poniedziałek, 7 września 2015

O edukacji domowej raz jeszcze






Taki rok nam nastał, że jak wiecie, zmierzyliśmy siły na zamiary i podjęliśmy się edukacji domowej. Podczytuję sobie różne rzeczy na ten temat, głównie w internecie, głównie po angielsku i coraz bardziej rozjaśnia mi się w głowie.
Przetłumaczyłam poniższy wpis jednej homeschoolowej mamy, trochę dla zabawy i wprawy, a trochę popularnonaukowo. Wpis jest zabawny i sympatyczny i myślę, że z przyjemnością go przeczytacie. Dodam tylko, że tłumacz nie utożsamia się na 100 procent z poglądami autorki tekstu, żeby nie było...
Tak więc zapraszam do lektury. Na zdjęciu powyżej pokój Joasi, w stanie niezwykłym, absolutnie niezwykłym.








OSIEM POWODÓW, KTÓRE NIE PRZEKONAŁY MNIE DO EDUKACJI DOMOWEJ


Andrea Mulder-Slater

Kilka lat temu, kiedy w mojej głowie po raz pierwszy zaświtała  myśl o edukacji domowej dla mojej córki, podzieliłam się tym pomysłem z przyjaciółką. Popijając kawę i chrupiąc krakersy wyznałam, że obawiam się jedynie tego, iż moje dziecko wyrośnie na dziwaka  nie umiejącego nawiązać kontaktu z ludźmi. – Ach, rozumiem! – odpowiedziała na to moja przyjaciółka – Więc ty byłaś dzieckiem uczącym się w domu!
W zasadzie było to przypuszczenie oparte na zdrowym rozsądku. W końcu jest prawdą, że nie tylko jestem introwertyczką, ale także pisarką mieszkającą na malowniczym odludziu, wiecznie pogrążoną we własnych rojeniach, zadowalającą się li i jedynie towarzystwem szeroko pojętej rodziny.
Przyznaję, jestem dziwolągiem.
Jednak nie byłam dzieckiem poddanym edukacji domowej. Moje wykształcenie zawdzięczam publicznemu systemowi szkolnictwa. Tak, droga pani Warnica, to dzięki pani jestem tym, kim jestem.
Przewińmy teraz taśmę w przód o najbliższe kilka lat. Moja córka jest inteligentną ekstrawertyczką, łatwo nawiązującą kontakt nie tylko z rówieśnikami, gotową do rozpoczęcia nowego roku szkolnego w klasie drugiej.
Przez te kilka lat wiele się nauczyłam i jestem gotowa podzielić się moim doświadczeniem z każdym, kto zadaje sobie podobne pytania. Oto osiem powodów, które NIE STAŁY SIĘ PRZYCZYNĄ, dla której zdecydowałam się na edukację domową.

1.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu swoich obaw.
Media wmawiają nam, że świat jest przerażającym miejscem, zbyt strasznym dla dzieci. Jednak prawda jest inna – większość ludzi to osoby przyzwoite i nie skłonne do okrucieństwa w stosunku do dzieci. Nie chcę wychować swojej córki na człowieka, który boi się wychylić głowę za próg własnego domu. No, chyba że na podwórku pojawiłby się niedźwiedzie…albo wilki.
2.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu religii.
Kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice zawozili mnie do szkółki niedzielnej, a sami spędzali ten czas w pobliskiej kawiarence. Jako ludzie wywodzący się z bardzo surowych i dewocyjnie religijnych domów, nie chcieli narzucać mi zasad w które sami zwątpili i wpajać wiary w Boga, który (według nich) prawdopodobnie nie istnieje. Nie wyrosłam na ateistkę, jednak nie jestem też bardzo zaangażowanym chrześcijaninem. Czytamy razem z córką Biblię, prowadzimy też rozmowy na temat dobra i zła, grzechu i odkupienia, ale nie należymy do grona regularnie praktykujących wierzących. Wdaje mi się, że powinnam chronić ją przed wierzeniami oraz ideami innych ludzi, które mogą być dosyć wsteczne, czy wręcz zacofane. Według mnie, to byłoby grzechem.
3.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu złości czy braku zaufania.
Publiczne szkolnictwo budzi w wielu ludziach frustrację czy nawet wściekłość – jestem w stanie to zrozumieć. Zgadzam się, że w tej dziedzinie wiele spraw wymaga naprawy. Jednak, powiedzmy sobie szczerze, edukacja publiczna ma też wiele zalet i niesie ze sobą sporo dobra. Z pewnością system nie jest doskonały, ale czy istnieje na świecie coś absolutnie doskonałego ( poza gorzką czekoladą z odrobiną morskiej soli)?
4.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu chęci posiadania pełnej kontroli nad życiem mojego dziecka.
Moja córka wspina się na najwyższe drabinki i zjeżdża ze wszystkich zjeżdżalni, jakie tylko znajdują się na placu zabaw. Wiem o tym z jej relacji, ponieważ ja zwykle siedzę sobie w tym czasie na ławce w drugim końcu placyku, pogrążona w rozmowie ze znajomymi mamami. Pewnie, że troszczę się o swoje dziecko, a także martwię się o nią. Nieraz robiłam zamieszanie na przyjęciach urodzinowych z powodu alergii mojego dziecka, jednak nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym zatrzymać dziecko w domu dlatego, że chcę posiadać pełną kontrolę nad jej życiem.
5.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu nadmiernej ambicji.
Chcę, aby moja córka była dzieckiem szczęśliwym, dobrze przystosowanym do rzeczywistości oraz zadowolonym z życia. Nie zmuszam jej do wygrywania każdego konkursu ortograficznego, nie wymagam geniuszu Mozarta podczas gry na fortepianie ani nawet dziergania na drutach wymyślnych kostiumów kąpielowych…Wszyscy przecież znają te fantastycznie obyte dzieciaki, spędzające całe dnie na nauce i marzące o karierze uniwersyteckiej w wieku trzynastu lat, prawda? Nikt takich nie zna? No właśnie.
6.    Nie zdecydowałam się na edukację domową, ponieważ potrzebuję rąk do pracy w gospodarstwie.
Nie mamy stada kurcząt do obrządzenia, ani kozy do wypasania. Nasze bojowe hasło to „ hej, musimy sprzątnąć, bo przychodzą goście”, a nie „dalej, oporządźmy stodołę”, zwłaszcza, że nie posiadamy stodoły. Co prawda, jesteśmy właścicielami traktora.
7.    Nie zdecydowałam się na edukację domową dlatego, iż uważam, że wszystko wiem najlepiej.
To prawda, że nauczyciele potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi. Jednak jako osoba, która poznała system edukacyjny od środka wiem, jakiego wysiłku wymaga przeprowadzenie lekcji z udziałem dwadzieściorga dwojga ośmiolatków. Dwoje z moich najlepszych przyjaciół to doświadczeni nauczyciele; doskonale wiem co robią a czego nie robią i z jakiej przyczyny – i nie zamieniałabym się z nimi na pracę. Za żadne skarby świata.
8.    Nie zdecydowałam się na edukację domową z powodu socjalizacji.
Nigdy nie sądziłam, że mojemu dziecku wystarczy kontakt z pewną niewielką, ograniczoną wiekowo grupą społeczną. Świat jest naprawdę dużo większy i ciekawszy, a nauka poruszania się w społeczeństwie (i na lotnisku) jest kluczowa dla każdego człowieka.

A teraz najważniejsza rzecz: moja ośmioletnia córka, ta właśnie, która stoi u progu drugiej klasy, nigdy nie uczęszczała do szkoły.  Ani przez chwilę.
Oto osiem powodów, które sprawiły, że dla mojego dziecka wybrałam nauczanie domowe.

1.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ szanujemy swój czas.
Możemy zaspokajać swoje zainteresowania i odkrywać świat o dowolnej porze dnia. Nie jesteśmy ograniczone do weekendów i późno popołudniowych godzin w tygodniu. Nagłe zainteresowanie dietą małp nosaczy o 8.30 z rana? Ależ proszę bardzo! Dentysta o 11 przed południem? Jak najbardziej!
2.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy być wyspane.
Moja córka jest wypoczęta przez cały rok, za wyjątkiem wakacji, podczas których wstaje o świcie, żeby pływać, jeździć konno i zażywać wielu innych atrakcji. Jeśli zasiedzimy się długo w noc czytając sonety Szeksipra (no dobra, żartowałam, czasem zwyczajnie się zasiedzimy), nic złego się nie dzieje. Następnego dnia nie zrywamy się nieprzytomne w ostatniej chwili, aby parząc sobie usta mlekiem i kawą, gonić szkolny autobus, ubrane we flanelowe szlafroki. Ale oczywiście, co kto lubi.
3.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy dobrze zjeść.
Nasz zwykły poranek zaczyna się spokojnym, ciepłym, niespiesznym śniadaniem.  Czasami nawet pieczemy sobie muffinki. Drugie śniadanie jest zdrowe i dobrze zbilansowane, niekiedy również ciepłe. Moja córka rzadko musi łykać jedzenie w pośpiechu, aby zdążyć na swoje zajęcia, a już na pewno nie jest zmuszona posilać się w środku dnia zawilgotniałymi kanapkami.  Ponadto nie muszę wymyślać urozmaiconych szkolnych przekąsek, które muszą się zmieścić w maciupeńkie, słodziutkie pudełka śniadaniowe. Niewątpliwy bonus.
4.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy się bawić.
Moja córka wyciska każdą najmniejszą kropelkę radości ze swojego dzieciństwa. Obserwuje, jak mrówki dźwigają swoje ciężary do mrowiska, łapie kijanki w stawie, a od czasu do czasu udaje, że jest psem. Jasne, że szkoła nie zabrania dzieciom być dziećmi, jednak dwadzieścioro dwoje ośmiolatków chcących udawać psy podczas lekcji matematyki może doprowadzić nauczyciela na skraj poczytalności. Tak rodzą się rewolucje.
5.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy podróżować.
Jako że nie obowiązują nas szkolne ferie i przerwy w nauce, możemy sobie pozwalać na podróże, kiedy tylko chcemy. Zwykle wybieramy czas kierując się wygodą całej rodziny. Oznacza to nie tylko tańsze loty, ale również tańsze zakwaterowanie, że nie wspomnę o mnogości okazji do nauki przez całą podróż. Dodatkową zaletą jest brak kolejek do najróżniejszych wakacyjnych atrakcji.
6.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ ufamy sobie nawzajem.
Jesli miałabym wskazać najważniejszą rzecz, jakiej nauczyłam się w trakcie edukacji domowej mojego dziecka, byłoby nią – wycofanie się na chwilę. Każdy, kto ma do czynienia z uczeniem swojego dziecka wie, że jeśli przyswojenie sobie jakiegoś tematu przez dziecko jest walką – należy to odpuścić. Na chwilę. Rodzice wiedzą najlepiej, że każde dziecko ma swoje własne tempo, w jakim idzie do przodu. Nauczyciele też wiedzą o tym doskonale, ale system w jakim pracują, wymusza na nich pośpiech, dlatego dzieci są zmuszane do utrzymania pewnego uśrednionego tempa nauki. Jak wiadomo jest ono stresujące zarówno dla dzieci, które mocno prą do przodu jak i dla tych, które radzą sobie słabiej.
Moja córka uwielbia czytać – czyta w zasadzie wszystko, od encyklopedii po historyjki obrazkowe. Jednak nie nauczyła się czytać w tym samym tempie, co jej rówieśnicy; zajęło jej to o wiele więcej czasu. W szkole z pewnością miałaby przez to kłopoty, i chociaż szkolne intencje byłyby czyste, ja miałabym poważny problem z przekonaniem mojego dziecka, że nie jest głupsze od innych.
7.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ lubimy ciszę i spokój.
Chociaż nie uprawiamy yogi ani nie praktykujemy medytacji transcendentalnej, obie uwielbiamy ciszę i spokój. Nie musimy walczyć ze sobą o prace domowe ani znosić szkolnych wyzywanek i przepychanek. Jeśli jakieś incydenty mają miejsce na przykład podczas treningu koszykówki, zostają natychmiast załatwione albo przez trenera, albo przez nią samą. Nie ma przy tym groźby dyrektorskiego karnego dywanika.
8.    Wybrałam nauczanie domowe, ponieważ zależy mi na dobrych relacjach towarzyskich mojego dziecka.
Kalendarz towarzyski mojej córki wypełniony jest po brzegi spotkaniami z przyjaciółką, lekcjami francuskiego, klubikami przyrodniczym i naukowym w miejscowym aqua parku, wycieczkami i biwakami wakacyjnymi…Jej kontakty towarzyskie nie ograniczają się jedynie do kolegów i koleżanek w jej wieku, ale wśród jej znajomych znajdują się także osoby w podeszłym wieku, z którymi moja córka lubi i umie rozmawiać…

Czy moja córka na zawsze jest przypisana do nauczania domowego? Może tak, a może nie. Dzień, w którym powie mi, że chciałaby chodzić do szkoły, będzie dniem, w którym pojadę do miasta, aby ją zapisać. Póki co, edukacja domowa jest dla nas najlepsza.
To nie jest droga dla każdego. Wiele osób nie wyobraża sobie swojego dziecka poza szkołą – i nie ma w tym nic złego. Naprawdę.



Losowanie


Nadszedł poniedziałek, a wraz z nim nadeszła wiekopomna chwila losowania dużodomowej nagrody. Gdybym mogła, wylosowałabym po jednym plakacie dla każdego z was, ale cóż, najlepsze nawet chęci nie zastąpią twardej rzeczywistości. A twarda rzeczywistość jest taka, że nagroda, jak królowa, jest tylko jedna...
Maszyna losująca wyciągnęła swoje łapki...


i wylosowała...




...Kasię Olej (Oleja Olej)!!! Hura, hura! Kasiu, bardzo proszę o pilny kontakt w sprawie wysłania plakatu.
Jeszcze tylko napiszę, że wzruszyłam się czytając wasze komentarze. Jest nas tak wielu, podobnie czujących, podobnie myślących. Spotykamy się w tych samych miejscach w sieci, wymieniamy wirtualne uśmiechy i pozdrowienia i tworzymy wirtualny, ale za razem najzupełniej realny archipelag ludzi o bratnich duszach. Mamy podobne problemy i podobny bałagan w domu. Jestem pewna, że gdybym spotkała kogokolwiek z was w realu, miałabym wrażenie, że znamy się doskonale od wielu lat. I to pomimo różnicy w naszych metrykach, he he. 
Tak więc ściskam was mocno i do zobaczenia. Także w realu.

piątek, 4 września 2015

Roczek



Drugiego września roku ubiegłego, o godzinie 20.11, narodził się blog Mamy w Dużym Brązowym Domu.
Jak każdy noworodek, krył w sobie wiele zagadek i możliwości. Przez ten rok trochę się nauczył, zaliczył parę wpadek i kilka sukcesików, ale - jest. Przetrwał i coraz śmielej raczkuje w przyszłość.
Jest szczęśliwym roczniakiem, bo zdobył sobie niemałe grono dobrych przyjaciół. To właśnie ich codzienna, a chwilami wręcz tłumna obecność,  jest dla niego największą zachętą, aby iść naprzód.
Mama z Dużego Domu dziękuje wam za ten wspólny rok; za to, że dzieliliście z nią chwile smutku i radości, za wasze dobre myśli i błogosławieństwa, którym dawaliście wyraz w komentarzach i mailach, ale przede wszystkim jest wam wdzięczna za to, że chcecie ją czytać! Że czekacie na każdy nowy wpis! Że wracacie, niekiedy po wielekroć, do starszych postów! Żebyście wiedzieli, że Duży Dom ogarnia was wszystkich, każdego dnia, swoim sercem i swoją modlitwą; że wysyła ku wam same dobre myśli.


Blogowym zwyczajem, który każe przy każdej okrąglejszej  rocznicy rozdawać hojne dary - Mama z Dużego Domu ma dla was prezent, do wygrania. Ze wszystkich osób, które skomentują ten wpis tutaj, bądź na facebooku, Mama wylosuje jedną szczęściarę, która zostanie właścicielką tego oto uroczego plakatu. Albo jednego szczęściarza, kto wie...


Autorką obrazka jest graficzka i blogerka Wioletta Matuszko, właścicielka pracowni Szast i Prast, oraz gospodyni bloga o tej samej nazwie. Kiedy Mama po raz pierwszy zobaczyła ten plakat, od razu pomyślała sobie, że jest utrzymany tak bardzo w stylu Dużego Brązowego Domu, że tylko on może stać się urodzinową nagrodą.
Tak więc, kochane czytelniczki oraz kochani czytelnicy, próbujcie szczęścia! Losowanie odbędzie się w najbliższy poniedziałek, 7 września.
Jeszcze raz dziękuję wam za to, że jesteście.
Niech ukołysze was ocean Jego miłości. Dzisiaj i zawsze.









poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Still Alice





Brakuje ci często słów, prawda? Chcesz coś powiedzieć, masz to tuż-tuż, na końcu języka - i nie jesteś w stanie tego przywołać. Albo: wchodzisz po coś do pokoju i nagle nie wiesz po co. Na śmierć zapominasz o umówionej od pół roku wizycie u lekarza. Po raz czterysta dwudziesty ósmy sprawdzasz przepis na ciasto, które pieczesz od lat... Mówisz: roztargnienie. Żartujesz, że skleroza nie boli, tylko trzeba się nachodzić.
A gdyby nagle okazało się, że twoje roztrzepanie - to coś poważniejszego? Gdybyś nagle, w środku cudownego życia, dowiedziała się, że masz... Alzheimera?
Profesor lingwistyki, Alice Howland, nagle traci pod nogami grunt. Gubi się w miejscu, które zna na pamięć; nie jest w stanie przypomnieć sobie pewnych specjalistycznych wyrażeń, którymi posługuje się od lat; ba! nie potrafi nawet odtworzyć w pamięci przepisu na bread pudding... Diagnoza, którą słyszy brzmi jak wyrok śmierci. Zresztą, prawdę mówiąc, wczesne stadium choroby Alzheimera to jest wyrok śmierci, zaledwie rozciągnięty w czasie.
Julianne Moore w niezwykły sposób portretuje historię Alice. Jest piękna, inteligentna, pełna uroku i planów na przyszłość, gdy widzimy ją w początkowej scenie filmu, świętującą swoje pięćdziesiąte urodziny. Otoczona przez dzieci i zapatrzonego w nią męża, jest kobietą sukcesu u szczytu swojej naukowej kariery. W miarę upływu czasu widzimy, jak ta wspaniała kobieta, staje się cieniem samej siebie. Jej zdrowie psychiczne szybko ulega destrukcji, choroba pożera jej umysł, niszcząc wszystko, co Alice w życiu osiągnęła; pozbawia ją nie tylko naukowego prestiżu, ale też zwykłej ludzkiej intymności. Scena, w której Alice nie potrafi trafić we własnym domu do ubikacji i nie jest w stanie zapanować nad swoją fizjologią jest jedną z najmocniejszych, jakie zdarzyło mi się oglądać. Julianne Moore swoją rolą niewątpliwie zasługuje na Oscara. Jej gra jest delikatna i przejmująca jednocześnie; postać, którą tworzy jest przekonująca zarówno jako silna, zdrowa kobieta, jak i wrak człowieka, którym się staje. Moore jest nie tylko pełna współczucia dla swojej bohaterki, ale też potrafi ukazać jej dramatyczną walkę o przetrwanie. Sprawia, że ulegamy wdziękowi, jakim obdarzona jest Alice, podziwiamy jej męstwo i dumę. Julianne Moore opowiada historię Alice Howland tak, jak ona sama byłaby w stanie ją opowiedzieć... Wspaniałym partnerem dla Moore jest Alec Baldwin w roli Johna, męża Alice, a także Kristen Stewart jako najmłodsza córka, Lydia.
Co sprawia, że jesteśmy ludźmi? Co definiuje mnie, jako człowieka? Mój rozum, moja świadomość? Alice określała się przez swój intelekt, błyskotliwość, talent, urodę. W pewnej chwili, stojąc na progu utraty dorobku całego swojego życia, Alice rozważa samobójstwo. Przygotowuje wszystko, póki jest jeszcze świadoma swoich czynów. Z przerażeniem zaobserwowałam u siebie przyzwolenie na taki scenariusz... Przez chwilę wydawało mi się to najlepszym wyjściem - dla wszystkich. Alzheimer to straszna choroba, straszna nie przez ból, jaki sprawia, ale przez odarcie człowieka z jego wartości, poczucia godności, prawa do intymności. Odwraca drogę, jaką zwykle przebywa człowiek od poczęcia do dojrzałości. Nagle osoba w pełni sił redukuje się do etapu dziecięcego, niemowlęcego czy wręcz embrionalnego. Opadają kolejne liście wykształcenia, wspomnień, upodobań, znajomości i zostaje - co? Zostaje to, co było na początku. Nieśmiertelna ludzka dusza. - O co chodziło w tym tekście, Mamo? O czym ci czytałam? - pyta Lydia w ostatniej scenie filmu. Patrzymy na ogromny wysiłek, z jakim poruszają się wargi dawnej intelektualistki. Z wielkim trudem jej usta układają się, aby wypowiedzieć słowo - miłość. To jest miłość.
Alice Howland, tak pięknie zagrana przez Julianne Moore, pokazuje współczesnemu światu, jaką godnością obdarzony jest człowiek, każdy człowiek. Alice Howland jest sobą jako wybitna intelektualistka, jest też sobą jako kobieta bez przeszłości, jako nikły cień dawnego silnego człowieka. Still Alice. Nadal - Alice. Ta sama, chociaż nie taka sama.
Obejrzyjcie ten film, bo przegląda się w nim nasz wspaniały, straszny świat, ze swoim kultem doskonałości, przyzwoleniem na "róbta co chceta", a także rosnącym problemem niepłodności w komplecie ze sztucznym zapłodnieniem... Przejmujące jest, jak świat wykastrowany z obecności Boga, barbarzyński i hedonistyczny do bólu - staje bezbronny i bezradny wobec cierpienia. Słowo "miłość", które pojawia się w ostatniej scenie filmu, daje nadzieję na zmianę. Miłość nie jako eros, ale jako trud, wysiłek, wierne trwanie; jako zaparcie się siebie. Zakreskowaliśmy właśnie wspólne pole dwóch osobnych zbiorów. Jest jeszcze czas.



piątek, 28 sierpnia 2015

Ad Rem




Lato się kończy, niestety - a może nareszcie. Te upały sierpniowe kompletnie zwaliły mnie z nóg i sprawiły, że chyba po raz pierwszy w życiu z sympatią i tęsknotą pomyślałam o mglistych listopadowych porankach i warstewce szronu na trawniku...


Tak będzie, kochani, już za dwa miesiące. A tymczasem zbliża się ku nam nowy szkolny roczek. Jeszcze nigdy nie stawałam na progu września z taką radością i nadzieją w sercu. Nigdy też nie czułam się tak beztrosko. Żadnego kupowania wyprawek i podręczników. Żadnych zebrań i wywiadówek. Cudowne planowanie zajęć, książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, miejsc do zwiedzenia, nut do zagrania. Bez oglądania się na szkolne "da się" albo "nie da się"...
Do homeschoolingowej Joasi dołączył Filip, który rzutem na taśmę zdecydował, że woli przygotować się do matury w ramach ED. No i bardzo dobrze. No i cudownie.


Z tym Filipem to ciekawa historia jest, bo do porzucenia edukacji szkolnej przekonał go sam Clive Staples Lewis... swoją książką "Zaskoczony radością" (przy okazji bardzo polecam, jeśli ktoś jeszcze nie czytał). "Zaskoczony radością" to rodzaj "duchowej autobiografii" Lewisa, czyli po prostu historia jego młodzieńczego odejścia od Kościoła i późniejszego doń powrotu. Całość okraszona typowym dla Lewisa dystansem i poczuciem humoru; czyta się fantastycznie i na jednym oddechu. Tak więc w pierwszej, niejako oficjalnej warstwie, mamy historię nawrócenia, a w drugiej, zupełnie mam wrażenie niezamierzonej, poznajemy smutną opowieść o chłopcu i jego strasznych szkołach. Lewis przeszedł przez cztery placówki edukacyjne, jedną gorszą od drugiej. W pierwszej miał do czynienia z dyrektorem sadystą, w drugiej z prześladowaniem uczniów przez gangi i brakiem prywatności, w trzeciej z nauczycielem wątpliwej moralności, a w czwartej panoszył się homoseksualizm w formie prostytucji, aprobowany przez zwierzchników oraz de facto niewolnictwo w najczystszej postaci... Tak więc demoralizacja i deprawacja kwitły sobie w najlepsze, a wiedza akademicka była zdobywana niejako przy okazji, w wolnej chwili. Na szczęście ojciec Lewisa z przerażeniem zauważył, że starszy jego syn - po ukończeniu renomowanej prywatnej szkoły - niczego nie umie. Posłał więc obu braci "na naukę" do swojego starego przyjaciela, profesora. Ten nie tylko przygotował w parę tygodni starszego Lewisa do studiów (egzaminy wstępne zdał w gronie najlepszych), ale stał się wspaniałym nauczycielem - mistrzem dla młodszego...

"Wszystko to skłoniło ojca do podjęcia kolejnej decyzji. Czy nie lepiej byłoby spełnić moje marzenie? Skończyć ze szkołą na dobre i wysłać mnie do Surrey, gdzie pan Kirkpatrick przygotowałby mnie do pójścia na Uniwersytet? Plan ten zrodził się nie bez wątpliwości i wahań. (...) Czy rzeczywiście będę szczęśliwy, nie mając kolegów w swoim wieku? Starałem się rozważać takie pytania bardzo poważnie. Ale było to tylko udawanie. Moje serce śpiewało. Czy będę szczęśliwy bez innych chłopców? Szczęśliwy bez bólu zębów, bez odmrożeń, bez odcisków? (...) Jeśli chcecie wiedzieć, jak się czułem, wyobraźcie sobie, że budzicie się pewnego ranka ze świadomością, iż podatek dochodowy albo miłość bez wzajemności zniknęły z powierzchni ziemi."


"Nasze życie płynęło wtedy ustalonym rytmem, który od tamtej pory stanowi dla mnie rodzaj archetypu (...) Gdyby to ode mnie zależało, chciałbym zawsze żyć w ten sposób. Chciałbym zawsze móc jadać śniadanie dokładnie o ósmej i dokładnie o dziewiątej zasiadać przy biurku, gdzie pracowałbym dokładnie do pierwszej. Byłbym tym szczęśliwszy, gdyby o jedenastej przyniesiono mi filiżankę dobrej herbaty lub kawy (...) Dokładnie o pierwszej lunch powinien być już na stole, a najpóźniej o drugiej wyruszałbym na przechadzkę. (...) Powrót ze spaceru i podanie obiadu powinny dokładnie zbiegać się w czasie i wypadać nie później niż kwadrans po czwartej. Obiad najchętniej jadałbym sam, jak często zdarzało się w Bookham (...) Jedzenie doskonale komponuje się z czytaniem, chociaż rzecz jasna nie wszystkie książki nadają się do czytania przy stole. (...) O piątej zabierałbym się znowu do pracy i nie przerywałbym jej aż do siódmej. Następnie, podczas wieczornego posiłku i po nim, przychodziłby czas na rozmowy, a gdyby nie było z kim porozmawiać, na lżejsze lektury. (...) Taki jest według mnie idealny tryb życia i tak wyglądało moje życie w Bookham - osiadłe, ciche i epikurejskie."


No tak. Aż mnie skręca z zazdrości, jak czytam te słowa, zwłaszcza, że POZA słowami, poza tymi lunchami, obiadami i herbatkami na biurku - z pewnością kryje się jakaś miła, poczciwa Kucharcia...
Tak więc - zostajemy w domu, licząc na podobnie harmonijny plan dnia. Kiedy pomyślę sobie, że chociaż na chwilę uciekniemy temu bezdusznemu kuratoryjnemu i szkolnemu molochowi, radość we mnie aż bąbelkuje.
Tak więc, kochani, życzcie nam szczęścia na nowej drodze życia.
A my będziemy dzielić się z wami naszymi przygodami.










Ps.

Ps.2


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Podarki





Jedną z najmilszych niespodzianek, jakie spotkały mnie od kiedy zaczęłam prowadzić swojego bloga, jest możliwość poznania tak wielu cudownych kobiet zamieszkujących nasz piękny glob. Jesteście nie tylko piękne, ale też mądre, zdolne, mężne i wytrwałe. Macie wspaniałe domy, czarodziejskie ogrody i sady, fantastycznie gotujecie, pieczecie, a nawet produkujecie prawdziwe lody. Ponadto wychowujecie dzieci, prowadzicie własne firmy, a na dodatek nieustannie chcecie uczyć się czegoś nowego...Prosty przykład: gospodyni uroczego bloga Błękitny Zamek, Ola, prawdziwa Aspazja z Miletu, kobieta arcy- utalentowana, postanowiła nauczyć się tworzenia frywolitek. Zapisała się na zajęcia Uniwersytetu Ludowego i w mig posiadła niezwykłą umiejętność czarowania szydełkiem. Jestem beneficjentką tej umiejętności miłej Oli, ponieważ wygrałam jeden z jej czytelniczych konkursów (so proud!!!) i w ramach nagrody zostałam obdarowana piękną książką, a także prześliczną, delikatną frywolitkową zakładką do książki! Własnej, rzecz jasna, olinej roboty. Moje dziewczyny zzieleniały z zazdrości i postanowiły, że również staną się mistrzyniami tej misternej sztuki...
Przy okazji odkryłyśmy z Olą, że właściwie jesteśmy bliskimi sąsiadkami - ja mieszkam na Długiej 31, a Ola na Długiej 32. Drobna odległość ponad trzystu kilometrów miedzy naszymi miastami nie ma dużego znaczenia.
Jesteście dla mnie, kochane siostry, nieustanną inspiracją, zachętą oraz ostrogą do przekraczania swoich możliwości. Patrzę na was i myślę sobie, że muszę więcej od siebie wymagać, że za mało robię, za mało umiem...Dziękuję wam za to, że jesteście moim wyrzutem sumienia.