśni, ale też pewnym drogowskazem w tym pokręconym świecie. Mogę nazywać zło złem, a dobro dobrem; uczyć, że warto być prawym, chociaż to nie zawsze popłaca i że raz utracony honor trudno jest odzyskać. Przede wszystkim zaś mogę im pokazać tę najpiękniejszą Księgę, najpierwszą ze wszystkich ksiąg, Tą, od której wszystko się zaczęło...i która obiecuje, że cokolwiek się z nami po drodze stanie, na końcu i tak czeka nas prawdziwy Happy End.
Chciałabym, żeby moje dzieci i wnuki były pewne, że - podobnie jak książkowi Jaś, Staś, Barbarka i Bobo - "jakkolwiek by nie szły, zawsze na końcu ich drogi znajdzie się niziutki, bielutki domeczek Babuni - Miluni".
Tak. A poza tym Przygotowywanie łakoci dla wnuków, chomikowanie czekolad z orzechami oraz wypiekanie szarlotek i bułeczek z cynamonem, jest z pewnością jednym z najpiękniejszych aspektów babciostwa.
Nie mogę się doczekać.
Beniu, przybywaj!








wtorek, 1 marca 2016

Wielokuchnia



Mama z Dużego Domu została zaproszona do przemiłej kuchni telewizji Salve. Zaprosiła ją tam Agata Puścikowska, świetna dziennikarka, pisarka, kucharka oraz mama licznej dziatwy. Agata jest kobietą renesansu, istną Aspazją z Miletu: piękną, wszechstronnie utalentowaną oraz nieziemsko zorganizowaną. Nie tylko pisze cotygodniowe felietony do Gościa Niedzielnego, ale także tworzy doskonałe reportaże oraz książki ( świetne "I co my z tego Mamy" z Dominiką Figurską oraz "Wielokuchnia. Przepisy na rodzinne gotowanie" ) oraz wychowuje pięcioro dzieci, które wymagają od mamy nie tylko prostego wiktu i opierunku, ale równnież wymyślnych ciast tudzież tortów urodzinowych... To domowe gotowanie stało się właśnie inspiracją do napisania "Wielokuchni", książki poniekąd o gotowaniu, a tak naprawdę o celebrowaniu codziennego rodzinnego życia.
Telewizja Salve postanowiła przenieść Wielokuchnię na szklany ekran, w postaci cyklicznego programu kucharsko - gawędziarskiego.
Sami popatrzcie!



piątek, 26 lutego 2016

Babski wieczór


Jeśli to prawda, że kapelusz stanowi 75 procent prawdziwego mężczyzny, to w dobie, w której żyjemy, a w której kapelusze niemal zanikły w procesie ewolucji, przeciętna kobieta poślubia zaledwie 25 procent mężczyzny... Znam osobiście jedynie dwóch mężczyzn noszących kapelusze - jeden z nich jest uczonym paleontologiem (!!! acha! ewolucja, wykopaliska, skamieliny...), a drugi moim zięciem... Odetchnęłam z ulgą, mamy przynajmniej jedno pełne 100 procent mężczyzny na rodzinę, to już coś...



Ostatni mój wpis wywołał falę resentymentu wśród różnych znajomych żon. Jednogłośnie zażądały odnalezienia katalogu cnót mężowskich, zamieszenia go na łamach, a one już zastosują go w praktyce...
No cóż, katalogu nie znalazłam, ale dobrą radę, owszem. Bardzo proszę, oto ona:


Drogi mężczyzno! Jeśli twoja żona oznajmia - A rób sobie, co chcesz! Lub, co gorsza - To już sam zdecyduj!  Pamiętaj - NIGDY nie próbuj robić, co chcesz, a już zwłaszcza NIGDY, ale to NIGDY, pod żadnym pozorem nie podejmuj SAM żadnej decyzji. Jeśli oczywiście miłe ci jest własne życie...


Mężczyzna jaki jest, każdy widzi. Czasem trudno z nim wytrzymać, ale wytrzymać bez niego - jeszcze trudniej. Zalewa cię krew, kiedy po raz pięćdziesiąty ósmy w tym tygodniu, wygarniasz jego skarpetki spod fotela w pryncypialnym pokoju, a jednak kiedy wyjeżdża na dłużej, z trudem powstrzymujesz się, żeby nie rozrzucać tych skarpetek własną ręką,  żeby było przytulniej...
To naprawdę niezwykłe, że dwie tak przeciwstawne osobowości tak bardzo się przyciągają. 
Na przykład, kiedy trzy kobiety idą razem na kawę i plotki, a nazywają się na przykład Marysia, Ewa i Monika, w ten właśnie sposób do siebie się zwracają. Kiedy natomiast spotyka się trzech facetów, to chociaż każdy z nich ma jakieś fajne imię (powiedzmy, Robert, Andrzej i Jacek), to jeden z nich staje się Robsonem, drugi Łysym a trzeci Skuterem. Mało tego, kiedy dosiada się do nich ktoś nowy, przedstawiają mu się właśnie jako Łysy, Robson i Skuter..
Albo weźmy łazienkę. Typowy mężczyzna trzyma w łazience sześć rzeczy: mydło (koniecznie w kostce!), pastę i szczoteczkę do zębów, ręcznik, szampon i golitko.
Natomiast typowa kobieta potrzebuje do pełnej toalety około 337 przedmiotów, z czego jej mąż jest w stanie rozpoznać bez pudła tylko ręcznik...
Wiadomo, że w każdej kłótni to kobieta ma ostatnie słowo. Cokolwiek powie facet, to staje się zarzewiem nowej kłótni.... I tak dalej.
Najgorsze jest to, że mężczyzna kładąc się spać i wstając rano wygląda zawsze tak samo przystojnie, a jego  potargane włosy dodają mu jeszcze uroku, zaś nawet najpiękniejsza kobieta świata kiedy o poranku wstaje z łóżka, wygląda jakby jej twarz była od niej starsza o dobre 10 lat.
Podobnie jest ze starością - facet to uroczy starszy pan, a kobieta to jakaś babcia. Popatrzcie choćby na Hana Solo i księżniczkę Leię - po latach. Taka prawda.
Podobno mężczyznę sukcesu można poznać po tym, że zarabia więcej niż jego żona jest w stanie wydać. Kobieta odnosi sukces, kiedy udaje jej się takiego męża znaleźć... Zresztą kobieta dopóty martwi się o przyszłość, dopóki nie wyjdzie za mąż - a mężczyzna nie martwi się o przyszłość, dopóki się nie ożeni. No właśnie.
A skoro już jesteśmy przy pieniądzach, to normalny mężczyzna jest w stanie wydać dwadzieścia złotych na przedmiot, który jest warty dziesięć złotych, ale który jest mu potrzebny. Dla odmiany każda bez wyjątku kobieta ochoczo da dziesięć złotych, za rzecz wartą dwadzieścia złotych, której w ogóle nie potrzebuje, ale która jest na wyprzedaży...
Mamy po prostu zupełnie inne mózgi. 

 


Czy więc w ogóle da się razem żyć i nie tylko nie pozabijać się nawzajem, ale wręcz rozkwitać we wzajemnej obecności?
Otóż wspólnym wysiłkiem rządu i społeczeństwa - można.
Po pierwsze - ustalamy, że naszym absolutnie priorytetowym priorytetem jest wspólnie spędzony czas - bez dzieci i innych rozpraszaczy. Małżeństwo nie pociągnie długo na automatycznym pilocie, musicie obydwoje usiąść za sterami. Każdego wieczora wyłączamy telefony oraz komputery i w zamian za to patrzymy sobie czule w oczy i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Kolacja przy świecach jest wskazana. A raz na miesiąc - porządna randka.
Po drugie - dotykamy się przy każdej możliwej okazji. Nie chodzi tu o seks ( chociaż współżycie jest bardzo, bardzo ważne), ale o przytulanie się, trzymanie za ręce, pogłaskanie po plecach, żartobliwe kuksańce, przelotne pocałunki. Nic tak nie łączy serca męża i żony jak zwykły, prosty dotyk dłoni... Jeśli jakieś małżeństwo doświadcza dotykowego głodu, powinno natychmiast sprawić, że wzajemna czułość fizyczna stanie się ich najważniejszym postanowieniem poprawy.
Po trzecie - staramy się mieć wspólne pasje i zainteresowania poza dziećmi. Czy to możliwe? Ależ oczywiście! Nie chcemy pod koniec życia siedzieć w naszym opustoszałym gniazdku, pogrążeni w głębokiej depresji i niechęci do siebie. Szczęśliwe pary lubią mieć jakieś wspólne zainteresowania, szukają ich. Nigdy nie jest zbyt późno, aby zacząć.
Po czwarte - nigdy ze sobą nie walczymy. To znaczy - możemy się sprzeczać, kłócić, rzucać przedmiotami tudzież trzaskać drzwiami, ale nie walczymy ze sobą. Każda walka zakłada, że ktoś wygrywa, a drugi ktoś przegrywa. Jako małżeństwo dzielimy ten sam los - tak więc jeśli mój mąż jest przegrany, to ja również. Musimy spojrzeć na nasze kłótnie jako na sposobność do wspólnego wypracowania takiego rozwiązania, które pomoże nam obojgu wygrać. Aby to osiągnąć, powinniśmy w każdej, nawet najbardziej stresującej sytuacji, traktować się nawzajem z szacunkiem.
Po piąte - flirujemy tylko ze sobą, z nikim innym. Szczęśliwe małżeństwa nigdy nie przestają ze sobą flirtować i nigdy nie zaczynają flirtu z kimś obcym; zawsze szukają nowych sposobów na podtrzymanie i rozdmuchanie dawnego płomienia, osłaniając go jednocześnie przed najmniejszym przeciągiem... Taka wyłączność oznacza nieustanne czuwanie nad swoim wzrokiem, wyobraźnią, ciałem i emocjami. Nie szukajmy jakichś zewnętrznych fantazji, które wykluczałyby męża czy żonę. Jesteśmy tylko dla siebie.
Po szóste - mówimy sobie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Uczciwość małżeńska otwiera drzwi prawdziwej intymności. Każde zatajenie prawdy jest toksyczne dla naszego związku. Nie mamy miejsca na tajne hasła, tajne zakupy, sekretne esemesy czy ukryte motywy...Niech nasze małżeństwo szczyci się gwarancją braku tajności. Dożywotnią.
Po siódme - nie traktujmy naszego małżeństwa zbyt lekko - a siebie zbyt poważnie. Szczęśliwe pary mają poczucie humoru. Znają się na żartach. Potrafią wprowadzić nutę humoru nawet w najtrudniejsze momenty życia. Jednak patrzą z przymrużeniem oka tylko na siebie, ich związek nigdy nie jest przedmiotem kpin czy niewybrednych dowcipów. Nigdy nie wprowadzają do swojego słownika słowa "rozwód", nawet dla zabawy. Właśnie dlatego potrafią cieszyć się życiem i swoim małżeństwem tak, jak one na to zasługują.




A teraz nagroda dla wszystkich, którzy dotrwali do końca tego elaboratu: najłatwiejsza pizza w świecie, nic a nic się jej nie gniecie, a robi się w 10 minut.
Voila.
Bierzemy półtora kubka mąki samorosnącej lub zwykłej, ale wtedy dodajemy czubatą łyżeczkę proszku do pieczenia. Wsypujemy do misy robota, może być malakser. Do mąki dodajemy pół kubeczka wody, szczyptę soli i łyżkę oliwy z oliwek. Włączamy robota albo malakser i miksujemy około dwóch - trzech minut, aż powstanie kulka ciasta.
Z tej kulki rozwałkowujemy, najlepiej przy pomocy nieletniego dziecka, dwa placuszki.




Następnie smarujemy oliwą patelnię i kładziemy na niej jeden palcuszek. Smarujemy go sosem pomidorowym i kładziemy na wierzch co tylko nam w duszy łka.


Pod patelnią zapalmy gaz i pozwalamy, aby pizza podpiekała się chwilę na patelni. W tym czasie włączamy grill w piecyku i pozwalamy, aby się trochę rozgrzał.
Kiedy pizza już podpiekła się na patelni, co trwa około dwóch - trzech minut, wkładamy ją do piekarnika i grillujemy wierzch przez następne trzy minuty.



Kiedy serek się ładnie rozpuści, a szyneczka - czy co tam innego - ładnie zarumieni, wyjmujemy pizzę na talerz i z apetytem zjadamy. Jest naprawdę pyszna i chrupiąca.




A tu macie oryginał przepisu. Smacznego.









































środa, 17 lutego 2016

Rewolucja





Wstajesz rano i nastawiasz kawę w ekspresie. Czekając, aż dzbanek się napełni, przygotowujesz paczuszki z kanapkami dla męża i dzieci. Nakrywasz stół do śniadania - mleko, płatki, pieczywo, wędlina, kawa i herbata. Jeśli na dworze jest bardzo zimno, przygotowujesz coś ciepłego - racuchy, jajka albo zapiekane parówki. W tym czasie mąż i dzieci schodzą się w kuchni i wszyscy razem jecie śniadanie. 
Po śniadaniu twój mąż wyrusza do pracy, a ty wysyłasz dzieci, żeby pościeliły swoje łóżka, umyły zęby i ubrały do szkoły. Ubrania dla dzieci przygotowałaś poprzedniego wieczora, tak że teraz nie tracą czasu na szukanie, wybieranie i zastanawianie się, co założyć. Ty w tym czasie zajmujesz się maluchami i porządkujesz waszą sypialnię.
Kiedy wszyscy są gotowi, wyruszacie do szkoły. Starsze dzieci idą same, młodsze odprowadzasz ty. Nie spieszycie się, rozmawiacie, żartujecie. 
Słowa, ktore własnie przeczytaliście, są tłumaczeniem fragmentu posta z amerykańskiego bloga dla staroświeckich niepracujących żon, żyjących w dzisiejszym świecie. Cały blog pełen jest rad, jak postępować z mężem, jak uczyć dzieci dyscypliny, jak na bieżąco sprzątać dom, żeby nie tworzyły się zaległości...Czytałam to z rozbawieniem i niedowierzaniem, dopóki nie zerknęłam w komentarze. Młode i starsze żony i matki dziękowały autorce bloga za inspirację i zachętę, a także za pełen know-how jak tradycyjnie prowadzić dom. Tym wszystkim kobietom po prostu brakuje wzorców typowej, tradycyjnej kobiecości. Te rewolucje seksualne i inne obyczajowe kompletnie wyjałowiły współczesne kobiety z umiejętności, jakie kiedyś posiadała każda panna, mężatka czy wdowa. Powodowana ciekawością zajrzałam do innych blogów i portali spod hasła "fifties" i zostałam zalana pastelowymi kuchniami, sukienkami bombkami oraz dobrymi radami. 
Przejmująca jest ta tęsknota za dobrymi wzorcami; przejmujący jest fakt, że trzeba ich szukać w internecie...


Trafiłam między innymi na artykulik trzydziestoletniej dziennikarki, która podjęła wyzwanie od swojego nadredaktora, aby na tydzień stać się kobietą z lat pięćdziesiątych.
Okazało się, że dosłownie każdy z aspektów jej życia  (to znaczy tej dziennikarki) jest karykaturą kobiecości sprzed sześćdziesięciu lat. Autorka zaczęła wyzwanie od przemiany swojej powierzchowności - zrezygnowała z dżinsów i legginsów na rzecz sukienek (które pokutowały na dnie szafy). Poranna toaleta nieco się wydłużyła - staranny makijaż i fryzura mają swoje minimalne czasowe wymagania. Okazało się, że dopracowany wygląd nie tylko poprawia samopoczucie, ale też wprawia w podziw całe otoczenie, ze sprzedawczyniami Starbuniu włącznie.
Pierwsze podejście autorki do sprzątania a'la lata pięćdziesiąte było zarazem ostatnim...Okazało się, że w łazience są miejsca do których nigdy jeszcze nie dotarła szczotka ani mop, co sprzątającą kompletnie załamało i zniechęciło. Postanowiła po prostu zaakceptować pewien poziom brudu w swoim domu. Podobny los spotkał pranie - hałda czystych i wysuszonych rzeczy zległa na środku sypialni i już tam została.
Ponieważ pani dziennikarka nie gotuje, bo nie chce, postanowiła ograniczyć się do wykonania jakiegoś możliwie najprostszego ciasta z gotowej mieszanki. Życiowy partner autorki, na co dzień pełniący obowiązki domowego kuchennego kariatyda, pochwalił wypiek i zachęcił do następnych prób.
Wyzwanie nie ominęło też sfery intymnej - okazało się, że mężatki w latach pięćdziesiątych były zobowiązane do codziennego noszenia możliwie najlepszej bielizny, najlepiej koronkowej i w kolorze różowym....Autorka eksperymentu uznała ten fakt za wyjątkową perwersję, natomiast w sposób jak najbardziej zwyczajny i nie perwersyjny opisała swoje ulubione sposoby tak zwanego uprawiania seksu. A co.
Poradniki z tamtych czasów pełne są rad, jak sprawić, żeby twój mąż i reszta świata czuli się dobrze w twojej obecności; jak sprawić, żeby poczuli się dla ciebie ważni i wyjątkowi. W tym miejscu wyzwania, nasza dziennikarka uświadomiła sobie, że od kiedy zamieszkała ze swoim partnerem, zaczęła mu wymyślać i strasznie na niego zrzędzić. Prawdę mówiąc stała się niezłą  megierą...Jako dobre postanowienie po tym tygodniu powzięła myśl, że przestanie zrzędzić, bo to jednak niegrzeczne i wywołuje konflikty...
W każdym razie lata pięćdziesiąte dla pani autorki okazały się nieustannym "całowaniem cudzego tyłka", excuse le mot.
Zreasumujmy: kobieta, która na co dzień chodzi dosyć niechlujnie ubrana, zrzędzi i wrzeszczy na swojego partnera z byle powodu, nie gotuje i nie sprząta, a także starannie zabezpiecza przed ciążą i bachorami - czuje swoją wyższość nad "tamtymi" kobietami i cieszy się, że nie musi nosić różowych majtek...że ma wybór.
Z pewnością, swobodny wybór własnej drogi życiowej jest niekwestionowanym błogosławieństwem naszych czasów, ale, na litość Boską, dbałość o miły dom, posiadanie dzieci i - okej - uprzyjemnianie życia mężowi nie robi z kobiety niewolnicy! Flejtusze życie nie jest wolnością, jest po prostu - flejtuszeniem i tyle.
Potrzebujemy wzorców, map, kompasów pokazujących kierunek.
Znakiem czasów jest też bunt młodych dziewczyn wobec swobodnego sposobu życia kombatanek rewolucji seksualnej. Nazywa się to "the good girl revolution" (czyli bunt grzecznych dziewczynek) i obejmuje zarówno wstrzemięźliwość seksualną jak i sposoby ubierania...Furorę robią na przykład, tak zwane modest swimsuits, czyli zabudowane jednoczęściowe kostiumy kąpielowe. Wystarczy tę frazę wrzucić w wyszukiwarkę i wyskakują całe kolekcje cudownych kostiumów kąpielowych, niestety w niebywałych cenach...W Polsce można je znaleźć na przykład w Marks&Spencer, w niezwykle niskiej cenie (jak się okazuje...), bo już za 180 złotych...Wiem, bośmy obie z Marysią zainwestowały w takie cuda rok temu.
No tak.



To poczytajcie teraz, jak powinna zachowywać się dobra żona, anno domini 1950.
1. Miej gotowy obiad. Musisz planować menu dużo wcześniej, żeby nie spieszyć się i zdążyć z gotowaniem obiadu przed powrotem męża z pracy. Najlepiej przygotować sobie wszystko już poprzedniego wieczora. Mężczyzna jest głodny, kiedy wraca do domu, a oczekujący go ciepły posiłek jest dla niego najlepszym powitaniem.
2. (mój ulubiony fragment) Przed powrotem męża połóż się na kwadrans i odpocznij, abyś wyglądała świeżo i rześko.Popraw włosy i makijaż. Twój mąż wraca z pracy pełnej zmęczonych ludzi i dobrze mu zrobi widok wypoczętej żony. Postaraj się być wesoła i trochę zalotna, to z pewnością go uskrzydli. Potrzebuje tego po długim i żmudnym dniu w pracy.
3. Zanim mąż wróci do domu, przejdź przez mieszkanie, zbierając porozkładane książki, kredki i dziecięce zabawki. Przetrzyj szmatką meble. Twój mąż poczuje, że wszedł w progi jasnego, radosnego i uporządkowanego zakątka. Ciebie również to podniesie na duchu.
4. Przygotuj dzieci. Jeśli są małe umyj im buzie i rączki, a także uczesz włoski. Twój mąż uważa dzieci za swoje małe skarby, pomóż im odnaleźć się w tej roli.
5. Postaraj się, aby dzieci nie hałasowały; wyłącz pralkę i odkurzacz, wyeliminuj zbędny hałas.
6. Nie witaj go problemami, nie narzekaj, jeśli spóźnił się na obiad. Pomyśl sobie, jaki miał ciężki dzień w pracy - w porównaniu z jego problemami twoje naprawdę są prawie bez znaczenia.
7. Zaproponuj mu cos dobrego do picia. Zaoferuj wygodny fotel, albo zaproponuj krótką drzemkę. Popraw mu poduszkę i zdejmij buty, okryj go kocem. Pozwól, aby się odprężył i odpoczął.
8. Słuchaj uważnie tego, co ma ci do powiedzenia. Mów do niego cichym, miłym głosem.
9. Pamiętaj, że wieczór nalezy do niego. Nie narzekaj, że zbyt rzadko zabiera cię do restauracji, ale pomyśl, przez jakie stresy musi przechodzić w pracy. Być może najlepiej mu zrobi spokojny wieczór w rodzinnym gronie.

Ufff. Chyba mnie trochę zemdliło...Mam nadzieję, że ówcześni dżentelmeni otrzymywali podobne katalogi odnośnie żon....




Odrzucając pianę przesady, myślę, że można zaczerpnąć sporo inspiracji z tamtych czasów. Z pewnością życie było milsze i dużo bardziej uporządkowane...a także ładniejsze. Popularność książek Fannie Flagg, a także pastelowych lodówek Smeg, że nie wspomnę o prześlicznych naczyniach  Ib Laursena czy Green Gate...pokazuje, że za tym tęsknimy. Za mamą w domu. Za tatą wracającym z pracy o ludzkiej godzinie. Za bezpiecznymi powrotami ze szkoły, ze skakaniem po kałużach i łapaniem śniegu na język. Za kulturą w domu, zagrodzie i w mediach.
Vintage life. Czemu nie?