wtorek, 1 grudnia 2015

Liebster Blog Award III






Mama z Dużego Domu zaprasza na mocno spóźnione obchody już trzeciej w jej karierze blogowej nagrody Liebstera.
Matka Polka nominowała mnie do tej nagrody już dobry miesiąc temu, albo i z półtora miesiąca temu. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie natłok jesiennych zajęć przeplatanych grypami potomstwa i migrenami Mamy z DD, tudzież dojazadami na Tomciową rehabilitaję, tudzież edukacją domową nastolatków w wieku dosyć problematycznym.
Kochana Matko Polko, z cełego serca PRZEPRASZAM.



Oto pytania:
1. Jaką muzykę lubisz? Jakich wykonawców?
Nie wiem, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Lubię muzykę w ogóle. Słucham prawie każdego gatunku muzycznego, poza rapem i disco polo. Lubię stary, dobry rock and roll, soul, jazz klasyczny. Z przyjemnością słucham muzyki barokowej, Vivaldiego i Bacha, Telemanna. Kocham muzykę filmową; uważam, że nakręcenie wielu filmów usprawiedliwia jedynie muzyka, jaka została do nich napisana...Słucham też muzyki chrześciajńskiej i żałuję, że w Polsce jest ona spychana do jakiegoś ciasnego radiomaryjnego zaścianka. Taki na przykład Oceans zespołu Hillsong to absolutne arcydzieło duchowo - muzyczne. Tylko posłuchajcie.


2. Czy masz ulubionego autora/ książkę? Co to takiego?
Jestem nałogowym czytaczem. Mam książki do których muszę czasem wracać, np Pride and Prejudice, Ziele na kraterze, Lesio...Właściwie kazdy autor, z którym się zetknęłam jest w jakiś sposób moim ulubionym; w końcu on dzieli się ze mną swoim najbardziej prywatnym światem, ja w ten świat wchodzę, zadzierzgamy tym sposobem miedzy sobą jakąś duchową więź, prawie przyjaźń. 

3. Gdzie chciałabyś pomieszkać,  gdybyś mogła wyjechać na rok?
Natychmiast mogłabym wyjechać do Irlandii, podoba mi się tam wszystko. Do Anglii zresztą też, jestem do pewnego stopnia nałogowym anglofilem...

4. Czego najbardziej w życiu nie lubisz?
Nie znoszę się spieszyć. Pośpiech mnie wyjaławia, denerwuje i jakoś obezwładnia. Kiedy żyję w pośpiechu, zamieniam się w strzygę, zrzędę i wiedźmę z Makbeta. Tak naprawdę najbardziej odpowiada mi tryb życia byczka Fernando - luzik, spokój i kwiatki na łące.

5. Co jest dla Ciebie najważniejsze pod słońcem? 
Mój mąż, moje dzieci i Pan Bóg, który to wszystko łączy w harmonijną całość.


na dobry poczatek zimy...




poniedziałek, 30 listopada 2015

Pomarańcze i mandarynki



Może i jest zimno i mokro i parszywie. Może i ciemno robi się prawie zaraz po tym, jak się rozwidni.  Może i mży, dżdży i siąpi. Może nawet wiatrzysko głowę urywa. Tak jest, ale...Tym "ale" są pomarańcze i mandarynki. Nie wiem, jak tam inni, ale ja na jesieni odliczam dni do listopada, kiedy to zaczyna się sezon na cytrusy.
To one i tylko one pomagają mi przetrwać tę polarną noc. Jeśli pomidory mają być słoneczkami zachodzącymi za mój zimowy stół, to mandarynki są słoneczkami, które zimową porą za żaden stół nie zachodzą. W całym domu unosi się ta cudowna, jedyna w swoim rodzaju woń  - zapach dzieciństwa i Świąt, i paczek od Dziadka Mroza, jakie przynosili z pracy rodzice. Czy są tu - oprócz mnie, rzecz jasna - jakieś dinozaury, które pamiętają świąteczne paczki? Ich skład w zasadzie nigdy się nie zmieniał, zawsze jednak wywoływał w dzieciakach miły ślinotok i niecierpliwe drżenie rąk przy otwieraniu. Ptasie mleczko, czekolada z orzechami (ZPC 22 Lipca, d. E.Wedel), mieszanka wedlowska (ach, cukierki Bajeczne i Pierroty!), galaretki w cukrze, orzechy włoskie i laskowe oraz, oczywiście, pomarańcze i mandarynki...Kręciło się w głowie od tego dobrobytu. Mały człowiek pogrążał się w błogostanie chrupania, mlaskania, ciamkania i ssania. Niech się schowają wszelkie eldorada i nirwany - TO był prawdziwy raj dzieciństwa. Za oknem wiało i lało, a człowiek miał dla siebie całe pudełko ptasiego mleczka, pod brodą wygodną poduszkę a przed oczami jakąś, nomen omen, smakowitą książkę...Ech, to se uż ne vrati...
Na szczęście pomarańcze i mandarynki przetrwały cezurę dorosłości. Czekoladki, a już zwłaszcza ptasie mleczko, jakoś nie przebyły tej rzeki czasu, a cytrusy - owszem, a cytrusy - tak.


Znoszę je do domu tonami, wwalam do lodówki (zimne są najlepsze, prawda?) i jem. To znaczy, inni też jedzą, ale jakby bardziej umiarkowanie. Ja, przyznaję to ze wstydem, tę miarę tracę. Śmieci w sezonie zimowym składają się w naszym domu głównie ze skórek cytrusowych. Zaleta ich jest taka, że przynajmniej ładnie pachną, he he.
Spożywane są głównie na surowo, to znaczy mandarynki, nie śmieci..., ale przetwarzać się też chętnie dają.
Po pierwsze primo, robimy konfiturę pomarańczową z imbirem, absolutny MUST HAVE dla wszystkich domowników. Przepis na tę pyszną konfiturkę podawałam przy okazji wpisu wielkanocnego (to znaczy tutaj)





Po drugie primo, można dodawać je do wszelkich sałatek i sałat, w towarzystwie orzechów, migdałów lub dowolnych prażonych ziaren. Do tego podchodzą wszelkie winegrety, a także łagodne sosy śmietanowo-majonezowe.
Po trzecie primo, można je dodawać do wszelkich tart oraz tortów z masą z serka mascarpone i bitej śmietany.
Taki krem jest bardzo prosty i wielofunkcyjny, że tak powiem.
Na jeden duży serek mascarpone bierzemy ok 0,5 litra mocno schłodzonej śmietany kremówki. Śmietanę ubijamy z cukrem pudrem, po czym na wolnych obrotach domiksowujemy serek. Im wiecej serka, tym krem sztywniejszy i łatwiejszy do formowania. Koniec. Finito.  Można do niego dodać kawy, albo likieru pomarańczowego - co tylko dusza podpowie.
Roasmarowujemy tenże krem na upieczonym kruchym spodzie do tarty i obficie szpikujemy  - w tym przypadku - cząsteczkami mandarynek. Voila. Wytworny i pyszny deser gotowy.


Po czwarte primo, pomarańcze są jednym z głównych składników pysznego ciasta Króla Baltazara. Upiekłam to fantastyczne ciasto po raz pierwszy ze dwa lata temu, aby uczcić święto Trzech Króli, stąd nazwa. Przepis pochodzi, jak zawsze, hm hm, z Moich Wypieków.
Otóż.
Bierzemy dwie duże, naprawdę duże, pomarańcze i gotujemy je ok dwóch godzin w sporym garnku z wodą (w miarę potrzeby wodę uzupełniamy). Po dwóch godzinach gotowania pomarańcze odsączamy i blendujemy razem ze skórką. Ma wyjść z tego ciepła pulpa, którą następnie studzimy.
Do tej przestudzonej masy dodajemy 200 gram zmielonych migdałów (najlepiej) bądź orzechów, szklankę cukru (ja dodaję trzcinowego), sześć jajek, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody oraz dwie łyżki kakao (ja ze smutkiem pomijam, bo Tomek i Filip uczuleni na kakao). Miksujemy wszystko do połączenia składników. Gotowe ciasto wlewamy do tortownicy o średnicy 20 cm i pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez około 50 minut. Uwaga: zamiast gotowanych pomarańcz, można użyć własnej roboty konfitury z pomarańcz; wystarczy jeden słoiczek. I już. Ciasto jest cudownie smagłe, wilgotne i zmysłowo orientalne. Znika jak kamfora. 



Dom pachnie mandarynkami, kalendarz adwentowy przygotowany, wieniec uwity. Dobrego Adwentu, kochani. Roratuj się kto może!




















środa, 25 listopada 2015

Edukowisko, ciąg dalszy, nieustający





A jak tam nasze domowe edukowanie, zapytacie? A dziękuję, dziękuję, toczymy się do przodu, slowly but surely.
Filip ze zdumieniem odkrywa, że nie musi ślęczeć po nocach, żeby być z programem na takim samym etapie, jak jego koledzy z renomowanego liceum. Biurko ma zawalone książkami, które czyta naraz, bo wszystkie są ciekawe i warte natychmiastowej lektury. Największy problem miał z Mickiewiczem i jego Dziadami - stwierdził, że wymagają one dużego skupienia i czytania jednym ciągiem. Tak też uczynił, ze skutkiem wyśmienitym. Lektura wymagająca okazała się porywająca. Najtrudniejszą rzeczą dla niego, jest utrzymanie zdrowej równowagi pomiędzy przedmiotami wiodącymi a resztą obowiązującego świata. 


Okazało się, że język polski potrzebuje jednak jakiegoś zewnętrznego kierownictwa duchowego, dlatego poprosiliśmy o pomoc Naszego Pana Polonistę, że zapożyczę się u pani MM.  Naszpan Polonista zarzucił Filipa tematami prac pisemnych i prezentacji ustnych, nie zapominając o wierszach, których trzeba nauczyć się na pamięć...Tak więc Filip chwilowo pogrążony jest w literaturze pięknej i najpiękniejszej - i w zasadzie nie narzeka.


Przeciwnie Joasia. Ta narzeka nieustannie i na każdy temat. Że prace pisemne z polskiego są za trudne (Naszpan jest rzeczywiście wymagający), a w szkole nikt jej takich trudnych prac nie kazał pisać. Więc ona wraca do szkoły. Że chemii nie lubi, a musi ją zdać. Ale przecież może zaliczyć całość w styczniu i być nareszcie człowiekiem wolnym, więc właściwie to do szkoły nie wraca...
Joasia nadal potrafi skoncentrować się na pracy przez dosyć krótki czas, dlatego stosujemy u niej intensywny płodozmian. Nauka, gra na pianinie, nauka, pieczenie ciasta, nauka, spacer z psem, nauka, obiad. Po obiedzie czasem jeszcze chce pracować, czasami tylko czyta, kilka razy w tygodniu wychodzi na swoje zajęcia dodatkowe. Powoli krzepnie w samodzielności i męstwie. 



Jeszcze raz napiszę, że edukacja domowa różni się od edukacji szkolnej. Nie ma nadzoru zewnętrznego. Nikt nie zadaje prac domowych, no chyba, że szkoła muzyczna albo nauczyciel prowadzący zajęcia dodatkowe, np językowe...Edukacja domowa kształci nie tylko w przedmiotach akademickich, ale też w samodyscyplinie, planowaniu swoich zajęć i czasu wolnego, ustalaniu priorytetów. Poszerza horyzonty, pozwala na znalezienie swoich mistrzów i podążaniu za nimi. Często po prostu ułatwia życie domowe, bo nie trzeba liczyć się z wymaganiami szkoły...   
Jednocześnie jednak pozwala korzystać ze wszystkich uprawień uczniowskich, typu konkursy i olimpiady. Joasia brała udział w dwóch konkursach językowych, w obu spadła z bardzo wysokiego konia, ponieważ zabrakło jej po jednym punkcie do przejścia na następny poziom...W obu przypadkach otrzymała maksymalną ilość punków z części gramatycznej i z wypracowania, a straciła punkty na części kulturowej, co wskazuje na zwyczajny brak oczytania, czemu staramy się zaradzić.
Myślę, że zarówno Joasia jak i Filip są na dobrej drodze, aby stać się ciekawymi, bardzo inteligentnymi ludźmi. Na pewno nie wyrosną na gęgające w tłumie gęsi. Już teraz mają własne zdanie, które potrafią rzeczowo uzasadnić i obronić.
Oby tak dalej.
A ciąg dalszy - rzecz jasna - nastąpi.
Jesli zasypiecie mnie pytaniami, na wszystkie chętnie odpowiem. Z uroczym uśmiechem na twarzy, jak zawsze...


jak widać, na edukacji domowej korzystają wszyscy...



wtorek, 24 listopada 2015

Mrok kryje ziemię




Zapadły ciemności. Tak bardzo trudno poradzić sobie z codziennością w tym czasie. Każda czynność ciągnie się w nieskończoność, a najmniejszy gest wymaga nie lada wysiłku. Zwłaszcza rano.
Budzą się w człowieku jakieś stadne instynkty - najchętniej zbiłby się w miłą rodzinną gromadę, gdzieś z nogami za kominkiem czy kaloryferem, okutany w miękki koc, zapadnięty w dobrą książkę albo film, opity po czubek głowy gorącą herbatą z miodem.
Szkoda, że tak się nie da. W każdym razie, nie codziennie.


Gazety i blogi pełne są pomysłów na umilacze. Na pachnące herbaty, migotliwe światełka, wonne świece, nastrojowe lampy. Z ich łamów i szpalt sączy się kuszący blask ognia w kominku; wychylają się z nich ramy luster i obrazów przystrojonych sznurami świecących kul, wdzięczą się szmaciane krasnale i renifery, puszyste szale i słodkie czapeczki. Pożądliwość moich oczu sięga szczytu. Dobrze, że konto świeci pustkami, bo kto wie, do czego by doszło...


A przecież jakoś mi to przeszkadza.
Gdzieś w głębi mojego serca czuję - wiem, że ta ciemność jest potrzebna. W ciemności dzieją się ważne sprawy. Ciemność jest początkiem rzeczy. Pod osłoną ciemności powstaje życie. Ukryte przed wzrokiem gapiów, powoli nabiera kształtów. 



Ja sama często potrzebuję zanurzyć się w mroku. Ciemność pozwala odpocząć moim oczom zmęczonym nadmiarem bodźców, a jednocześnie pomaga uporządkować rozbiegane myśli, sprzyja skupieniu. 
W ciemności zasypiamy, aby następnego dnia rozpocząć całkiem nowe życie. To samo, ale jednak inne.
To znaczące, że Adwent rozpoczyna się w najciemniejszym miesiącu roku. Tak, jakby sama natura wskazywała nam drogę. Nagie drzewa, uschnięte łodygi kwiatów, niekończące się dywany suchych liści. Natura pozbywa się tego, co stare, aby przygotować się na przyjęcie nowego. Takie cykliczne ogołocenie nie jest złe. Pozwala dostrzec rzeczywisty kształt rzeczy, podziwiać ich szlachetną formę, precyzję istnienia, ale też obnaża brzydotę. Natura w swojej nagości obdarza nas zaufaniem.


Dlatego pozwolę, aby ten Adwent był prawdziwym Oczekiwaniem.
Spróbuję powstrzymać się od przedwczesnego świętowania. 
Sporo spraw muszę przemyśleć w tej ciemności.
Kiedy rozbyśnie światło, będę gotowa.




poniedziałek, 16 listopada 2015

Moher







W obliczu tego, co się dzieje, jakoś trudno mi pisać pogodny,  dużodomowy tekst. W Europie toczy się wojna, dochodzi pod same nasze granice. Dotychczas patrzyliśmy z niepokojem na wschód, na Ukrainę i Rosję, a teraz, od wielu tygodni śledzimy z rosnącym przerażeniem sytuację za naszą zachodnią granicą.  W tym kontekście nadchodzący Adwent staje się jakby bardziej realny. Jakoś trudno mi teraz myśleć o tej całej adwentowej cepelii, skądinąd całkiem miłej. Patrzę na swój dom, na uśpiony pod grubą pierzyną liści ogród, na zaczytane dzieci, na układającego kilometry torów Tomka - i zastanawiam się, ile czasu nam jeszcze zostało? Jak mogę cieszyć się pokojem i spokojem, kiedy tuż obok nas giną niewinni ludzie...Budzi się w człowieku jakieś poczucie winy, że ma to, co innym nie było dane. Chciałoby się rzucić w jakąś aktywność, gdzieś biec, robić coś pożytecznego - ale się nie da. Dźwigamy przecież własne ciężary - i to jest też powodem naszego smutku, naszych wyrzutów sumienia.
W świecie, który udaje, że zło nie istnieje, że koncepcja grzechu jest archaiczną formą zniewolenia ludzkiego ducha, zostaliśmy postawieni wobec zła w czystej postaci. Zła, które już nie udaje, ale które wysoko unosi swoją upiorną twarz. Zabijać, zabijać, zabijać - zewsząd słyszymy ten ochrypły, prymitywny zew. Fałszywa utopia zbawienia przez relatywizowanie ludzkiej rzeczywistości upada na naszych oczach.
Zobaczmy, co się dzieje. Skonfrontowani z czystą nienawiścią ludzie, którzy właśnie potracili swoich najbliższych - wracają do domu. Do korzeni, z których wyrośli. Kościoły we Francji pękają w szwach. Tłum, który chciał uczestniczyć w Eucharystii sprawowanej w paryskiej katedrze Notre Dame, przelał się przez brzegi tej ogromnej świątyni i zapełnił sąsiadujące ulice.


Pan Bóg jest większy niż zło całego wszechświata. Modlitwa jest jedyną naszą aktywnością, zdolną zmieniać rzeczywistość. Modlitwa jest jedynym, absolutnie jedynym sposobem, na zwycięstwo. My, słabi, ułomni ludzie dostaliśmy potężną broń do naszych kruchych rąk. - Modlitwa nie działa - słyszę z różnych stron. Nie działa, bo się człowieku nie modlisz. Mój mąż informatyk, kiedy ktoś mu mówi, ze komputer nie pracuje, najpierw zawsze sprawdza, czy sprzęt jest podłączony do sieci. Jeśli nie ma zasilania, to nawet najpotężniej wypasiony model - nie zadziała. Zewnętrzne zasilanie jest kluczowe dla każdego ziemskiego bytu. Dlaczego uważamy, że w sferze duchowej jest inaczej? Tylko dlatego, że na własne oczy nie możemy zobaczyć Pana Boga, uważamy, że nie istnieje? Ależ wielu rzeczy, które istnieją materialnie, nie możemy zobaczyć. Prądu elektrycznego też nie widać, prawda? Albo powietrza. Albo miłości.
Modlitwa jest potężna jak Pan Bóg. 
Niech rządzący rządzą - otoczeni naszą modlitwą.
Niech żołnierze walczą - otoczeni naszą modlitwą.
Niech osłoni nas wszystkich mur modliwy. 
Postawmy strażnika przed naszym domem. 
Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa.



wtorek, 3 listopada 2015

Filmowo



Pewnego jesiennego dnia, tak ze trzy lata temu, zadzwonił do furtki nieduży facecik. Zanim zdążyłam otworzyć, pan zaczął mówić. Że dzień dobry,  pracuję dla agencji reklamowej. Że wie pani, szukamy nowych miejsc do filmów reklamowych, i czy pani byłaby zainteresowana. Lekko skołowana zapytałam - eee...jakiej agencji?! - No, reklamowej agencji. Bo wie pani, szefowa oglądała w Werandzie te świdermajery i tam był kontakt do architekta i architekt dał kontakt do pani...Bo te nowoczesne domy już się znudziły i teraz szefowa szuka takich klasycznych, angielskich, jak pani. Chce pani być w reklamie? - Ja?! W reklamie?! Chyba nie... - He he, no nie pani, ale dom. Czy myślała pani, żeby pani dom występował w reklamie? - Hmmm, wie pan co? Chyba nie... -Ale wie pani, ile się dostaje za jeden dzień zdjęciowy? Nawet kilka tysięcy złotych! - Nooo, jak kilka tysięcy złotych, to niech pan wchodzi. Napije się pan kawy?
Tak właśnie zaczęła się kariera filmowa Dużego Domu. Pan porobił zdjęcia do portfolio i zniknął. Po jakichś sześciu czy siedmiu miesiącach, kiedy już zapomniałam o całym incydencie, rozdzwonił się telefon.
- Dzień dobry, pani Kasiu. To ja z agencji. Czy może odbyć się u pani produkcja reklamowa w przyszłym tygodniu? - Eeee, chyba tak... - Dobra, to ja mówię klientowi i przyjeżdżają do pani robić dokumentację i lecimy.
Wtedy dowiedziałam się, co to jest dokumentacja. Dokumentacja jest to przyjazd busika pełnego tzw reklamiarzy, czyli operatora, scenografa, reżysera oraz kilku pomagierów. Oglądają oni dom, robią tryliard zdjęć i odjeżdżają, obiecując dać znać, czy reklama będzie kręcona u nas czy u konkurencji. Tak, tak, zawsze jest konkurencja. Do produkcji wybiera się dwie, trzy lokacje i klient decyduje, która mu najbardziej odpowiada. Tak więc przyjazd dokumentacji nie oznacza jeszcze, że trafi nam się kręcenie filmu.
Naszą pierwszą reklamą było Bebiko. Okazało się, że dzień zdjęciowy zaczyna się o jakiejś upiornej godzinie, a mianowicie około 4.30. O tej chorej godzinie zjeżdżąją się ogromniaste samochody ze sprzętem, gigantyczna prądnica oraz jedzeniobus (który jest zawsze dużą frajdą dla dzieci: coca cola bez ograniczeń, stosy ciasteczek, paluszków, ciast słodkich i słonych...żyć nie umierać. W jedzeniobusie dają też śniadania i obiady, a czasem nawet kolacje)
Zanim jednak dzień zdjęciowy nastąpi, dom musi zostać przepracowany przez scenografa. Zawsze sądziłam byłam, w swojej świętej naiwności, że skoro ekipa wynajmuje dom, to znaczy, że podoba się układ i wygląd mebli i dlatego wynajmuje to właśnie lokum. O jakże się myliłam. Ekipa wynajmuje owszem, dom, ale robi z niego coś zupełnie innego. Wynoszone są stoły, szafki, fotele, pianino, a nawet raz wyniesiono nasz piec. Na jego miejscu stanęła choinka.W naszym salonie była już kawalerka, przytulna amerykańska chatka country, pokój zabaw...Reklamiarze przynoszą swoje meble, lampy, zasłony, a nawet naczynia kuchenne, że o zastawie stołowej nie wspomnę. O ile pamiętam, tylko ze dwa razy w filmie wystąpiło nasze wyposażenie, a i to poprzestawiane.




To jest reklama Tesco, o ile dobrze kojarzę...gościliśmy - poniekąd - samego Roberta Makłowicza. Została po tej produkcji góra pysznego jedzenia, na przykład pieczona na grillu szynka. Jedna z pań została oddelegowana do pilnowania i obracania jej na grillu; trwało to dobre cztery czy pięć godzin. Nie podejmuję się tak długo stać przy mięsie, ale zapewniam was, że było to najlepsze mięsko grillowe, jakie w życiu jadłam. Słuszną ma sławę nasz pan Makłowicz. Ta reklama kręcona była w marcu, który miał udawać kwietny i słoneczny maj. W tym celu nasz łysy o tej porze roku ogródek został szczelnie zastawiony kwieciem wypożyczonym ze sklepów ogrodniczych. Dużo tego kwiecia u nas później zostało, bo ustawiony w ogrodzie ciężki sprzęt poniszczył sporo naszych własnych roślin. W ramach zadośćuczynienia i naprawienia szkód zostawiono nam piękne krzewy i trawy.






Wśród reklamiarzy na ogół zdarzają się bardzo mili fachowcy, piastujący wyjątkowo atrakcyjne stanowiska. Wśród tych najbardziej atrakcyjnych są kamerzyści, stylistki i charakteryzatorzy. Ilość rodzajów podkładów, szminek, tuszy i pędzli przypadających na centymetr kwadratowy kufrów, które stanowią ich przenośny warsztat pracy, jest naprawdę imponujący. W chwilach w których akurat nic się nie dzieje na planie, chętnie malują podziwiające ich pracę nastolatki...Efekt jest, jak widać, piorunujący. Panie stylistki natomiast, większość czasu spędzają prasując garderobę. W jednej z reklam występowała taka marynarka, którą dosłownie po każdej scenie, trzeba było prasować...Od nich nauczyłam się korzystać ze stacji parowej i będę im za to wdzięczna do końca życia...Prasowanie skraca się o połowę i życie od razu jest piękniejsze. Ze strony pań stylistek grozi tylko jedno niebezpieczeństwo: w torbach przynoszą bardzo, ale to bardzo fajne ubrania, które, hmm, po zakończonej produkcji, można od nich odkupić po atrakcyjnej cenie...Staram się więc raczej nie patrzeć w ich stronę.


Na czym polega atrakcyjność panów kamerzystów, wiadomo. Powożą na wózku, dadzą popatrzeć w okienko, pozwolą poruszać wszystkimi możliwymi dźwigniami...sami się zresztą przy tym fantastycznie bawią.
Dwie najfajniejsze reklamy jakie były u nas kręcone, zdarzyły nam się rok temu i obie były bożonarodzeniowe. Jedną z nich robił Disney a drugą Canal Plus.
Disney ogołocił nam pokój ze wszystkiego, nawet z pieca...i zaśnieżył nam cały ogród. W piękny, słoneczny październikowy dzień w naszym ogródku pojawił się cudowny, malowniczy, puszysty i ciepły śnieg. - Istną Narnię mi tu zrobiliście, panowie. Jest przepięknie. - O, proszę pani, przy Narni to mieliśmy zupełnie inny budżet i inny czas do wykorzystania...Tak więc Narnia musnęła kawałek ogrodu przy Długiej swoją dobrą magią, za przyczyną skromnych fachowców  od efektów specjalnych.









Po zakończeniu filmowania panowie nam wszystko pięknie wyczyścili...chociaż wciąż jeszcze zdarza nam się trafiać na maluteńkie kuleczki styropianu w liściach...



A tutaj widzimy piec pozbawiony swego stałego, centralnego domowego miejsca, które stracił na rzecz tej oto, bardzo amerykańskiej w stylu, choinki.



Oto świąteczny nastrój i świąteczny wystrój disneyowskiej Gwiazdki. Poduszki na kanapie zostały uszyte z czystej, żywej wełny (jak to się kiedyś mawiało) i były absolutnie przepiękne...Szkoda tylko, że jedna kosztowała aż 250 złotych...No cóż, przynajmniej mam zdjęcie, nie?
Canal Plus za to sprowadził nam do garażu renifery...Okazało się, że w okolicach Zakopanego istnieje - i prosperuje - hodowla reniferów...Ludzkie pomysły na sposób życia i zarobkowania nigdy nie przestaną mnie zadziwiać, a także wywoływać paroksyzmów zazdrości...Wpadlibyście na pomysł hodowli reniferów?! Jaką trzeba mieć wyobraźnię - i wiarę w siebie! 
W każdym razie przyjechały do nas młodziutkie i absolutnie słodkie reniferki. Były jednocześnie przerażone i głodne pieszczot...Pchały się do głaskania - i do jabłek. Niestety, wiem to wszystko z drugiej ręki, gdyż wyleżywałam wtedy akurat swój koklusz. Nie miał mnie kiedy dopaść, doprawdy.






Jasne, że w komplecie z reniferami przyjechały czerwone sanie świętego Mikołaja, które zostały starannie ubłocone przez ekipę inspicjentów...



Fajnie jest popatrzeć z bliska na pracę filmowców. Wbrew pozorom, jest to kawał dobrej, ciężkiej, często gęsto mało komu potrzebnej, roboty. Wstają o świcie, kładą późno w nocy. Wielu z nich to naprawdę wspaniali fachowcy - rzeczy, jakie potrafią zrobić ze światłem, budzą w człowieku zabobonny lęk. Na zewnątrz jest ciemno, a w domu światło słonecznego dnia. Kiedy gasną reflektory, najczęściej jest wtedy głęboka noc, człowiek przeżywa prawdziwy szok, jakby wskoczyło się w samo jądro ciemności.
Miło też popatrzeć z bliska na wielkie gwiazdy. Gościliśmy u nas, oprócz Roberta Makłowicza, także Marka Kondrata, Katarzynę Adamik, Agatę Kuleszę...Wielki świat, panie dziejku.
Na co dzień jednak żyjemy sobie naszym zwykłym, skromnym życiem. Raz na parę miesięcy da się zamienić dzień z nocą i postawić dom na głowie, ale cieszę się, że nie musimy tego robić zawsze. Świat wirtualny, wykreowany nie zastąpi nigdy rzeczywistości, nigdy jej nie dorówna. Często, kiedy przyjeżdża dokumentacja, słyszę komentarz - Ojej, pachnie prawdziwym obiadem! Zawsze sobie wtedy myślę, jakie ja mam fantastyczne życie - z prawdziwym domem, prawdziwym mężem, prawdziwymi dziećmi, prawdziwą miłością. Dziękuję Ci, Panie Boże.