piątek, 4 września 2015

Roczek



Drugiego września roku ubiegłego, o godzinie 20.11, narodził się blog Mamy w Dużym Brązowym Domu.
Jak każdy noworodek, krył w sobie wiele zagadek i możliwości. Przez ten rok trochę się nauczył, zaliczył parę wpadek i kilka sukcesików, ale - jest. Przetrwał i coraz śmielej raczkuje w przyszłość.
Jest szczęśliwym roczniakiem, bo zdobył sobie niemałe grono dobrych przyjaciół. To właśnie ich codzienna, a chwilami wręcz tłumna obecność,  jest dla niego największą zachętą, aby iść naprzód.
Mama z Dużego Domu dziękuje wam za ten wspólny rok; za to, że dzieliliście z nią chwile smutku i radości, za wasze dobre myśli i błogosławieństwa, którym dawaliście wyraz w komentarzach i mailach, ale przede wszystkim jest wam wdzięczna za to, że chcecie ją czytać! Że czekacie na każdy nowy wpis! Że wracacie, niekiedy po wielekroć, do starszych postów! Żebyście wiedzieli, że Duży Dom ogarnia was wszystkich, każdego dnia, swoim sercem i swoją modlitwą; że wysyła ku wam same dobre myśli.


Blogowym zwyczajem, który każe przy każdej okrąglejszej  rocznicy rozdawać hojne dary - Mama z Dużego Domu ma dla was prezent, do wygrania. Ze wszystkich osób, które skomentują ten wpis tutaj, bądź na facebooku, Mama wylosuje jedną szczęściarę, która zostanie właścicielką tego oto uroczego plakatu. Albo jednego szczęściarza, kto wie...


Autorką obrazka jest graficzka i blogerka Wioletta Matuszko, właścicielka pracowni Szast i Prast, oraz gospodyni bloga o tej samej nazwie. Kiedy Mama po raz pierwszy zobaczyła ten plakat, od razu pomyślała sobie, że jest utrzymany tak bardzo w stylu Dużego Brązowego Domu, że tylko on może stać się urodzinową nagrodą.
Tak więc, kochane czytelniczki oraz kochani czytelnicy, próbujcie szczęścia! Losowanie odbędzie się w najbliższy poniedziałek, 7 września.
Jeszcze raz dziękuję wam za to, że jesteście.
Niech ukołysze was ocean Jego miłości. Dzisiaj i zawsze.









poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Still Alice





Brakuje ci często słów, prawda? Chcesz coś powiedzieć, masz to tuż-tuż, na końcu języka - i nie jesteś w stanie tego przywołać. Albo: wchodzisz po coś do pokoju i nagle nie wiesz po co. Na śmierć zapominasz o umówionej od pół roku wizycie u lekarza. Po raz czterysta dwudziesty ósmy sprawdzasz przepis na ciasto, które pieczesz od lat... Mówisz: roztargnienie. Żartujesz, że skleroza nie boli, tylko trzeba się nachodzić.
A gdyby nagle okazało się, że twoje roztrzepanie - to coś poważniejszego? Gdybyś nagle, w środku cudownego życia, dowiedziała się, że masz... Alzheimera?
Profesor lingwistyki, Alice Howland, nagle traci pod nogami grunt. Gubi się w miejscu, które zna na pamięć; nie jest w stanie przypomnieć sobie pewnych specjalistycznych wyrażeń, którymi posługuje się od lat; ba! nie potrafi nawet odtworzyć w pamięci przepisu na bread pudding... Diagnoza, którą słyszy brzmi jak wyrok śmierci. Zresztą, prawdę mówiąc, wczesne stadium choroby Alzheimera to jest wyrok śmierci, zaledwie rozciągnięty w czasie.
Julianne Moore w niezwykły sposób portretuje historię Alice. Jest piękna, inteligentna, pełna uroku i planów na przyszłość, gdy widzimy ją w początkowej scenie filmu, świętującą swoje pięćdziesiąte urodziny. Otoczona przez dzieci i zapatrzonego w nią męża, jest kobietą sukcesu u szczytu swojej naukowej kariery. W miarę upływu czasu widzimy, jak ta wspaniała kobieta, staje się cieniem samej siebie. Jej zdrowie psychiczne szybko ulega destrukcji, choroba pożera jej umysł, niszcząc wszystko, co Alice w życiu osiągnęła; pozbawia ją nie tylko naukowego prestiżu, ale też zwykłej ludzkiej intymności. Scena, w której Alice nie potrafi trafić we własnym domu do ubikacji i nie jest w stanie zapanować nad swoją fizjologią jest jedną z najmocniejszych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Julianne Moore swoją rolą niewątpliwie zasługuje na Oscara. Jej gra jest delikatna i przejmująca jednocześnie; postać, którą tworzy jest przekonująca zarówno jako silna, zdrowa kobieta, jak i wrak człowieka, którym się staje. Moore jest nie tylko pełna współczucia dla swojej bohaterki, ale też potrafi ukazać jej dramatyczną walkę o przetrwanie. Sprawia, że ulegamy wdziękowi, jakim obdarzona jest Alice, podziwiamy jej męstwo i dumę. Julianne Moore opowiada historię Alice Howland tak, jak ona sama byłaby w stanie ją opowiedzieć... Wspaniałym partnerem dla Moore jest Alec Baldwin w roli Johna, męża Alice, a także Kristen Stewart jako najmłodsza córka, Lydia.
Co sprawia, że jesteśmy ludźmi? Co definiuje mnie, jako człowieka? Mój rozum, moja świadomość? Alice określała się przez swój intelekt, błyskotliwość, talent, urodę. W pewnej chwili, stojąc na progu utraty dorobku całego swojego życia, Alice rozważa samobójstwo. Przygotowuje wszystko, póki jest jeszcze świadoma swoich czynów. Z przerażeniem zaobserwowałam u siebie przyzwolenie na taki scenariusz... Przez chwilę wydawało mi się to najlepszym wyjściem - dla wszystkich. Alzheimer to straszna choroba, straszna nie przez ból, jaki sprawia, ale przez odarcie człowieka z jego wartości, poczucia godności, prawa do intymności. Odwraca drogę, jaką zwykle przebywa człowiek od poczęcia do dojrzałości. Nagle osoba w pełni sił redukuje się do etapu dziecięcego, niemowlęcego czy wręcz embrionalnego. Opadają kolejne liście wykształcenia, wspomnień, upodobań, znajomości i zostaje - co? Zostaje to, co było na początku. Nieśmiertelna ludzka dusza. - O co chodziło w tym tekście, Mamo? O czym ci czytałam? - pyta Lydia w ostatniej scenie filmu. Patrzymy na ogromny wysiłek, z jakim poruszają się wargi dawnej intelektualistki. Z wielkim trudem jej usta układają się, aby wypowiedzieć słowo - miłość. To jest miłość.
Alice Howland, tak pięknie zagrana przez Julianne Moore, pokazuje współczesnemu światu, jaką godnością obdarzony jest człowiek, każdy człowiek. Alice Howland jest sobą jako wybitna intelektualistka, jest też sobą jako kobieta bez przeszłości, jako nikły cień dawnego silnego człowieka. Still Alice. Nadal - Alice. Ta sama, chociaż nie taka sama.
Obejrzyjcie ten film, bo przegląda się w nim nasz wspaniały, straszny świat, ze swoim kultem doskonałości, przyzwoleniem na "róbta co chceta", a także rosnącym problemem niepłodności w komplecie ze sztucznym zapłodnieniem... Przejmujące jest, jak świat wykastrowany z obecności Boga, barbarzyński i hedonistyczny do bólu - staje bezbronny i bezradny wobec cierpienia. Słowo "miłość", które pojawia się w ostatniej scenie filmu, daje nadzieję na zmianę. Miłość nie jako eros, ale jako trud, wysiłek, wierne trwanie; jako zaparcie się siebie. Zakreskowaliśmy właśnie wspólne pole dwóch osobnych zbiorów. Jest jeszcze czas.



piątek, 28 sierpnia 2015

Ad Rem




Lato się kończy, niestety - a może nareszcie. Te upały sierpniowe kompletnie zwaliły mnie z nóg i sprawiły, że chyba po raz pierwszy w życiu z sympatią i tęsknotą pomyślałam o mglistych listopadowych porankach i warstewce szronu na trawniku...


Tak będzie, kochani, już za dwa miesiące. A tymczasem zbliża się ku nam nowy szkolny roczek. Jeszcze nigdy nie stawałam na progu września z taką radością i nadzieją w sercu. Nigdy też nie czułam się tak beztrosko. Żadnego kupowania wyprawek i podręczników. Żadnych zebrań i wywiadówek. Cudowne planowanie zajęć, książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, miejsc do zwiedzenia, nut do zagrania. Bez oglądania się na szkolne "da się" albo "nie da się"...
Do homeschoolingowej Joasi dołączył Filip, który rzutem na taśmę zdecydował, że woli przygotować się do matury w ramach ED. No i bardzo dobrze. No i cudownie.


Z tym Filipem to ciekawa historia jest, bo do porzucenia edukacji szkolnej przekonał go sam Clive Staples Lewis... swoją książką "Zaskoczony radością" (przy okazji bardzo polecam, jeśli ktoś jeszcze nie czytał). "Zaskoczony radością" to rodzaj "duchowej autobiografii" Lewisa, czyli po prostu historia jego młodzieńczego odejścia od Kościoła i późniejszego doń powrotu. Całość okraszona typowym dla Lewisa dystansem i poczuciem humoru; czyta się fantastycznie i na jednym oddechu. Tak więc w pierwszej, niejako oficjalnej warstwie, mamy historię nawrócenia, a w drugiej, zupełnie mam wrażenie niezamierzonej, poznajemy smutną opowieść o chłopcu i jego strasznych szkołach. Lewis przeszedł przez cztery placówki edukacyjne, jedną gorszą od drugiej. W pierwszej miał do czynienia z dyrektorem sadystą, w drugiej z prześladowaniem uczniów przez gangi i brakiem prywatności, w trzeciej z nauczycielem wątpliwej moralności, a w czwartej panoszył się homoseksualizm w formie prostytucji, aprobowany przez zwierzchników oraz de facto niewolnictwo w najczystszej postaci... Tak więc demoralizacja i deprawacja kwitły sobie w najlepsze, a wiedza akademicka była zdobywana niejako przy okazji, w wolnej chwili. Na szczęście ojciec Lewisa z przerażeniem zauważył, że starszy jego syn - po ukończeniu renomowanej prywatnej szkoły - niczego nie umie. Posłał więc obu braci "na naukę" do swojego starego przyjaciela, profesora. Ten nie tylko przygotował w parę tygodni starszego Lewisa do studiów (egzaminy wstępne zdał w gronie najlepszych), ale stał się wspaniałym nauczycielem - mistrzem dla młodszego...

"Wszystko to skłoniło ojca do podjęcia kolejnej decyzji. Czy nie lepiej byłoby spełnić moje marzenie? Skończyć ze szkołą na dobre i wysłać mnie do Surrey, gdzie pan Kirkpatrick przygotowałby mnie do pójścia na Uniwersytet? Plan ten zrodził się nie bez wątpliwości i wahań. (...) Czy rzeczywiście będę szczęśliwy, nie mając kolegów w swoim wieku? Starałem się rozważać takie pytania bardzo poważnie. Ale było to tylko udawanie. Moje serce śpiewało. Czy będę szczęśliwy bez innych chłopców? Szczęśliwy bez bólu zębów, bez odmrożeń, bez odcisków? (...) Jeśli chcecie wiedzieć, jak się czułem, wyobraźcie sobie, że budzicie się pewnego ranka ze świadomością, iż podatek dochodowy albo miłość bez wzajemności zniknęły z powierzchni ziemi."


"Nasze życie płynęło wtedy ustalonym rytmem, który od tamtej pory stanowi dla mnie rodzaj archetypu (...) Gdyby to ode mnie zależało, chciałbym zawsze żyć w ten sposób. Chciałbym zawsze móc jadać śniadanie dokładnie o ósmej i dokładnie o dziewiątej zasiadać przy biurku, gdzie pracowałbym dokładnie do pierwszej. Byłbym tym szczęśliwszy, gdyby o jedenastej przyniesiono mi filiżankę dobrej herbaty lub kawy (...) Dokładnie o pierwszej lunch powinien być już na stole, a najpóźniej o drugiej wyruszałbym na przechadzkę. (...) Powrót ze spaceru i podanie obiadu powinny dokładnie zbiegać się w czasie i wypadać nie później niż kwadrans po czwartej. Obiad najchętniej jadałbym sam, jak często zdarzało się w Bookham (...) Jedzenie doskonale komponuje się z czytaniem, chociaż rzecz jasna nie wszystkie książki nadają się do czytania przy stole. (...) O piątej zabierałbym się znowu do pracy i nie przerywałbym jej aż do siódmej. Następnie, podczas wieczornego posiłku i po nim, przychodziłby czas na rozmowy, a gdyby nie było z kim porozmawiać, na lżejsze lektury. (...) Taki jest według mnie idealny tryb życia i tak wyglądało moje życie w Bookham - osiadłe, ciche i epikurejskie."


No tak. Aż mnie skręca z zazdrości, jak czytam te słowa, zwłaszcza, że POZA słowami, poza tymi lunchami, obiadami i herbatkami na biurku - z pewnością kryje się jakaś miła, poczciwa Kucharcia...
Tak więc - zostajemy w domu, licząc na podobnie harmonijny plan dnia. Kiedy pomyślę sobie, że chociaż na chwilę uciekniemy temu bezdusznemu kuratoryjnemu i szkolnemu molochowi, radość we mnie aż bąbelkuje.
Tak więc, kochani, życzcie nam szczęścia na nowej drodze życia.
A my będziemy dzielić się z wami naszymi przygodami.










Ps.

Ps.2


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Podarki





Jedną z najmilszych niespodzianek, jakie spotkały mnie od kiedy zaczęłam prowadzić swojego bloga, jest możliwość poznania tak wielu cudownych kobiet zamieszkujących nasz piękny glob. Jesteście nie tylko piękne, ale też mądre, zdolne, mężne i wytrwałe. Macie wspaniałe domy, czarodziejskie ogrody i sady, fantastycznie gotujecie, pieczecie, a nawet produkujecie prawdziwe lody. Ponadto wychowujecie dzieci, prowadzicie własne firmy, a na dodatek nieustannie chcecie uczyć się czegoś nowego...Prosty przykład: gospodyni uroczego bloga Błękitny Zamek, Ola, prawdziwa Aspazja z Miletu, kobieta arcy- utalentowana, postanowiła nauczyć się tworzenia frywolitek. Zapisała się na zajęcia Uniwersytetu Ludowego i w mig posiadła niezwykłą umiejętność czarowania szydełkiem. Jestem beneficjentką tej umiejętności miłej Oli, ponieważ wygrałam jeden z jej czytelniczych konkursów (so proud!!!) i w ramach nagrody zostałam obdarowana piękną książką, a także prześliczną, delikatną frywolitkową zakładką do książki! Własnej, rzecz jasna, olinej roboty. Moje dziewczyny zzieleniały z zazdrości i postanowiły, że również staną się mistrzyniami tej misternej sztuki...
Przy okazji odkryłyśmy z Olą, że właściwie jesteśmy bliskimi sąsiadkami - ja mieszkam na Długiej 31, a Ola na Długiej 32. Drobna odległość ponad trzystu kilometrów miedzy naszymi miastami nie ma dużego znaczenia.
Jesteście dla mnie, kochane siostry, nieustanną inspiracją, zachętą oraz ostrogą do przekraczania swoich możliwości. Patrzę na was i myślę sobie, że muszę więcej od siebie wymagać, że za mało robię, za mało umiem...Dziękuję wam za to, że jesteście moim wyrzutem sumienia.




piątek, 14 sierpnia 2015

Ta zabawa nie jest zdrowa?




Smak dzieciństwa. Ognisko na nadrzecznej plaży. Kąpiel w Pilicy i staranne unikanie wirów. Ścigamy się, kto dalej dopłynie pod prąd. Łażenie po polach na bosaka - nikt nie zwraca uwagi ani na osty, ani na osy. Jedno i drugie ukłucie zbywa się machnięciem ręki. Uwielbiam samotne wędrówki - chociaż mam fatalną orientację w terenie (krótkowidz), jakoś nigdy się nie gubię. Samotność pozwala mi zanurzyć się w świecie mojej wyobraźni i przebywać tam tak długo, jak tylko mam ochotę. Odkrywanie bunkrów w nadmorskich lasach, mamy własne bazy, do których nikt z dorosłych nie ma wstępu. Wszystkie dzieciaki trzymają się razem; nawet jeśli się nie znamy, to wystarczy zapytać o imię i przyjaźń nawiązana. Opowiadamy sobie niestworzone historie, w których gdzieś tam na dnie poniewiera się niewielkie źdźbło prawdy. Obżeramy się papierówkami prosto z drzewa i marchewką prosto z ziemi. Czasem dostaje się na loda - jak zdecydować czy dzisiaj woli się Bambino czy lody włoskie z Kafejki? Lody można zamienić na gumę do żucia Donald i powiększyć i tak imponujący zbiór historyjek z kaczorem Donaldem i resztą ferajny. Podwórka są asfaltowe i stanowią centrum dziecięcego wszechświata. Trzepak, równoważnie, huśtawki, drabinki są sprawiedliwie dzielone pomiędzy wszystkie dzieciaki. Bawimy się w berka, w chowanego, w króla skoczków. Urządzamy wyścigi na wrotkach i przechwalamy swoimi rowerami-składakami. Mój rower ma przerzutkę, więc jestem niekwestionowanym królem rankingu. Godzinami jeżdżę rowerem, odkrywając codziennie coś nowego.
Gdzie byli dorośli? Przypuszczam, że zajmowali się swoimi sprawami. Zapewniali nam wikt i opierunek, a także stanowili zaplecze emocjonalne i logistyczne. Płacili za nasze zajęcia, na które SAMI się zapisywaliśmy i SAMI dojeżdżaliśmy. Ufali w nasz zdrowy rozsądek, ale nie wahali się ukarać za nadużycie zaufania i kłamstwo. Mieliśmy dużo swobody, ale znaliśmy granice, bo były bardzo jasno wytyczone. 







Co się z nami stało? Co nas tak przestraszyło, że zamknęliśmy swoje dzieci w więzieniu naszych lęków, obaw i niepewności?
Wszechobecne media epatują nas setkami tysięcy obrazów zboczeń, morderstw, napaści, wojen i katastrof żywiołowych. Dzieci są porywane, gwałcone, mordowane, torturowane, sprzedawane na części...a my na to wszystko patrzymy. Czy dawniej tak nie było? Ależ było. Tyle, że nie widzieliśmy tego na własne oczy. Media sprawiły, że staliśmy się niejako naocznymi świadkami, prawie że uczestnikami tych okropności - a bycie świadkiem bestialskiego napadu prowadzi do poważnej traumy, do zaburzenia poczucia bezpieczeństwa. 
Nasz lęk przed światem sprawia, że mamy obsesję na tle bezpieczeństwa naszych dzieci. Gumowe nawierzchnie na placach zabaw (potwornie śmierdzące, gdy nagrzeją się na słońcu), plastikowe zabawki na tychże placach, pozabezpieczane na wszystkie strony drabinki...Wszystko bardzo bezpieczne i bardzo...nudne. Ta obsesja sprawiła, że ogołociliśmy dzieciństwo naszych dzieciaków z samodzielności, ryzyka, umiejętności podejmowania decyzji - a nie sprawiliśmy, że stało się bardziej bezpieczne. Tragedie jak się zdarzały, tak się zdarzają - i będą zdarzać.
Powtarzamy sterotyp, że dzisiejszy świat jest bardzo niebezpieczny, dlatego odprowadzamy dziesięcio i jedenastolatki do szkoły i zawozimy na wszelkie możliwe zajęcia dodatkowe, a nawet na spotkanie z kolegą czy koleżanką. Nie dla nich swobodna zabawa, leniwe powroty ze szkoły w gronie kolegów czy zabawy w policjantów i złodziei. Nasze dzieci za tym nie tęsknią, bo tego nie znają, skoro od zarania ich życia stale ktoś dorosły jest w pobliżu, aby nad nimi czuwać.






Zdrowe dzieciństwo jest pełne zadrapań, siniaków, połamanych rąk i nóg, wybitych zębów, podbitych oczu, podartych spodni. Dzieci powinny tworzyć swoją własną kulturę, własne kody porozumiewania, własną hierarchię ważności. W naszych czasach obserwujemy erozję tej kultury. Mówimy czasem, że dzieci zbyt szybko dorastają. Czy jednak nie jest tak, że dzieci nie mają wystarczającej przestrzeni, aby dorosnąć; one po prostu stają się mistrzami naśladownictwa. Kopiują bezkrytycznie i bezrefleksyjnie dorosłe zachowania i zachowują jak starzy-maleńcy. Kiedyś dzieci stopniowo zdobywały samodzielność odpowiednią do wieku. Pewnego dnia same przechodziły przez ulicę, szły do sklepu, wykonywały drobne prace zarobkowe. To wszystko pomagało dzieciakom budować zdrową pewność siebie, pozwalało być dumnym ze swojej "dorosłości", oswajały z odpowiedzialnością za siebie i innych. Przez to, że były zostawione samie sobie, uczyły się liczyć na siebie, lepiej planować swój czas - były po prostu dzielniejsze i życiowo bardziej zaradne.









Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, żem sama grzeszna i pełna winy; sama borykam się z tym problemem. Zdaję sobie sprawę, że "za bardzo" jestem dla moich dzieci, za bardzo uczestniczę w ich życiu, a już na pewno za bardzo łagodzę skutki ich niefrasobliwości i nieodpowiedzialności. Zamiast pozwolić, aby negatywne skutki ich radosnej działalności dały im się dotkliwie odczuć na własnej skórze - od razu aplikuję środek zaradczy, a przynajmniej znieczulający...
Dziękuję Panu Bogu za skauting, bo on przynajmniej do pewnego stopnia łagodzi skutki tej mojej  kwoczej nadopiekuńczości...
Wszyscy wiemy, że dzieci pozbawione w życiu dreszczyka emocji, fizycznego zmagania z trudnościami, elementu niespodzianki i przygody - znajdują to wszystko  w sferach, które są najmniej dla nich odpowiednie. Plaga dziecięcego alkoholizmu, narkomanii czy uzależnienia od pornografii ma swoje źródło między innymi w wyjałowionym życiu tych dzieci. 
Cudownie, że jesteśmy tak blisko naszych dzieci, ale musimy pamiętać, żeby nasza bliskość pozwalała im na szeroki oddech.  
Niech rosną swobodnie. W miarę.
Niech znają granice, niech potrafią się w nich poruszać, niech doświadczą swojej słabości, bo tylko wtedy staną się silni. 
Panie Boże, dałeś dzieci - daj cierpliwość. Daj nam też mądrość i rozeznanie. Amen.








Ten wpis został zainspirowany artykułem Hanny Rosin "The Overprotected Child" (The Atlantic, April 2014 issue)
Wykorzystałam zdjęcia Pawła Kuli i Marysi Głowackiej





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

I jeszcze coś



Powoli spływają do nas zdjęcia ze ślubu, więc dzielę się tym, co dostałam.
Mam nadzieję, że wkrótce spłynie reszta. Chyba z tradycyjnym wywoływaniem zdjęć było szybciej....









Upał





Jest tak gorąco, że moje myślenie przestawiło się na tryb podtrzymujący. Podobnie jak aktywność fizyczna, oraz apetyt. Najlepiej wchodzą lody - o kaloriach nie myślę (vide tryb podtrzymujący), za to delektuję się smakiem oraz przekonaniem, że lody są zdrowe, ponieważ zawierają selen ( źródło: Ignacy Borejko). Tak więc dużo, dużo, dużo lodów.



Ponieważ z całą pewnością w Niebie ktoś pozamykał wszystkie okna, za to włączył grzanie na full power, aktywność fizyczna została zredukowana do minimum. Ta wersja zakłada jedynie dostęp do jakiejkolwiek wody, może być bieżącej, ale najlepiej płynącej. Po głębinie Tomek płynie, po warszawsku - brzuchem po piasku. Dwie pozostałe moczymordki po prostu zległy w tej cudownej życiodajnej wodzie i czas się zatrzymał. Dopóki głodni mężczyźni nie podnieśli rabanu, że natychmiast, ale to natychmiast muszą coś zjeść, najlepiej jakieś mięso. Ludożercy.



Jak to jednak pięknie, że żyjemy w takim miejscu na świecie, w którym podczas upału można wykąpać się w rzece albo pod prysznicem...albo w wannie. W kraju pustynnym z pewnością zamieniłabym się w piasek, a może nawet w szkło. 
Póki co, chodzę z wiatrakiem elektrycznym pod pachą i włączam go wszędzie, na każdym miejscu i o każdej dobie, i całe szczęście, że na tarasie też mamy kontakt.

 Nagle okazuje się, że prawdziwe życie zaczyna się po zachodzie słońca. Powietrzem daje się oddychać, woda jest ciepła, a nad głową zapalają się gwiazdy.
Chociaż o 22.30 w Józefowie termometr wskazuje 28 stopni, to nad Wisłą jest dużo, dużo chłodniej. I widać więcej gwiazd.  Marzenia się spełniają. 

Te same gwiazdy
wyszeptały wieczór jak zwierzenie

Latarnie wyszły z ciemnych bram na ulicę
i w powietrzu cicho stanęły.

Zmrok łagodnie przemienia przestrzenie.
W niskich brzegach śród olch płynie żal.

Tylko horyzont uchyla nieba
księżycem,
i droga długo wiedzie we wspomnienie.
(...) *






Jesteśmy jedyną rozgwieżdżoną gwiazdą we Wszechświecie


Oczywiście szykujemy się na Perseidy - statyw do aparatu pożyczony, bateria naładowana, będziemy starali się pochwycić tę chwilę przedwiecznej poezji. Całe szczęście, że mamy aparaty fotograficzne, my, ułomni ludzie bez talentu. 





Noce są dobre. Ludzkość śpi, a mamusie mają wytęsknioną chwilę samotności i absolutnej ciszy. Nikt nic nie mówi, nikt niczego nie chce, człowiek może pobyć sam ze sobą. Pomyśleć. Pomodlić się. Pomilczeć. Potęsknić. Pomarzyć. 




* wiersz Juliana Przybosia