środa, 1 czerwca 2016

Rekrutacja





Ktoś ostatnio wrzucił na fejsbuka ogłoszenie, że praca szuka człowieka. Pewna fundacja poszukuje specjalisty od wizerunku, kontaktu z mediami i takich tam innych, wiadomo. Powodowana zdrową ciekawością, Mama zajrzała do tego ogłoszenia - pachniało tak ładnie wielkim światem, perfumą Diora, modnym ubraniem, szminką i butami na szpilkach.



Całkiem wprost przeciwnie niż Mama, pełniąca aktualnie funkcję Babci, a więc odziana niemowlochronnie, w powypychane dżinsy, otulony pieluchą tetrową tiszert i przydeptane baleriny, a pachnąca świeżo ulanym Beniowym mleczkiem... Gdzież tam Mamie myśleć o takich piarowych splendorach, ale zajrzeć zawsze można. Ogłoszenie lśniło stonowaną harmonią zieleni i szarości i zapewniało, że praca będzie stabilna, w miłym, młodym i dynamicznym zespole. Hm, mruknęło się Mamie, właściwie to i jej praca jest stabilna, a zespół jest wręcz nieprzyzwoicie młody i dynamiczny. Przede wszystkim dynamiczny, z pewnością też miły. Tak, na pewno jest to miły zespół, najmilszy na świecie.
Z ciekawością Mama zagłębiła się w ciąg dalszy ogłoszenia.



Okazało się, że konieczne jest:

  • wykształcenie wyższe, preferowane kierunki z obszaru nauk społecznych lub marketingu ( Mama poszperała w otchłaniach pamięci i mgliście przypomniała sobie, że jakieś studia z obszaru nauk społecznych odbywała, a co do marketingu, to przekonując hordy własnych i cudzych dzieci, że warto się uczyć; że słodycze nie są podstawowym prawem człowieka; że co prawda kupimy spodnie, ale tylko TAKIE, jakie MAMA zaakceptuje i tak dalej al fine - osiągnęła w marketingu level MASTER HARD)
  • umiejętności komunikacyjne, w tym umiejętności wystąpień przed kamerą ( ha, pomyślała Mama, po dwudziestu pięciu latach małżeństwa, w tym dwudziestu trzech rodzicielstwa, jej umiejętności komunikacyjne nie mają sobie równych; mało tego - nigdy, przenigdy nie zbijają jej z tropu głupie pytania i prośby o obejrzenie wszystkich części Gwiezdnych Wojen o godzinie 22, kłótnie o to, kto ma lepiej i dlaczego, brak reakcji na wydane komunikaty, ziewanie i wznoszenie oczu do nieba, a także próby przerwania w połowie wypowiadanego zdania. Występy przed kamerą po takiej zaprawie to pryszcz, po prostu)


  • bardzo dobre umiejętności organizacyjne oraz planowanie i wdrażanie zadań krótko i długo terminowych (proszę państwa, kto ma lepsze umiejętności organizacyjne niż matka wielodzietna i wielopokoleniowa? kto ma lepszą zaprawę we wdrażaniu i prowadzeniu projektów, delegowaniu zadań wszelakich i egzekwowaniu tychże od opornych wykonawców?! Mama tylko lekceważąco pociągnęła nosem, a co)
  • zorientowanie na rozwiązania oraz elastyczność w stosunku do istniejących okoliczności (przebrnąwszy przez korporacyjną nowomowę, Mama zachichotała rozbawiona...zorientowanie na rozwiązania to zdecydowanie Mamy specjalność! u Mamy nie ma "nie ma", a słowo "niemożliwe"nie istnieje w słowniku...gotowanie obiadów ze światełka w lodówce, wyczarowywanie po nocy stroju Misia Puchatka na jutrzejsze przedstawienie, bo potencjalny Miś zapomniał powiedzieć, organizowanie przyjęcia na 30 osób przy budżecie pozwalającym na zakup bochenka chleba i litra mleka - ech, samo życie! A już bardziej elastyczną w stosunku do istniejących okoliczności niż Mama być się nie da - Mama jest wcieloną elastycznością! Przy tylu ludziach kotłujących się w jednym miejscu elastyczność to podstawa przeżycia...)



  • kreatywność, innowacyjność i proaktywność ( czy potrzeba w ogóle jeszcze o tym pisać??? Jeśli Mamie brakowałoby tych cech, już dawno porosłaby pleśnią i grzybkami)
  • umiejętność pracy pod presją czasu i wywiązywanie się z terminów (ha ha ha ha ha, niechby spróbowali połączyć potrzeby kilkorga dzieci w różnym wieku i spiąć je w jakąś sensowną całość!... a tak na marginesie, hmmm, jak według nich "wywiązywanie się z terminów" ma się do "elastyczności"...?)

  • umiejętność pracy zarówno samodzielnej, jak i w mocno zróżnicowanym zespole ( tu Mama musi wyznać, że praca samodzielna jest jej nieustannym, niespełnionym marzeniem - no, chyba, że poświęci nockę; za to praca w MOCNO zróżnicowanym zespole jest jej chlebem powszednim, miętą z bubrem oraz życiową koniecznością...)
  • silna motywacja wewnętrzna, wytrwałość w podejmowaniu zadań i dążeniu do celu ( trochę już, Mamy zdaniem, lecą w piętkę, bo te same wymagania powtarzają się w każdym punkcie, tylko innymi słowy, no, ale może to wzmacnia przekaz...Mama też tak często robi wobec swojej dziatwy, ale w jej przypadku to przynudzanie i zrzędzenie...)

  • potwierdzona płynna znajomość języka angielskiego w mowie i piśmie w skali europejskiej (!!!), minimum Council of Europe Level B2 lub brytyjski A level lub jego odpowiednik (matko i córko, Mama przetłumaczyła w swoim życiu kilka książek z języka angielskiego i sporą ilość drobnych artykułów, ale czy jest to potwierdzona skala europejska, tego Mama nie wie...Czy jej płynna znajomość lengłydża zostałaby potwierdzona, że jest wystarczająco płynna, przez Council of Europe, strach się bać...)


Poweselała Mama na sercu. Okazało się, że wysokie wymagania stawiane przed potencjalnymi pracownikami wysokiego szczebla, są dla niej codzienną codziennością. Dlaczegóż to więc, zadała sobie pytanie Mama, wciąż w nas tkwi potrzeba udowadniania sobie i innym, że jest się naprawdę osobą inteligentną, wykształconą, dowcipną i na poziomie? Kto nas wpędził w takie zbiorowe kompleksy? Dlaczego macierzyństwo jest dla wielu kobiet końcem kariery, a większość pracodawców na wieść o tym, że potencjalna kandydatka jest mamą kilkorga dzieci, natychmiast skreśla ją i odsyła w niebyt mówiąc - don't call us, we call you? Dlaczego matka dzieciom, jeśli chce pracować, musi SAMA stworzyć sobie miejsce pracy? Na którym, nawiasem mówiąc, na ogół odnosi grzmiący sukces...Czy naprawdę świat korporacji musi być tak hermetyczny i odhumanizowany?


A przecież, przy niewielkich ułatwieniach, mamy są świetnymi pracownikami, pełnymi pomysłów i zdyscyplinowanymi...
A propos ułatwień macierzyńskich, to ostatnimi czasy Mamę jako mamę i babcię zalewa jasna krew i trafia kosmiczny szlag. Otóż na pryncypialnych polskich uczelniach, czyli UW i WUM nie przewiduje się ŻADNYCH udogodnień dla studiujących mam. Na żadnej z nich NIE MA możliwości nakarmienia ani przewinięcia dziecka w miejscu osłoniętym i respektującym prawo mamy do prywatności oraz prawo bezdzietnych studentów do nie oglądania szczegółów anatomicznych przewijanego niemowla oraz karmiącej matki...Świeżo oddany kampus WUM nie przewiduje mam - studentek: w luksusowych, wykładanych marmurem łazienkach nie ma przewijaka, a krzesełka w holu są efemerydą - pojawiają się na krótko i znikają w tajemniczych okolicznościach...Z pewnością kampus został zaprojektowany przez samotnego singla bez wyobraźni (ale za to zakochanego w Królewnie Śnieżce - budynek obłożony jest od podłóg po dach lustrami i wygląda jak trumienka rzeczonej Królewny). Gość zaprojektował kilometry korytarzy, ale za to nie przewidział nie tylko przewijaka w toalecie, ale też ani jednego miejsca, w którym można by usiąść i zjeść w spokoju, a może nawet się pouczyć...Z pewnością jednak spełnił wyśrubowane kryteria rekrutacyjne...


Być może polskie uczelnie mają właśnie takie podejście do macierzyństwa...
Taka atmosfera powoduje, że młode dziewczyny rzadko uznają macierzyństwo za życiowy priorytet. Mają wspaniałe plany na przyszłość, uczą się jak szalone, żeby stać się równorzędnym partnerem mężczyzny w świecie - i gdzieś gubią swoją kobiecość. Wyrabianie 300 procent normy w korpoświecie uznają za rzecz najwyższej wagi, a ofiarowanie światu gromady szczęśliwych ludzi, potencjalnych geniuszy, wynalazców i świętych - za obciach i pogrzeb za życia...Oczywiście Mama generalizuje, ale taki trend jednak przeważa w myśleniu dwudziestokilkulatek.
Chociaż...Natalia pojawiająca się na uczelni z Beniem i zdająca egzaminy na piątki, wywołuje istną prokreacyjną burzę. Dziewczyny obstępują Benia, ćwierkają nad nim jedna przez drugą i zaczynają deklarować jak najszybszą chęć posiadania dziecka. Nie ma to jak dobry pijar (a może piar???) - od niego Mama zaczęła i na nim kończy.
Warto dać się zrekrutować. Jak siły się kończą, mamy naprawdę niezawodny Outsourcing, działa 24 na dobę, bez pudła.







piątek, 29 kwietnia 2016

Aktualizacja




Proszę państwa, przepraszamy za usterki.
Mamie z Dużego Domu padł komputer. Pan Domu, informatyk, z głębokim westchnieniem zawiózł sprzęt do serwisu, przewidując ciężki uszczerbek w finansach.
Mama, pozbawiona narzędzia pracy, rozrywki oraz tracenia czasu na duperelki, rzuciła się w wir zaniedbanych prac domowych oraz krojenia warzyw, jako że post Daniela wymaga tony drobno pokrojonych warzyw i owoców codziennie, kilka razy dziennie.
Wtem! Dzwoni telefon. Któż to? Tata z Dużego Domu.
- Wyobraź sobie - powiada - że w Applu powiedzieli - powiada - że wszystkie komputery z rocznika 2011 naprawiają za darmo.
- !!! Jak to za darmo? Na dobroczynność ich wzięło?
- No, nie do końca. Podobno część kompuerów 2011 ma wady wrodzone i z rozpędu naprawiają wszystkie w gratisie.
Tym sposobem Mama ma nowy komputer w starej obudowie. I like it, zwłaszcza w gratisie.


Wiosna zagląda przez okna i drzwi Dużego Domu coraz śmielej.
Mama, w przerwach krojenia warzyw, zgania psa wylegującego się na rabatkach i podgląda, jak cudownie jest na świecie. Wiosną człowieka przepełnia taki zdrowy zachwyt i wdzięczność za tę cudowność, jaka go otacza. Za ten blask, za wibrującą zieleń, za tę błękitną obłoczność nieba i zapach świeżej ziemi. Ta trywialność wiosennych zauroczeń jest taka dziecinnie prosta i w tej swojej prostocie wzruszająca. Naprawdę, wiosna udała się Panu Bogu nad podziw.


Mama uczestniczy w tegorocznej wiośnie intensywniej, bo po pierwsze schudła, a po drugie ma wnusia. Dziewięć kilogramów, jakie Mama za sobą pozostawiła, miejmy nadzieję, że raz na zawsze, uskrzydliło Mamę i zachęciło do większej aktywności outdoorowej, jak to mówią. Póki co, akywność Mamy ogranicza się głównie do wielogodzinnych spacerów z Beniem, podczas gdy jego młoda mamusia zalicza rok i dopuszcza się do czerwcowej sesji. Spacerki nasze odbywają się głównie po warszawskiej Starówce i Mama ponownie odkrywa, jaka piękna jest Warszawa! Jakie zachwycające jest Stare Miasto o poranku, bez turystów i wycieczek, rozświetlone słońcem, rozszelestnione podmuchami wiatru w drzewach, roztrzepotane skrzydłami gołębi na Placu Zamkowym. Tyle lat minęło, od kiedy Mama miała czas włóczyć się po Brzozowej i innych staromiejskich uliczkach, bez celu i pośpiechu, gapiąc się na domy, kwiaty, drzewa i Wisłę. Gdyby nie Benio, nie byłoby tego fantastycznego powrotu do przeszłości.







Miło widzieć, jak pięknieją warszawskie knajpki, jak są ukwiecone i jak pomysłowo zaaranżowane! Niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki użytkowej. Całe szczęście, że Mama nadal jest na diecie, bo z pewnością nie oparłaby się urokowi niektórych. Jedyny cień, jaki zasnuwa te spacery, pada od strony Maminych ulubionych lodziarni...Ich otwarte szeroko drzwi oraz obfita oferta, przelewająca się od smaków kawowych, bakaliowych, orzechowych i śmietankowych, jest doprawdy wielką szkołą samozaparcia. Jeszcze tylko 10 dni i....Mama zacznie wychodzić z diety. Na lody przyjdzie czas gdzieś w okolicy czerwca. 
Ale to już raczej będzie Białogóra, niż Starówka.


Miłej majówki, kochani! Samych serdecznych spotkań, błogiego leniuchowania i porządnego biesiadowania :0) Miejmy nadzieję, że prognozy się mylą i czekają nas dni nieustannego słońca. 







czwartek, 7 kwietnia 2016

Porządki





Mama z Dużego Domu poczuła wiosnę, więc postanowiła wziąć się za porządki. Duży Dom równa się duże porządki, duży ogród równa się duże zakwasy po porządkach. 
Jak tak, to tak.
 Po parkietach zaczęły sunąć stosy zużytych ubrań, skarpetek nie do pary, dziurawych, excuse le mot, majtek, samochodzików bez dwóch kółek, pogniecionych arcydzieł wyszniętych spod pędzla czterolatka oraz książeczkowych koszmarków, które się jakoś dotąd uchowały.
Blask bijący przez umyte okna poraził nasze nieprzyzwyczajone oczy, za to przeszklone drzwi, już po dziesięciu minutach od odłożenia ściereczki, szczycą się nowymi rozkosznymi śladami dziecięcych łapek.
Wczesnowiosenny ogród objawił Mamie swoje mocno szczerbate oblicze...Okazało się, że nasz pies - sierota, wzięty jesienią ze schroniska, a nazwany Ojlerem - na cześć sławnego szwajcarskiego matematyka i fizyka Leonharda Eulera (umiesz liczyć - licz na siebie); tak więc tenże pies, w ramach oswajania nowego terenu, szczodrze podlał Mamine wrzośce (RIP), trzmielinę (RIP), a także część pchających się na świat krokusów i hiacyntów (RIP). Ponadto ulubionym jego miejscem stała się miejscóweczka pod sosną (przeżyła), wprost na kępach miniaturowych floksików (niestety RIP). Tłumiąc nerwowe drgania karzącej ręki sprawiedliwości (cóż winien biedny, bezpański, mozolnie oswajany psi głupol), Mama wykopała (przy męskiej pomocy Taty i Filipa) biedne truchełka niegdysiejszych piękności. Sic transit gloria mundi, w całej okazałości.

Oto wrzośce rok temu o tej porze:


A poniżej widzimy nędzne, pozostałe resztki, w duuużym zbliżeniu...



.
Zeszłoroczne floksiki oraz narcyzy, które również nie przetrwały psiej sikawki



A oto uśmiechnięty sprawca tego armageddonu




No nic, Mama zakupiła nowe roślinki na miejsce tych obsiusianych, a na psa znajdzie się jakiś sposób. Prawdopodobnie zagrodzi mu się kawałek terenu, na którym straszne zwierzę będzie się mogło wyżywać, bo na dobrowolną duchową przemianę takiej psiej znajdy, Mama raczej nie liczy...



Trzeba też wyznać, że Mama nie poprzestała tej wiosny na porządkach li i jedynie zewnętrznych. Co to, to nie. Mama, zostawszy Babcią, naoglądała się fotek przecudownych, smukłych, siwowłosych babć, co to je opisała TU i poczuła się nieswojo. Poczuła się gruba, prozaiczna, znieczulona na rzeczywistość, przesycona cukrem i ogólnie do luftu. Jak żyć, jak żyć wysoka izbo? Mama zawsze gdzieś na dnie serca pieściła nadzieję, że jako Babcia będzie przypominać schyłkową Katherine Hepburn, 



tudzież pannę Lawendę Lewis z Ani z Avonlea


a nie mocarny, nieruchawy kloc, jakim się niestety, niestety, powoli stawała.  
- Do roboty, ty obrzydły leniu! - dodała sobie Mama ducha - Jak być babcią, to śliczną, liryczną i romantyczną, a nie prozaiczną i nieestetyczną.
Tak więc Mama postanowiła przejść na Dietę, ale nie na taką zwyczajną, przeciętną dietę! Nic z tych rzeczy! Ta Dieta, Mamy Dieta, powinna być po pierwsze primo - skuteczna, po drugie primo - wszechstronna (czyli i dla ciała i dla ducha), a po trzecie primo - niełatwa (chodzi o to, żeby być z siebie dumnym, a co!).
Mama zwierzyła się ze swoich planów Marysi i cóż się okazało? Okazało się, że Marysia, całkiem wolutarystyczne,  stanie się Mamy towarzyszem broni. Innymi słowy i ona przejdzie na Dietę.
Mama postanowiła objawić światu swoje Prawdziwe Ja, które jakoś przepadło w otchłaniach i przepaściach jej ciała...


Wybór padł na dietę owocowo-warzywną dr Dąbrowskiej, znaną też jako post Daniela. Jak szaleć, to szaleć. Na sześć tygodni żegnamy się z jedzonkiem, jakiego zdecydowanie nadużywałyśmy...





a witamy się z jedzonkiem jakiego stanowczo nie nadużywałyśmy...




Od dziewięciu dni Mama żywi się marchewką, jabłkami, buraczkami, brokułami, kapustką, cukinią oraz tonami pomidorów; a wszystko to surowe bądź gotowane, zapijane hektolitrami wody i świeżych soków oraz koktajli na bazie jabłka, grejpfruta i melona. 


gołąbki z kapusty włoskiej, z warzywnym nadzieniem, gotowane w pomidorowym sosie


rzeczony koktajl



 którym raczy się Mama



i reszta rodziny...

Czy po dziewięciu dniach widać jakieś efekty? A owszem, owszem. Ubyło Mamie trzy i pół kilo, czyli jest o rozmiar mniejsza! Poprawiło się Mamine ciśnienie, spanie, stan skóry oraz włosów. W procesie oczyszczania lubią się odzywać stare dolegliwości - i to prawda, odzywają się. Rwa kulszowa, na przykład...Poza tym zarówno Mama, jak i Marysia, okropnie marzną, co ponoć jest rzeczą zwykłą przy tym poście.
Jak już Mama wspominała, nie chodzi jej wyłącznie o sprawy ciała, ale w zanadrzu  Mama ma wiele intencji, które niejako przy okazji przedstawia Najwyższej Instancji. Niektóre sprawy da się załatwić tylko modlitwą i postem - i nie ma przebacz. Howgh.
Tak więc kochani, za pięć tygodni Mama z Dużego Domu zamierza szczycić zarówno TAKĄ  talią, jak i takąż sukienką...


Yes, I can!













piątek, 1 kwietnia 2016

Więcej niż edukacja



Napisały do Mamy z Dużego Domu dwie piękne, młode kobiety, że chcą z nią wywiad przeprowadzić. Zdumiona Mama  w odpowiedzi zapytała, a o czymż ten wywiad ma być? A o edukacji domowej. Bo obie śliczne dziewczyny, jako mamy licznej dziatwy w wieku częściowo szkolnym, uczą swoje dzieci w domu. W dodatku prowadzą bloga Więcej niż edukacja, w którym to miejscu zamieszczają swoje audycje-wywiady z osobami, które ED zajmują się na co dzień.
Tak więc zjechały do Dużego Domu dwie krakowianki, przywiozły ze sobą przepyszne marchewkowe muffinki (gościu nakarm się sam :0) ) i cudowne opowieści o życiu na podlanckorońskiej wsi i o dzieciach, które mają własne konie i psy i kury...I o miejscowych ludziach, które dziwią się, że miastowym się chce tyle dzieciaków obrządzać...
Zasiadłyśmy więc w zabałaganionej dużodomowej kuchni, w której gotował się odwieczny gar zupy, aby po namyśle przenieść się w bardziej zaciszne miejsce i dokonać nagrania.
Jeśli macie trochę czasu - zapraszam do posłuchania Mamy z Dużego Domu, ale nie tylko. Każda z rozmów na blogu Agnieszki i Ani odkrywa nam nowe horyzonty.
Kochane dziewczyny, jeszcze raz dziękuję wam za zaproszenie i fantastyczny czas. Robicie wspaniałą rzecz - wskazujecie rodzicom drogę wśród plątaniny wskazówek i sprzecznych rad wychowawczych. Dajecie nadzieję, że można żyć inaczej, lepiej, pełniej; że można wziąć wychowanie i wykształcenie dzieci we własne ręce - i że się uda!