poniedziałek, 16 listopada 2015

Moher







W obliczu tego, co się dzieje, jakoś trudno mi pisać pogodny,  dużodomowy tekst. W Europie toczy się wojna, dochodzi pod same nasze granice. Dotychczas patrzyliśmy z niepokojem na wschód, na Ukrainę i Rosję, a teraz, od wielu tygodni śledzimy z rosnącym przerażeniem sytuację za naszą zachodnią granicą.  W tym kontekście nadchodzący Adwent staje się jakby bardziej realny. Jakoś trudno mi teraz myśleć o tej całej adwentowej cepelii, skądinąd całkiem miłej. Patrzę na swój dom, na uśpiony pod grubą pierzyną liści ogród, na zaczytane dzieci, na układającego kilometry torów Tomka - i zastanawiam się, ile czasu nam jeszcze zostało? Jak mogę cieszyć się pokojem i spokojem, kiedy tuż obok nas giną niewinni ludzie...Budzi się w człowieku jakieś poczucie winy, że ma to, co innym nie było dane. Chciałoby się rzucić w jakąś aktywność, gdzieś biec, robić coś pożytecznego - ale się nie da. Dźwigamy przecież własne ciężary - i to jest też powodem naszego smutku, naszych wyrzutów sumienia.
W świecie, który udaje, że zło nie istnieje, że koncepcja grzechu jest archaiczną formą zniewolenia ludzkiego ducha, zostaliśmy postawieni wobec zła w czystej postaci. Zła, które już nie udaje, ale które wysoko unosi swoją upiorną twarz. Zabijać, zabijać, zabijać - zewsząd słyszymy ten ochrypły, prymitywny zew. Fałszywa utopia zbawienia przez relatywizowanie ludzkiej rzeczywistości upada na naszych oczach.
Zobaczmy, co się dzieje. Skonfrontowani z czystą nienawiścią ludzie, którzy właśnie potracili swoich najbliższych - wracają do domu. Do korzeni, z których wyrośli. Kościoły we Francji pękają w szwach. Tłum, który chciał uczestniczyć w Eucharystii sprawowanej w paryskiej katedrze Notre Dame, przelał się przez brzegi tej ogromnej świątyni i zapełnił sąsiadujące ulice.


Pan Bóg jest większy niż zło całego wszechświata. Modlitwa jest jedyną naszą aktywnością, zdolną zmieniać rzeczywistość. Modlitwa jest jedynym, absolutnie jedynym sposobem, na zwycięstwo. My, słabi, ułomni ludzie dostaliśmy potężną broń do naszych kruchych rąk. - Modlitwa nie działa - słyszę z różnych stron. Nie działa, bo się człowieku nie modlisz. Mój mąż informatyk, kiedy ktoś mu mówi, ze komputer nie pracuje, najpierw zawsze sprawdza, czy sprzęt jest podłączony do sieci. Jeśli nie ma zasilania, to nawet najpotężniej wypasiony model - nie zadziała. Zewnętrzne zasilanie jest kluczowe dla każdego ziemskiego bytu. Dlaczego uważamy, że w sferze duchowej jest inaczej? Tylko dlatego, że na własne oczy nie możemy zobaczyć Pana Boga, uważamy, że nie istnieje? Ależ wielu rzeczy, które istnieją materialnie, nie możemy zobaczyć. Prądu elektrycznego też nie widać, prawda? Albo powietrza. Albo miłości.
Modlitwa jest potężna jak Pan Bóg. 
Niech rządzący rządzą - otoczeni naszą modlitwą.
Niech żołnierze walczą - otoczeni naszą modlitwą.
Niech osłoni nas wszystkich mur modliwy. 
Postawmy strażnika przed naszym domem. 
Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa.



wtorek, 3 listopada 2015

Filmowo



Pewnego jesiennego dnia, tak ze trzy lata temu, zadzwonił do furtki nieduży facecik. Zanim zdążyłam otworzyć, pan zaczął mówić. Że dzień dobry,  pracuję dla agencji reklamowej. Że wie pani, szukamy nowych miejsc do filmów reklamowych, i czy pani byłaby zainteresowana. Lekko skołowana zapytałam - eee...jakiej agencji?! - No, reklamowej agencji. Bo wie pani, szefowa oglądała w Werandzie te świdermajery i tam był kontakt do architekta i architekt dał kontakt do pani...Bo te nowoczesne domy już się znudziły i teraz szefowa szuka takich klasycznych, angielskich, jak pani. Chce pani być w reklamie? - Ja?! W reklamie?! Chyba nie... - He he, no nie pani, ale dom. Czy myślała pani, żeby pani dom występował w reklamie? - Hmmm, wie pan co? Chyba nie... -Ale wie pani, ile się dostaje za jeden dzień zdjęciowy? Nawet kilka tysięcy złotych! - Nooo, jak kilka tysięcy złotych, to niech pan wchodzi. Napije się pan kawy?
Tak właśnie zaczęła się kariera filmowa Dużego Domu. Pan porobił zdjęcia do portfolio i zniknął. Po jakichś sześciu czy siedmiu miesiącach, kiedy już zapomniałam o całym incydencie, rozdzwonił się telefon.
- Dzień dobry, pani Kasiu. To ja z agencji. Czy może odbyć się u pani produkcja reklamowa w przyszłym tygodniu? - Eeee, chyba tak... - Dobra, to ja mówię klientowi i przyjeżdżają do pani robić dokumentację i lecimy.
Wtedy dowiedziałam się, co to jest dokumentacja. Dokumentacja jest to przyjazd busika pełnego tzw reklamiarzy, czyli operatora, scenografa, reżysera oraz kilku pomagierów. Oglądają oni dom, robią tryliard zdjęć i odjeżdżają, obiecując dać znać, czy reklama będzie kręcona u nas czy u konkurencji. Tak, tak, zawsze jest konkurencja. Do produkcji wybiera się dwie, trzy lokacje i klient decyduje, która mu najbardziej odpowiada. Tak więc przyjazd dokumentacji nie oznacza jeszcze, że trafi nam się kręcenie filmu.
Naszą pierwszą reklamą było Bebiko. Okazało się, że dzień zdjęciowy zaczyna się o jakiejś upiornej godzinie, a mianowicie około 4.30. O tej chorej godzinie zjeżdżąją się ogromniaste samochody ze sprzętem, gigantyczna prądnica oraz jedzeniobus (który jest zawsze dużą frajdą dla dzieci: coca cola bez ograniczeń, stosy ciasteczek, paluszków, ciast słodkich i słonych...żyć nie umierać. W jedzeniobusie dają też śniadania i obiady, a czasem nawet kolacje)
Zanim jednak dzień zdjęciowy nastąpi, dom musi zostać przepracowany przez scenografa. Zawsze sądziłam byłam, w swojej świętej naiwności, że skoro ekipa wynajmuje dom, to znaczy, że podoba się układ i wygląd mebli i dlatego wynajmuje to właśnie lokum. O jakże się myliłam. Ekipa wynajmuje owszem, dom, ale robi z niego coś zupełnie innego. Wynoszone są stoły, szafki, fotele, pianino, a nawet raz wyniesiono nasz piec. Na jego miejscu stanęła choinka.W naszym salonie była już kawalerka, przytulna amerykańska chatka country, pokój zabaw...Reklamiarze przynoszą swoje meble, lampy, zasłony, a nawet naczynia kuchenne, że o zastawie stołowej nie wspomnę. O ile pamiętam, tylko ze dwa razy w filmie wystąpiło nasze wyposażenie, a i to poprzestawiane.




To jest reklama Tesco, o ile dobrze kojarzę...gościliśmy - poniekąd - samego Roberta Makłowicza. Została po tej produkcji góra pysznego jedzenia, na przykład pieczona na grillu szynka. Jedna z pań została oddelegowana do pilnowania i obracania jej na grillu; trwało to dobre cztery czy pięć godzin. Nie podejmuję się tak długo stać przy mięsie, ale zapewniam was, że było to najlepsze mięsko grillowe, jakie w życiu jadłam. Słuszną ma sławę nasz pan Makłowicz. Ta reklama kręcona była w marcu, który miał udawać kwietny i słoneczny maj. W tym celu nasz łysy o tej porze roku ogródek został szczelnie zastawiony kwieciem wypożyczonym ze sklepów ogrodniczych. Dużo tego kwiecia u nas później zostało, bo ustawiony w ogrodzie ciężki sprzęt poniszczył sporo naszych własnych roślin. W ramach zadośćuczynienia i naprawienia szkód zostawiono nam piękne krzewy i trawy.






Wśród reklamiarzy na ogół zdarzają się bardzo mili fachowcy, piastujący wyjątkowo atrakcyjne stanowiska. Wśród tych najbardziej atrakcyjnych są kamerzyści, stylistki i charakteryzatorzy. Ilość rodzajów podkładów, szminek, tuszy i pędzli przypadających na centymetr kwadratowy kufrów, które stanowią ich przenośny warsztat pracy, jest naprawdę imponujący. W chwilach w których akurat nic się nie dzieje na planie, chętnie malują podziwiające ich pracę nastolatki...Efekt jest, jak widać, piorunujący. Panie stylistki natomiast, większość czasu spędzają prasując garderobę. W jednej z reklam występowała taka marynarka, którą dosłownie po każdej scenie, trzeba było prasować...Od nich nauczyłam się korzystać ze stacji parowej i będę im za to wdzięczna do końca życia...Prasowanie skraca się o połowę i życie od razu jest piękniejsze. Ze strony pań stylistek grozi tylko jedno niebezpieczeństwo: w torbach przynoszą bardzo, ale to bardzo fajne ubrania, które, hmm, po zakończonej produkcji, można od nich odkupić po atrakcyjnej cenie...Staram się więc raczej nie patrzeć w ich stronę.


Na czym polega atrakcyjność panów kamerzystów, wiadomo. Powożą na wózku, dadzą popatrzeć w okienko, pozwolą poruszać wszystkimi możliwymi dźwigniami...sami się zresztą przy tym fantastycznie bawią.
Dwie najfajniejsze reklamy jakie były u nas kręcone, zdarzyły nam się rok temu i obie były bożonarodzeniowe. Jedną z nich robił Disney a drugą Canal Plus.
Disney ogołocił nam pokój ze wszystkiego, nawet z pieca...i zaśnieżył nam cały ogród. W piękny, słoneczny październikowy dzień w naszym ogródku pojawił się cudowny, malowniczy, puszysty i ciepły śnieg. - Istną Narnię mi tu zrobiliście, panowie. Jest przepięknie. - O, proszę pani, przy Narni to mieliśmy zupełnie inny budżet i inny czas do wykorzystania...Tak więc Narnia musnęła kawałek ogrodu przy Długiej swoją dobrą magią, za przyczyną skromnych fachowców  od efektów specjalnych.









Po zakończeniu filmowania panowie nam wszystko pięknie wyczyścili...chociaż wciąż jeszcze zdarza nam się trafiać na maluteńkie kuleczki styropianu w liściach...



A tutaj widzimy piec pozbawiony swego stałego, centralnego domowego miejsca, które stracił na rzecz tej oto, bardzo amerykańskiej w stylu, choinki.



Oto świąteczny nastrój i świąteczny wystrój disneyowskiej Gwiazdki. Poduszki na kanapie zostały uszyte z czystej, żywej wełny (jak to się kiedyś mawiało) i były absolutnie przepiękne...Szkoda tylko, że jedna kosztowała aż 250 złotych...No cóż, przynajmniej mam zdjęcie, nie?
Canal Plus za to sprowadził nam do garażu renifery...Okazało się, że w okolicach Zakopanego istnieje - i prosperuje - hodowla reniferów...Ludzkie pomysły na sposób życia i zarobkowania nigdy nie przestaną mnie zadziwiać, a także wywoływać paroksyzmów zazdrości...Wpadlibyście na pomysł hodowli reniferów?! Jaką trzeba mieć wyobraźnię - i wiarę w siebie! 
W każdym razie przyjechały do nas młodziutkie i absolutnie słodkie reniferki. Były jednocześnie przerażone i głodne pieszczot...Pchały się do głaskania - i do jabłek. Niestety, wiem to wszystko z drugiej ręki, gdyż wyleżywałam wtedy akurat swój koklusz. Nie miał mnie kiedy dopaść, doprawdy.






Jasne, że w komplecie z reniferami przyjechały czerwone sanie świętego Mikołaja, które zostały starannie ubłocone przez ekipę inspicjentów...



Fajnie jest popatrzeć z bliska na pracę filmowców. Wbrew pozorom, jest to kawał dobrej, ciężkiej, często gęsto mało komu potrzebnej, roboty. Wstają o świcie, kładą późno w nocy. Wielu z nich to naprawdę wspaniali fachowcy - rzeczy, jakie potrafią zrobić ze światłem, budzą w człowieku zabobonny lęk. Na zewnątrz jest ciemno, a w domu światło słonecznego dnia. Kiedy gasną reflektory, najczęściej jest wtedy głęboka noc, człowiek przeżywa prawdziwy szok, jakby wskoczyło się w samo jądro ciemności.
Miło też popatrzeć z bliska na wielkie gwiazdy. Gościliśmy u nas, oprócz Roberta Makłowicza, także Marka Kondrata, Katarzynę Adamik, Agatę Kuleszę...Wielki świat, panie dziejku.
Na co dzień jednak żyjemy sobie naszym zwykłym, skromnym życiem. Raz na parę miesięcy da się zamienić dzień z nocą i postawić dom na głowie, ale cieszę się, że nie musimy tego robić zawsze. Świat wirtualny, wykreowany nie zastąpi nigdy rzeczywistości, nigdy jej nie dorówna. Często, kiedy przyjeżdża dokumentacja, słyszę komentarz - Ojej, pachnie prawdziwym obiadem! Zawsze sobie wtedy myślę, jakie ja mam fantastyczne życie - z prawdziwym domem, prawdziwym mężem, prawdziwymi dziećmi, prawdziwą miłością. Dziękuję Ci, Panie Boże.













wtorek, 27 października 2015

Drzewiej




Drzewiej było tak, że w słoneczne dni, parkowe ławki zasiedlone były przez starszych panów i panie, zaczytanych po uszy w smakowicie grubych książkach. Siedzieli tak sobie mile, czas im płynął powoli, a ja spiesząca się do i ze szkoły, zazdrościłam im szczerze. Czytanie było dla mnie nie tylko sposobem spędzania czasu, ale przede wszystkim sposobem życia. Co czytać? było dla mnie zawsze podstawowym i najważniejszym pytaniem. Nowych znajomych wypytywałam o ulubione książki i ulubionych autorów, a wzajemny przegląd domowych biblioteczek z radosnym odkrywaniem takich samych egzemplarzy ulubionych powieści, stawał się solidnym fundamentem przyszłej przyjaźni.
Najmilsze chwile tygodnia spędzałam w bibliotece. Panie bibliotekarki świetnie mnie znały, i odkładały po znajomości co smakowitsze literackie kąski. Wychodziłam z biblioteki objuczona co najmniej siedmioma egzemplarzami książek: ze dwie-trzy powieści, ze dwa tomiki wierszy, jakaś monografia albo biografia, albo wybór esejów... Jako czternastolatka pochłaniałam wszystko od Witkacego po Sienkiewicza, od felietonów Boya po Musierowiczową...Archeologia Egiptu i Mezopotamii nie miała przede mną tajemnic, historię sztuki uwielbiałam, delektowałam się dziejami teatru... Ach, osiedlowe biblioteki, nie byłoby mnie bez was...






Zawsze uważałam, że mieszkanie powinno być umeblowane przede wszystkim regałami na książki. W końcu są najważniejsze, prawda? Jak to uroczo ujmuje mem z Boromirem - brak miejsca na półkach nie jest powodem do zaprzestania książkowych zakupów, chociaż je nieco utrudnia...Można , na szczęście, książki ustawiać w dwóch, a nawet trzech rzędach, zmieniając kolejność ustawienia zgodnie z aktualnymi preferencjami czytelniczymi. Brak książek w mieszkaniu jest smutnym znakiem współczesności - te olbrzymie minimalistyczne salony, zastawione gigantycznymi sofami i szklanymi stolikami, nieprzytulne i odpychające w swej bezdusznej wspaniałości. Nie tylko jednak nowoczesne apartamenty szczycą się brakiem książek; w wielu słodkich domkach zastawionych malowanymi mebelkami, oświetlonych przytulnaymi lampkami cotton balls - również obserwujemy ten jakże znaczący brak, lub w najlepszym razie - znaczący niedostatek. 
Książki nie tylko meblują nam dom, one przede wszystkim meblują naszą duszę, formują nasz umysł, kształtują światopogląd, budują poczucie humoru i wyostrzają spojrzenie na otaczający świat. 




Wygodny fotel do czytania i dobra lampa, są dla mnie - od pewnego czasu - najbardziej kuszącą propozycją wakacyjną. No, owszem, można gdzieś wyjechać, ale właściwie po co, skoro pod ręką są ulubione książki, ulubiona lampa, ulubiony fotel oraz ulubiona herbata z ponczem? Jedyne, co skłania mnie do wyjazdu, to możliwość zakupu kolejnych książek do kolekcji...
Co prawda, z wiekiem straciłam swoją czytelniczą niewinność. Wiem już, niestety, że wielu książek nie powinno się dotykać nawet kijem, są tak bardzo, bardzo niedobre. Niektóre zostały tak źle przetłumaczone, że zęby same zgrzytają przy czytaniu; co najmniej kilku nie warto było tłumaczyć...Ostatnimi czasy, kiedy wchodzi się do takiego, na przykład, empiku, uderza w człowieka fala książkowego śmiecia. Piętrzą się na stołach książki tak kiepskie, że zastanawiasz się kobieto, co za desperat zdecydował się na wydanie takiego chłamu. Te wszystkie greye, wampiry, zmierzchy i inne, lepiej by zrobiły nie pchając się na światło dzienne. Znacznie, znacznie lepiej.




Jesień i zima mają same wady i jedną zaletę: te całe ciemności aż proszą się o przeczekanie ich przy dobrej książce. Przy jakimś książkowym przyjacielu od serca, który jest znany i pewny i nigdy nie zawodzi. Albo przy jakimś przyjacielu twojego przyjaciela, sprawdzonym i wiernym. Ostatnio takim nowym/starym druhem okazał się Władysław Zembrzycki i jego przecudowne opowieści - Nasza Pani Radosna, Pamiętniki Filipka, Kwatera bożych pomyleńców...Dlaczego nie trafiłam na niego przed laty - Pan Bóg raczy wiedzieć. Najważniejsze, że przede mną tygodnie delektowania się pyszną literaturą. A w listopadzie premiera kolejnej Jeżycjady! Przyznaję się bez bicia, że ja nie wyrastam z książek pani MM. Zmieniam po prostu perspektywę i bawię się, a także wzruszam, jak przed laty. Palnuję też zimowy maraton powieści Marty Kisiel, podczytywane tu i ówdzie fargmenciki są aż nadto zachęcające.





Wychowałam czwórkę czytaczy, nad piątym pracujemy zbiorowo. Myślę, że nie odbiegnie od reszty rodzeństwa. Tyle światów do odkrycia, tyle wzruszeń, radości i smutków...Bez nich bylibyśmy duchowymi karłami.
Nie pozwól nam no to, nasza Pani Radosna.