piątek, 14 sierpnia 2015

Ta zabawa nie jest zdrowa?




Smak dzieciństwa. Ognisko na nadrzecznej plaży. Kąpiel w Pilicy i staranne unikanie wirów. Ścigamy się, kto dalej dopłynie pod prąd. Łażenie po polach na bosaka - nikt nie zwraca uwagi ani na osty, ani na osy. Jedno i drugie ukłucie zbywa się machnięciem ręki. Uwielbiam samotne wędrówki - chociaż mam fatalną orientację w terenie (krótkowidz), jakoś nigdy się nie gubię. Samotność pozwala mi zanurzyć się w świecie mojej wyobraźni i przebywać tam tak długo, jak tylko mam ochotę. Odkrywanie bunkrów w nadmorskich lasach, mamy własne bazy, do których nikt z dorosłych nie ma wstępu. Wszystkie dzieciaki trzymają się razem; nawet jeśli się nie znamy, to wystarczy zapytać o imię i przyjaźń nawiązana. Opowiadamy sobie niestworzone historie, w których gdzieś tam na dnie poniewiera się niewielkie źdźbło prawdy. Obżeramy się papierówkami prosto z drzewa i marchewką prosto z ziemi. Czasem dostaje się na loda - jak zdecydować czy dzisiaj woli się Bambino czy lody włoskie z Kafejki? Lody można zamienić na gumę do żucia Donald i powiększyć i tak imponujący zbiór historyjek z kaczorem Donaldem i resztą ferajny. Podwórka są asfaltowe i stanowią centrum dziecięcego wszechświata. Trzepak, równoważnie, huśtawki, drabinki są sprawiedliwie dzielone pomiędzy wszystkie dzieciaki. Bawimy się w berka, w chowanego, w króla skoczków. Urządzamy wyścigi na wrotkach i przechwalamy swoimi rowerami-składakami. Mój rower ma przerzutkę, więc jestem niekwestionowanym królem rankingu. Godzinami jeżdżę rowerem, odkrywając codziennie coś nowego.
Gdzie byli dorośli? Przypuszczam, że zajmowali się swoimi sprawami. Zapewniali nam wikt i opierunek, a także stanowili zaplecze emocjonalne i logistyczne. Płacili za nasze zajęcia, na które SAMI się zapisywaliśmy i SAMI dojeżdżaliśmy. Ufali w nasz zdrowy rozsądek, ale nie wahali się ukarać za nadużycie zaufania i kłamstwo. Mieliśmy dużo swobody, ale znaliśmy granice, bo były bardzo jasno wytyczone. 







Co się z nami stało? Co nas tak przestraszyło, że zamknęliśmy swoje dzieci w więzieniu naszych lęków, obaw i niepewności?
Wszechobecne media epatują nas setkami tysięcy obrazów zboczeń, morderstw, napaści, wojen i katastrof żywiołowych. Dzieci są porywane, gwałcone, mordowane, torturowane, sprzedawane na części...a my na to wszystko patrzymy. Czy dawniej tak nie było? Ależ było. Tyle, że nie widzieliśmy tego na własne oczy. Media sprawiły, że staliśmy się niejako naocznymi świadkami, prawie że uczestnikami tych okropności - a bycie świadkiem bestialskiego napadu prowadzi do poważnej traumy, do zaburzenia poczucia bezpieczeństwa. 
Nasz lęk przed światem sprawia, że mamy obsesję na tle bezpieczeństwa naszych dzieci. Gumowe nawierzchnie na placach zabaw (potwornie śmierdzące, gdy nagrzeją się na słońcu), plastikowe zabawki na tychże placach, pozabezpieczane na wszystkie strony drabinki...Wszystko bardzo bezpieczne i bardzo...nudne. Ta obsesja sprawiła, że ogołociliśmy dzieciństwo naszych dzieciaków z samodzielności, ryzyka, umiejętności podejmowania decyzji - a nie sprawiliśmy, że stało się bardziej bezpieczne. Tragedie jak się zdarzały, tak się zdarzają - i będą zdarzać.
Powtarzamy sterotyp, że dzisiejszy świat jest bardzo niebezpieczny, dlatego odprowadzamy dziesięcio i jedenastolatki do szkoły i zawozimy na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe, a nawet na spotkanie z kolegą czy koleżanką. Nie dla nich swobodna zabawa, leniwe powroty ze szkoły w gronie kolegów czy zabawy w policjantów i złodziei. Nasze dzieci za tym nie tęsknią, bo tego nie znają, skoro od zarania ich życia stale ktoś dorosły jest w pobliżu, aby nad nimi czuwać.






Zdrowe dzieciństwo jest pełne zadrapań, siniaków, połamanych rąk i nóg, wybitych zębów, podbitych oczu, podartych spodni. Dzieci powinny tworzyć swoją własną kulturę, własne kody porozumiewania, własną hierarchię ważności. W naszych czasach obserwujemy erozję tej kultury. Mówimy czasem, że dzieci zbyt szybko dorastają. Czy jednak nie jest tak, że dzieci nie mają wystarczającej przestrzeni, aby dorosnąć; one po prostu stają się mistrzami naśladownictwa. Kopiują bezkrytycznie i bezrefleksyjnie dorosłe zachowania i zachowują jak starzy-maleńcy. Kiedyś dzieci stopniowo zdobywały samodzielność odpowiednią do wieku. Pewnego dnia same przechodziły przez ulicę, szły do sklepu, wykonywały drobne prace zarobkowe. To wszystko pomagało dzieciakom budować zdrową pewność siebie, pozwalało być dumnym ze swojej "dorosłości", oswajały z odpowiedzialnością za siebie i innych. Przez to, że były zostawione samie sobie, uczyły się liczyć na siebie, lepiej planować swój czas - były po prostu dzielniejsze i życiowo bardziej zaradne.









Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, żem sama grzeszna i pełna winy; sama borykam się z tym problemem. Zdaję sobie sprawę, że "za bardzo" jestem dla moich dzieci, za bardzo uczestniczę w ich życiu, a już na pewno za bardzo łagodzę skutki ich niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Zamiast pozwolić, aby negatywne skutki ich radosnej działalności dały im się dotkliwie odczuć na własnej skórze - od razu aplikuję środek zaradczy, a przynajmniej znieczulający...
Dziękuję Panu Bogu za skauting, bo on przynajmniej do pewnego stopnia łagodzi skutki tej mojej  kwoczej nadopiekuńczości...
Wszyscy wiemy, że dzieci pozbawione w życiu dreszczyka emocji, fizycznego zmagania z trudnościami, elementu niespodzianki i przygody - znajdują to wszystko  w sferach, które są najmniej dla nich odpowiednie. Plaga dziecięcego alkoholizmu, narkomanii czy uzależnienia od pornografii ma swoje źródło między innymi w wyjałowionym życiu tych dzieci. 
Cudownie, że jesteśmy tak blisko naszych dzieci, ale musimy pamiętać, żeby nasza bliskość pozwalała im na szeroki oddech.  
Niech rosną swobodnie. W miarę.
Niech znają granice, niech potrafią się w nich poruszać, niech doświadczą swojej słabości, bo tylko wtedy staną się silni. 
Panie Boże, dałeś dzieci - daj cierpliwość. Daj nam też mądrość i rozeznanie. Amen.








Ten wpis został zainspirowany artykułem Hanny Rosin "The Overprotected Child" (The Atlantic, April 2014 issue)
Wykorzystałam zdjęcia Pawła Kuli i Marysi Głowackiej





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

I jeszcze coś



Powoli spływają do nas zdjęcia ze ślubu, więc dzielę się tym, co dostałam.
Mam nadzieję, że wkrótce spłynie reszta. Chyba z tradycyjnym wywoływaniem zdjęć było szybciej....









Upał





Jest tak gorąco, że moje myślenie przestawiło się na tryb podtrzymujący. Podobnie jak aktywność fizyczna, oraz apetyt. Najlepiej wchodzą lody - o kaloriach nie myślę (vide tryb podtrzymujący), za to delektuję się smakiem oraz przekonaniem, że lody są zdrowe, ponieważ zawierają selen ( źródło: Ignacy Borejko). Tak więc dużo, dużo, dużo lodów.



Ponieważ z całą pewnością w Niebie ktoś pozamykał wszystkie okna, za to włączył grzanie na full power, aktywność fizyczna została zredukowana do minimum. Ta wersja zakłada jedynie dostęp do jakiejkolwiek wody, może być bieżącej, ale najlepiej płynącej. Po głębinie Tomek płynie, po warszawsku - brzuchem po piasku. Dwie pozostałe moczymordki po prostu zległy w tej cudownej życiodajnej wodzie i czas się zatrzymał. Dopóki głodni mężczyźni nie podnieśli rabanu, że natychmiast, ale to natychmiast muszą coś zjeść, najlepiej jakieś mięso. Ludożercy.



Jak to jednak pięknie, że żyjemy w takim miejscu na świecie, w którym podczas upału można wykąpać się w rzece albo pod prysznicem...albo w wannie. W kraju pustynnym z pewnością zamieniłabym się w piasek, a może nawet w szkło. 
Póki co, chodzę z wiatrakiem elektrycznym pod pachą i włączam go wszędzie, na każdym miejscu i o każdej dobie, i całe szczęście, że na tarasie też mamy kontakt.

 Nagle okazuje się, że prawdziwe życie zaczyna się po zachodzie słońca. Powietrzem daje się oddychać, woda jest ciepła, a nad głową zapalają się gwiazdy.
Chociaż o 22.30 w Józefowie termometr wskazuje 28 stopni, to nad Wisłą jest dużo, dużo chłodniej. I widać więcej gwiazd.  Marzenia się spełniają. 

Te same gwiazdy
wyszeptały wieczór jak zwierzenie

Latarnie wyszły z ciemnych bram na ulicę
i w powietrzu cicho stanęły.

Zmrok łagodnie przemienia przestrzenie.
W niskich brzegach śród olch płynie żal.

Tylko horyzont uchyla nieba
księżycem,
i droga długo wiedzie we wspomnienie.
(...) *






Jesteśmy jedyną rozgwieżdżoną gwiazdą we Wszechświecie


Oczywiście szykujemy się na Perseidy - statyw do aparatu pożyczony, bateria naładowana, będziemy starali się pochwycić tę chwilę przedwiecznej poezji. Całe szczęście, że mamy aparaty fotograficzne, my, ułomni ludzie bez talentu. 





Noce są dobre. Ludzkość śpi, a mamusie mają wytęsknioną chwilę samotności i absolutnej ciszy. Nikt nic nie mówi, nikt niczego nie chce, człowiek może pobyć sam ze sobą. Pomyśleć. Pomodlić się. Pomilczeć. Potęsknić. Pomarzyć. 




* wiersz Juliana Przybosia










poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Plany


                                              


Czekała. W milczeniu
na piersi ręce kładła i wtedy się pienił
krwi jej rogzrzany napój i owoce mleczne
pęczniały jej pod dłonią, i czuła, jak bije
bolesna piąstka serca. I czuła, że żyje
łodyżka w niej maleńka, listeczkami dwoma
obejmująca miłość całą, jaką ona
i on zamknęli w sobie.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zaszłam w ciążę, zjadłam cały słój grzybków w occie. Dostaliśmy te grzybki w darze od babci naszej przyjaciółki, kiedy przyjechaliśmy do Polski z Anglii na święta wielkanocne. Przywieźliśmy ten cenny dar do Colchester, z zamiarem wydzielania sobie po odrobinie przysmaku, za dobre sprawowanie. I oto siedziałam na podłodze obok lodówki i zalewając się łzami skruchy i żalu (biedny, pozbawiony smakołyku Michał), pożerałam jeden grzyb po drugim, jeden po drugim, aż do ostatniego malusieńkiego kapelusza. Przez resztę ciąży karmiłam mojego biednego męża na przemian mandarynkami i jajecznicą, którą serwowałam na ciepło i na zimno, do wszystkiego. Dziwię się, że ten człowiek nadal z przyjemnością zjada jajka...Ponadto budziłam biedaka o trzeciej czy czwartej nad ranem, czule pytając, czy miałby ochotę na cornfleki, bo ja jestem tak potwornie głodna. Nieprzytomny młody tata in spe dzielnie wyłaził spod kołdry i zjadał ze mną te nieszczęsne płatki, nerwowo tłumiąc spazmatyczne ziewanie. Dlaczego on się wtedy ze mną nie rozwiódł, każdy sąd by go uniewinnił...



I gdy rękę niżej
obsunęła, poczuła, jak ją szorstko liże
płomienny język ciszy. Brzuch miała jak kroplę
ogromną, w rozłożystą misę biódr zamknięty.

Druga ciąża tak szybko minęła, że prawie nic z tego czasu nie pamiętam. Byłam tak potwornie zmęczona małą córeczką, że do głowy mi nie przychodziło budzić się w nocy na jakieś przekąski. Spałam jak zastęp śpiących rycerzy spod Giewontu. Pamiętam tylko wieczne usg, bo ciąża była zagrożona; pamiętam też przemiłą, acz nieco nerwową panią doktor, która powtarzała, że byleśmy doczekały do trzydziestego tygodnia. Doczekałyśmy nawet dłużej i Marynia urodziła się w 37 tygodniu. Poród zaczął się jak wieczorem usypiałam Natalcię, więc Maniusia już u zarania życia wykazała się doskonałym wyczuciem czasu oraz ogólną sprawnością życiową. W tamtym okresie  nie mieliśmy samochodu, ponieważ nam go ukradziono spod bloku (w komplecie z wypasionym, jak na ówczesne czasy, fotelikiem samochodowym, prosto z UK), tak więc musieliśmy wezwać taksówkę. Pan taksówkarz pobił rekord trasy Rakowiec - Szpital na Żelaznej i całe szczęście, bo skurcze miałam już co trzy minuty. Panie położne widząc mnie dyszącą jak stado miechów kowalskich, machnęły ręką na formalności i papierki i od razu zabrały na blok porodowy. Tamże wysłałam męża z rozkazem rozgoszczenia się w pokoiku narodzin, a sama poszłam na badanie. Położna Irenka kazała mi położyć się na fotelu lotniczym i zaczęła badanie: - Rozwarcie na siedem centymetrów, na dziewięć, pełne, przemy.
Jak to przemy?! Już?! Przecież poród trwa i trwa, godziny się wloką, aż wreszcie po jakichś trzynastu czy czternastu latach świetlnych rodzi się dzidziulek. Nie z Marysią jednak takie numery. Faktycznie, okazało się, że przyszły skurcze parte i Marysia zaczęła gramolić się na świat. Wrzasnęłam na Michała, że rodzimy, bo po sąsiedzku rozpakowywał żonie torbę na długie szpitalne godziny - ledwo zdążył, biedaczek. Mania urodziła się w gabinecie zabiegowym, w 20 minut po wejściu do szpitala. Kochana dziewczynka.




W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie
pnie się w niej ten roślinny puch, twardnieje w orzech -

Trzecia ciąża była planowana z zegarmistrzowską precyzją, ponieważ chodziło nam o chłopaka. Mąż zapragnął potomka płci męskiej, widocznie poczuł się nieco zagubiony i samotny w tym oceanie kobiecości. Tak więc nasłuchiwaliśmy, aż zatupie owulacja  - no i udało się nam ulepić chłopczyka. Trzecia ciąża była cudowna, absolutnie cudowna. Jedynym cieniem była konieczność trzymania się diety eliminacyjnej, ale nagrody za to wyrzeczenie były aż dwie - po pierwsze przytyłam zaledwie osiem kilogramów, a po drugie dziecko nie miało śladu kolek. Po dwóch kobietach, które jako niemowlaki przećwiczyły nas tak, że chodziliśmy na rzęsach, łokciach i tylko siłą rozpędu i z przyzwyczajenia - urodził nam się synek- anioł. Jadł, spał, gugał, uśmiechał się - był idealny. Natalka i Marynia były bardzo ładnymi niemowlakami, ale Filip stał się absolutnym misterem universum. Miał ogromne, szarobłękitne oczy, ocienione kilometrowymi czarnymi rzęsami i brzoskwiniową cerę. Podbijał serca wszystkich pań, panien, wdów i mężatek, które chórem domagały się, aby tak piękne dziecko koniecznie pokazało się w reklamie...Nie daliśmy synowi szansy na stanie się Gwiazdą soczków Gerbera czy jakoś tak...Niedobrzy rodzice, złamana  u zarania kariera.




- to było dziecko małe, które wkołysali
ciepłym ciał swych pomrukiem jak szelestem morza
w jej pełnię i dojrzałość, która równa ziemi
ogarnęła i rosła rączkami drobnemi,
zarysem ust różowych, roślinką maleńką,
którą czuła pod lekko wyciągniętą ręką
i która dziś się spełni i wzejdzie człowiekiem

Z czwartą ciążą był kłopot, nie chciała się ulepić. Nic i nic przez kolejne miesiące. Trudno, pomyśleliśmy, widocznie kranik z dziećmi już nam się zakręcił. Aż tu nagle zaczęło mnie mdlić podejrzanie, co w połączeniu z  nagłą i zachłanną ochotą na kaszankę, zamieniło niejasne przypuszczenia w pewność. - Eee tam - stwierdził lekceważąco tata - to pewnie jakaś flora bakteryjna. Ha, ha flora bakteryjna, my foot, jak mówią Anglicy. 
- Nie flora bakteryjna, a Florek, zobaczysz - odparłam stanowczo i pewnie.
No i funkcjonowała Joasia przez dziewięć miesięcy swojego ukrytego przed postronnymi życia, jako Florek, zdrobniale Florian. Byliśmy tak pewni, że ulepiliśmy braciszka dla Filipa, że właściwie tuż przed porodem, tak na wszelki wypadek, wybraliśmy imię dla dziewczynki - Joanna Klara.
Do szpitala trafiłam z sączacymi się wodami, na początku 39 tygodnia. Zostawili mnie oczywiście na oddziale i w nocy poczułam, że powolutku coś się zaczyna dziać. Rano przyszedł pan doktor na obchód, więc gorliwie zaraportowałam, że rodzę.
- Cooo, pani? - mruknął z niedowierzaniem - Zobaczymy.
Nieco zirytowana brakiem adekwatnej reakcji na mój news - w końcu po trzech porodach UMIEM rozpoznać, kiedy zaczynam się rozpadać na mamę i dziecko, dałam się zbadać.
- Eeee, no jakaś gotowość porodowa jest, rozwarcie na trzy palce, ale słabiutkie ma pani te skurcze. Jak chce pani rodzić (!!!!) to podłączamy oksytocynę.
Przyjechał tatuś z pracy, przyszła położna.
- Co pan doktor powiedział? Że rozwarcie na trzy palce? Tu jest siedem centymetrów, no, ale pan doktor duży mężczyzna, ma duże palce. Podłączamy kroplówkę.
Kiedy moje ciało poczuło tę oksytocynę, dostałam tak silnego skurczu, że autentycznie myślałam, że umrę. Spanikowany Michał poleciał po położną, która mocno zdenerwowana, odłączyła mi kroplówkę. Psiocząc na doktora i jego rozkazy, przeprosiła mnie i kazała położyć się na boku, bo przy okazji zaczęłam przeć. Ku naszemu szczeremu zdziwieniu nie urodził się nam przewidywany synek, ale nie przewidywana dziewczynka, długa jak makaron (59 cm). A swoją drogą pozycja porodowa na boku jest najgenialniejszą pozycją jaką można przyjąć rodząc. Żadne tam kucki, leżenia na plecach czy stołki porodowe. Leżąc na boku łatwiej jest przeć, a położnej wygodniej jest odbierać maluszka. Szczerze polecam, przy okazji.
Joasia nas nie rozpieszczała, jako dzidziuś, ale zahartowani rodzice dosyć łatwo przełknęli energiczną i niecierpliwą kobietkę numer trzy.



żeby się stać czym? kwiatem, powłoką czy łzą?

O piątej niespodziance pisałam już tutaj wcześniej. Jest z nami - kochany, malutki, mądry, dzielny człowiek.

Zaledwie cztery lata temu urodziłam ostatnie swoje dziecko. Tak niedawno, dopiero co, wydawałoby się, że ten czas jest na wyciągnięcie dłoni. 
A oto zbliża się ku nam nowa tajemnica.
Nowy mały człowiek powstał w cudownej harmonii dwojga ludzi. Jeszcze taki maleńki, odrobinka pyłu gwiezdnego, ale już dzielnie maszerujący ku swojemu przeznaczeniu. Ukryty przed światem, otulony ciepłem ciała swojej mamy, kołysany szumem jej krwi i biciem jej serca...
Pod sercem mojej córeczki bije małe serduszko...
Moja mała córeczka będzie mamą. 
Zaczynamy nowe życie. 
Tajemnice radosne. Zwiastowanie.



czwartek, 30 lipca 2015

Strumień świadomości



Powroty są trudne. Stosy prania upranego i nieupranego czyhają z każdego kąta. Rzeczy do prasowania piętrzą się na desce do prasowania, pod deską do prasowania, na dwóch kanapach oraz kawałku podłogi. W lodówce tylko światełko, za to w zamrażalniku pełno lodu. Ogród pełen przekwitłych badyli, w poprzednim życiu zwanych różami, tawułkami i orlikami. Rośliny domowe doniczkowe wyglądają jak po przejściu wyjątkowo żertej szarańczy...A do tego Marysia ma złamaną rzepkę, Joasię trzeba umówić do poradni zwanej dla niepoznaki pedagogiczno-psychologiczną, w celu zweryfikowania poczytalności rodziców zabierających dziecko ze szkoły, Tomek buduje w każdym dosłownie pomieszczeniu fragmenty trakcji kolejowej o którą potyka się każdy przechodzień, a na bazarku kuszą ponętne kształty i rozmiary owoców i warzyw, domagających się przetworzenia i zawekowania...Chyba ucieknę z domu. Chociażby mentalnie.




Najtrudniej jest się ogarnąć, zorganizować, rozplanować. Jeszcze człowiek żyje leniwym, powolnym rytmem wakacyjnym, jeszcze jedna noga tkwi w nadmorskim piasku, kiedy druga twardo stąpa po kuchennej podłodze i każe tej pierwszej dołączyć do szeregu.
Najpierw trzeba się zająć biedną rzepką Marysi, złamaną w wyniku dosyć beztroskiego błędu lekarskiego. Mania zwichnęła sobie rzepkę na weselu siostry, pojechała na ostry dyżur i już po czterech godzinach trafiła przed oblicze pani doktor. Bez zbędnych słów została skierowana na prześwietlenie i już po kolejnych dwóch godzinach, prześwietlona na wylot, ponownie trafiła do tejże pani doktor, która stwierdziwszy wyżej wymienione zwichnięcie, odesłała Manię do domu. Przez miesiąc Marysia kuśtykała na obolałej nodze, aż ku uczczeniu wakacji zachciało jej się lekko podskoczyć. Hop zrobiła Marysia raz, wylądowała i strzeliło. Panienka krzyknęła strasznie, z góry przybiegł  z łomotem, uzbrojony w jakąś pałkę szwagier przekonany, że ktoś włamuje się do domu, jako że rzecz działa się późną nocką, około godziny dwudziestej czwartej. Młodożeńcy przytomnie wezwali karetkę, zawieziono Marię do szpitala i stwierdzono złamanie rzepki, proste, bez przemieszczeń. Prawdopodobnie rzepka pękła na weselu, tylko pani doktor nie zauważyła na zdjęciu...Ma więc nasza Marynia wakacje w gipsie. Niech to dźwi ścisną, jak mawiał Paragon. Zwłaszcza, że trzeba jej załatwić rehabilitację po sześciotygodniowym unieruchomieniu, więc szukamy znajomości i błagamy litości...




Po drugie, musimy zakończyć wyjmowanie Joasi ze szkoły. Po raz kolejny zatańczę przed jakąś Panią Pedagog na dwóch łapkach udowadniając, że jesteśmy normalni, poczytalni, rozumiemy, co się do nas mówi i tak dalej i tak dalej...Póki co przeglądamy z Joasią podstawę programową dla gimnazjum i utwierdzamy się w słuszności podjętej decyzji. Powoli też planujemy zajęcia i lektury na przyszły rok.
Pojawiły się pytania o reakcje otoczenia tudzież zainteresowanej. `Otóż szeroko pojęte otoczenie, spoza najbliższego grona tubylców, reaguje dosyć sceptycznie, żeby nie powiedzieć krytycznie, czego z grubsza się spodziewaliśmy. Sama zainteresowana jest ździebko stremowana, ale też pełna nadziei, oczekiwań i planów. Podobnie zresztą jak jej mamusia.




No i te przetwory...Truskawki, jak widać na obrazkach, już zostały przetworzone, w niezbyt wielkiej ilości, co prawda, ze względu na ceny. Nie wiem jak w szerokiej Polsce, ale w Józefowie ceny truskawek trzymały się mocno, jak nie przymierzając, Chińczyki. Teraz jednak szykujemy porzeczki, śliweczki, brzoskwinki, morelki...ale od poniedziałku. Zanim włożę ręce w owoce i warzywa, muszę je włożyć w szafy i komody...To, co się w nich dzieje to nawet nie jest Sajgon, to jest bordello bum bum. 
Ech. Za oknem szumi wiatr. Przypominają mi się wakacje sprzed lat, sprzed dzieci, sprzed obowiązków...Panie Boże, jacy byliśmy młodzi.

Tęsknota, psiakrew, tęsknota
tak czasem duszę omota,
że nie pomoże westchnienie
ani przyjaciół grono,
ani czyste spojrzenie
na tę ziemię zieloną,
ani spojrzenie jasne
za siebie, w życie własne,
ani to, że nad drogą
ujrzę gwiazdy okrutne -
gwiazdy też nie pomogą
i - gorejąco - smutne -
spadną na dno kielicha.
(...)
i ktoś zawoła z cicha,
tak że ledwo usłyszę, 
i - cichy - wejdę w ciszę,
i w ciemność się prześlizgnę,
i w kamień się zamienię...

Ale póki co, to jeszcze coś upiekę, co tam.